|
Skład: Paul Daniels - śpiew, instrumenty klawiszowe; Kevin Bach - gitary; Ricky Falco - gitara basowa; Dwain Miller - perkusja
Gościnnie: Ron Keel - chórki w [6]; Mike Botts - perkusja; Jeff Richfield - perkusja; Tom Harriman - perkusja
Produkcja: Allen Isaacs i Tom Harriman
Rox Diamond to kolejna znana jedynie hard rockowym archeologom kapela i której nigdy nie udało się przebić na szersze wody. Podobnie jak wiele ekip, panowie wystartowali zbyt późno i nie załapali się na falę popularności granego przez nich muzycznego gatunku. Ostatnimi czasy powrócili, wydając w 2005 roku swój drugi krążek i podpisując umowę z Frontiers Records. Kto wie, może mają jeszcze jakieś szanse?
W 1992 roku pozostawili po sobie debiutancki album, obecnie dość trudno dostępny i uchodzący za ciekawą, pochodzącą z tamtego okresu pozycję. Skład kapeli jest kompletnie nieznany, z wyjątkiem pałkarza Dwaina Millera, który zasilał szeregi Keel. Reszta członków grała wcześniej wspólnie pod szyldem Casanova, ale po nagraniu kilku AOR-owych demówek została zmuszona do zmiany nazwy właśnie na Rox Diamond. Warto również odnotować, że jeden z utworów na płycie został napisany przez Kena Mary'ego, natomiast wsparcia zespołowi udzielił sam Ron Keel, śpiewając w chórkach. Ciekawostką może być również to, że zespół niemal w całości składał się ze statecznych mężów i ojców. Któż by pomyślał patrząc na okładkę wydawnictwa? Sprawia wrażenie niemalże hard rockowej, strasząc nas posępnymi, groźnymi minami i błyskawicą w tle. Zespół stawiał najwyraźniej na image kapeli ostrej, eksponując grzmoty gdzie się tylko dało, z drugiej jednak strony panowie sami sobie przeczyli, grając momentami cukierkowy AOR. Never Too Late to ckliwa, delikatna ballada, posilająca się melodiami Bad English, Kansas czy też Heart i tak jak można się spodziewać, nabiera większej głębi, czy też rozmachu w refrenach. Klawisze brzmią banalnie, ale za to na szczególną uwagę zasługuje gra gitar, gdyż ich partie są po prostu piękne. A propos gitar, bardzo dobrze zostały wyeksponowane w pierwszym kawałku, czyli w numerze o nazwie Heart Of Mine. Cała płyta jest utrzymana mniej więcej w takim dość ostrym, ale jednak AOR-owym klimacie, z pewną domieszką Prophet, czy też Red Dawn. Za Heart Of Mine nie rzuciłbym się w ogień, ale przyznam, że gitarzysta zespołu potrafi dorzucić od siebie kilka ciekawych wstawek. Rox Diamond jakoś do mnie nie trafiają. To chyba przez ten wokal, brzmiący jak na mój gust zbyt głęboko i przekonuję się o tym słuchając chociażby Nothin I Won't Do, które przy innym głosie śpiewaka pewnie lepiej by mi wchodziło. Familiar Stranger spodoba się z pewnością tym, którzy łatwiej trawią twórczość kapeli. Forever Yours to coś dla mnie, gdyż ekipa gra z większą energią, szukając żywszych aranżacji i bardziej przebojowych melodii. Od tej ścieżki bije moc, a chórki po prostu brzmią potężnie. Rox Diamond są tutaj w swojej najwyższej formie. Chwilę później natykamy się na wspomnianą wcześniej ścieżkę, napisaną przez Kena Mery'ego i tak jak można się spodziewać Get The Lead Out (Of My Heart) odróżnia się od reszty materiału swoją hard rockowością i postawieniem w większym stopniu na rock&roll. Gra Rox Diamond zaczyna mi się coraz bardziej podobać, a kawałek Your're Not The Only One przekonuje mnie już w pełni, że formacja miała spory potencjał. Chłopaki grają właściwie to samo co na początku płyty, ale po prostu robią to lepiej, a do sprawy podchodzą z lepszym pomysłem. Dodatkowo potwierdzają to gitary do Lovin' You, które wraz z melodią i refrenami zadowolą nawet wybrednych fanów muzyki z końcówki lat '80. Kiedy słucham One Way Street jestem już w dobrym nastroju, wybaczając ekipie pewne potknięcia i pomimo tego numer mnie nie zachwyca. Face To Face przypomina Never Too Late zaczynając się bliźniaczymi klawiszami i proponując podobną melodię. Osoby lubujące się w plastikowych wyciskaczach łez pewnie podejdą do kawałka z większym entuzjazmem, ale mnie od tego numeru po prostu odrzuca, w przeciwieństwie do Never Too Late, którym zachwycam się przy każdym przesłuchaniu. Zbliżając się do końcówki płyty pakujemy się prosto w You'll Get What's Coming. Numer dla odmiany zagrano szybciej, siląc się na nadającą wyrazu perkusję. Efekt raczej nie jest zjadliwy ze wzlędu na słabą melodię. Posiadany przeze mnie krążek ma w sobie materiał dodatkowy w postaci koncertowej wersji Rock Bottom , reklamującej drugie wydawnictwo zespołu. Ciężko mi się odnieść do tego nagrania, nie słysząc go w studyjnej wersji. Raczej nie zachwyca, ale nie chcę go przedwcześnie skreślać, gdyż instrumentalne partie ponownie są w stanie mnie oczarować.
Nawet gdyby ten debiutancki krążek został wydany 2-3 lata wcześniej to nie wróżyłbym Rox Diamond wielkiego sukcesu. Panowie momentami grają bardzo przeciętnie, czasami nudno, ale jest kilka takich kawałków na płycie, w których zespół ociera się o coś wielkiego. Dla tych paru kompozycji warto spróbować upolować wydawnictwo. Wygląda na tyle ładnie, że może po prostu leżeć zakurzone na półce stanowiąc pewnego rodzaju trofeum. Nie ukrywajmy, zainteresowani płytą bedą jedynie maniacy epoki.
Oficjalna strona zespołu: www.roxdiamond.com
Guciomir luty 2010
|