|
Skład: Freddy Grasseschi - śpiew; Dave Sciammaco - gitary, chórki; Glenn Stewart - gitara basowa, chórki; Tony Giustino - perkusja, instrumenty perkusyjne, chórki
Produkcja: Keith LeRoux
Ilekroć, popijając piwko, słucham nowo wydanych płyt, mam nieodparte wrażenie, że ich głównym mankamentem jest ich długość. Choćby nie wiem jak wiele zawierały ciekawych pomysłów, sześćdziesięcio- czy siedemdziesięciominutowe muzyczne elaboraty w pewnym momencie zaczynają nużyć i zmuszać do przeskakiwania kolejnych utworów. W takich chwilach z ulgą wracam do rzeczy starszych, odświeżająco krótkich, choćby trwały tylko trzydzieści kilka minut, jak wydany w 1990 roku debiut formacji Roxxi, zatytułowany Drive It To Ya Hard!. Ten bostoński kwartet, niezbyt znany szerokiej rzeszy odbiorców udowodnił, że można zaistnieć zaledwie na chwilę i pozostać we wdzięcznej pamięci wiernych fanów, nawet po wielu latach.
Opisywane wydawnictwo należy do gatunku tych zachęcających do dobrej zabawy w towarzystwie przedstawicielek płci pięknej i/lub wielu kufli pełnych złocistego napoju. Powiedziałbym nawet, że jest ono gitarową definicją muzyki na imprezę, ubranej w ostre, znakomite riffy, krótkie, chociaż imponujące solówki i wpadające w ucho melodie - muzyki może nieszczególnie wyrafinowanej, ale zagranej na wysokim poziomie. Innymi słowy, zespół proponuje party rockową jazdę bez trzymanki, na którą to jazdę mocno wpłynęły wcześniejsze wynurzenia takich ekip, jak Ratt, Firehouse, czy Skid Row. Jej pierwszą odsłoną jest prawdziwa eksplozja w postaci numeru tytułowego (pierwotnie opatrzonego wideoklipem), którego świetny riff przewodni i melodia (szczególnie w refrenie) budzą nieodparte skojarzenia z Got Me On The Line Ratt. Drive It To Ya Hard to ten sam rodzaj energii, okraszonej w dodatku robiącymi wrażeniami zagrywkami gitary prowadzącej i imponującym shreddingiem w solówce. A więc otwieramy pierwsze piwko i bawimy się. Potem zespół nie zwalnia tempa, w utworze numer dwa - Wild Child - serwując fanom riffy i melodię bardziej w stylu XYZ z domieszką Heaven’s Edge. O pracy gitar znowu można pisać w samych superlatywach, podobnie jak o przebojowości samej kompozycji. Zresztą podobnie jest w wypadku większości piosenek z tego krążka. Gitarowy początek Give It To Me znów przywodzi na myśl XYZ, podczas gdy liniom wokalnym i przejściu ze zwrotki do refrenu tym razem bliżej do Babylon A.D. Kapitalnie brzmi tu szybko grana solówka z fragmentem tappingu, a potem damsko-męskie odgłosy, imitujące wiadomo co... Bardzo podobny, następny w zestawie Take Me Down nie zrobiłby może na mnie wielkiego wrażenia, gdyby nie chwytliwa melodia w refrenie z doskonałym chórkiem i szybko przebierający palcami po gryfie w "rattowym" stylu gitarzysta. W tym momencie można sięgnąć po drugiego browara. Kolejne dwa kawałki z pewnością były wyrazem zapatrzenia Bostończyków w twórczość Firehouse. Bazujące na okrąglutkich riffach Playin’ Rough i Thrill Can Kill spokojnie mogłyby się znaleźć na jedynce Strażaków, oczywiście gdyby tamci dodaliby do swoich utworów jeszcze więcej ognia. Jednocześnie w Thrill Can Kill Grasseschi stara się śpiewać ze smutną manierą Sebastiana Bacha ze Skid Row, co wychodzi całkiem interesująco. A teraz, Panowie i Panie, pora na przytulanie! Każda płyta hair metalowa musi wszak zawierać obowiązkową balladę, żeby płeć piękna mogła się powzruszać. Pianinkowy wstęp Wasted Love płynnie przechodzi do tempa niemal średniego z towarzyszeniem pobrzękującej gitary w zwrotce i już mocniejszych brzmień gitar w refrenie. Melodia bardzo ładna, melancholijna, ale nie przesłodzona i z pewnością inspirowana dokonaniami Skid Row. Dalej grupa daje do zrozumienia, że ostra jazda będzie kontynuowana do końca, wybudzając nas z zamyślenia fantastycznymi, trochę połamanymi riffami Searchin’ For The Light, nawiązującymi po trochu do tych obecnych w kawałkach Fifth Angel i Lion. Melodia tym razem podobna do tych, do których bostończycy już nas przyzwyczaili, czyli znowu mocno zafascynowana Ratt. Trzeci browar wypity. W ostatnim numerze amerykańska ekipa podrywa nas do udziału w już zupełnie wyluzowanej balandze, grając "rattowy" do szpiku kości Fire In Your Heart, zmuszający wręcz do podrygiwania, sterowanego prostymi, ale prześwietnymi riffami. Kto przy tej melodii nie zatańczy, ten smutas i basta!
I tak oto kończy się krótki album, którego można słuchać ze sto razy bez znudzenia, gdyż próżno szukać na nim jakiegokolwiek wypełniacza. Kończą się również moje wypociny, mocno naruszające ustawę o wychowaniu w trzeźwości ;). Mam nadzieję, że zachęcą one fanów dobrego hard rocka i dobrej zabawy do zapoznania się z jedyną płytą Roxxi. Warto, bo to prawdziwa perełka.
Brak oficjalnej strony zespołu
Hardlover lipiec 2009
|