Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

ROKO - Roko [1990]
Wydawca: Polydor

  1. One Night Stand
  2. Jane
  3. Satisfaction
  4. Could You Be My Love
  5. Take It Easy
  6. Burnin' Hearts
  7. Don't Turn Around
  8. Fantasy
  9. Looking For Love
  10. All Over Now
  11. On My Way
  12. Why Won't You
  13. Hold On
Roko

Skład: Robert 'Roko' Kohlmeyer - śpiew, gitara rytmiczna; Jurgen Beitel - instrumenty klawiszowe; Ricky Lee - perkusja; Andre Pasquier - gitara basowa; Marc Bugnard - gitara prowadząca

Produkcja: Bob Marlette

Debiutancki krążek Roko jest wielkim przykładem na to, dlaczego polscy artyści rockowi winni zazdrościć naszym sąsiadom zza Odry. Producentem stał się Bob Marlette, ostatnio znany ze współpracy z Airbourne i co najważniejsze, brzmienie tu zawarte jest esencją dźwięków, którymi charakteryzował się przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Założyciel kapeli wcześniej udzielał się w Jojo, ale na nasze szczęście (znaczy się słuchaczy), nie pozostał wierny high tech AORowi.

Całą listę utworów otwiera One Night Stand z promującym go teledyskiem, w końcówce którego nie mogę powstrzymać się od śmiechu i chichów. Tak właśnie powinien wyglądać rock & roll drodzy odbiorcy. W gruncie rzeczy jest szybko i do przodu, muzycy nie pozwalają nam się przez chwilę znudzić ich wyczynami, zaś refren zagrany z czuciem dopełnia formalności, że mamy do czynienia z przebojem. Mała zabawa z tappingiem w pierwszej solówce plus króciutka, lecz niezwykle efektowna pod koniec, wyjaśniają, dlaczego kiedyś do zabawy preferowano gitarowe rzemiosło. Coverując kawałek Jefferson Starship, którego niestety nie miałem okazji poznać, słychać, że zastosowano wszystkie standardy chwytliwości. Najbardziej rzuca się w uszy klawiszowość numeru oraz siła prostoty gry wszystkich instrumentalistów, harmonijnie atakująca zmysły. Dobrze, że i bębniarz daje pod koniec z siebie maxa używając podwójnej stopy. Najszybsze w zestawie Satisfaction jako wybrednemu recenzentowi zdarza mi się omijać. Dzieje się tak z tego względu, iż tempo utworu jest odwrotnie proporcjonalne do jego zawartości. Po porcji mocnego uderzenia nadchodzi Could You Be My Love. Jak tytuł wskazuje, nie może to być rocker. Zwrotki stylizowane są tu niczym najlepsze piosenki o miłości reklamowane w telezakupach Mango. Niech to nie przerazi nikogo, gdyż refren jest tak uderzający, że niejeden z twardzieli będzie go nucił pod nosem. Istnieje jeszcze szansa, że przeskoczy szybko do Take It Easy i właśnie ta pieśń przypadnie mu bardziej do gustu. Akurat tu warto zaznaczyć, że wyróżnia się ona specyficzną melodyką w stosunku do dalszej części albumu. Ponadto Beitel wyciska ze swego keyboardu najwięcej w momentach, w których obecność biało-czarnej konsolety zdoła jednoznacznie zapaść w pamięć. Burnin' Hearts to zdecydowanie najbardziej radiowy numer Niemców. Od początku do samego zakończenia czuć głośnikową radochę, a motyw pojawiający się chwilę po typowo chórkowych refrenach kojarzy mi się z pewnym amerykańskim serialem. Ciekawi mnie tylko, jaki argument nasze rozgłośnie znalazłyby, aby tylko owej pozycji nie puścić w eter. Styl, w jakim idealnie zdołano wyważyć tajemnicze gitarowe brzmienie w rozpędzających się zwrotkach wraz z refrenem, stawia numer jako silny punkt wydawnictwa. Kompozycja warta zapamiętania, szczególnie dla osób wahających się między muzyką środka, a melodyjnym graniem. Apetyt rośnie w miarę słuchania i co należy przyznać, zostaje on zaspokojony w nadmiarze dzięki Fantasy. Największe słowa uznania należą się Bugnardowi tworzącemu po raz kolejny niezapomniany klimat i rozkręcającego całą pozycję podczas końcówki refrenu. Troszeczkę może się on kojarzyć z World Of Promises Treat, lecz według mnie jest bardziej spektakularny. Całość dopełnia niespotykany głos Kohlmeyera, czasem wchodzący we wpasowujące się tu i ówdzie "skrzeczące" rejestry. Następne Looking For Love po raz wtóry bazuje na patencie wchodzących z nienacka, ostro brzmiących riffach i klawiszach zagranych pod publiczkę, na zakończenie tego, co po solówce najważniejsze w nucie. Nie uważam tego za wadę, choć niewielka innowacyjność, bądź umieszczenie utworu w innym miejscu mogłoby spowodować podniesienie ciśnienia u nabywców albumu. Pod dziesiątka stacjonuje All Over Now, zasługujące przede wszystkim na uwagę dzięki pomyślnie wkompowanemu motywowi początkowemu. Cieszy również poważne zaistnienie perkusisty w drugiej części kawałka, dającemu wycisk swym centralkom. Refren nie pełni jak dla mnie roli motora napędowego, ale być może spowodowane jest to sytuacją recenzowania przeze mnie tegoż albumu w zbyt dusznym pomieszczeniu. Tworząc I'm On My Way muzycy być może mieli nadzieję na zrobienie furory wśród kierowców ciężarówek, wczuwając się jednak w szofera wybrałbym FM z okresu Takin' It To The Streets. W mej opinii solówka przewodnia i liryczno-muzycznie prosty refren nie są w stanie wyrządzić już tak pozytywnej zadry w sercu, jak minimum 7 poprzednich piosenek. W Why Won't łatwo się zakochać. Mimo, że ów numer nie wyróżnia się niczym szczególnym, to w zasadzie czerpie garściami z tego, co najlepsze w poprzednikach. Na oklaski zasługuje w głównej mierze refren, w którym chórki odśpiewane są z takim wyczuciem, że ciary na plecach gwarantowane. Podobać się może także aranżacja gitary w przedrefrenie, żal, że nie wydłużona choć trochę. Za niewątpliwy plus należy koniecznie uznać solo, ubarwione dźwiękami wydobywanymi spod stłumionych strun. O dziwo, jest to pozycja killerska nie wywołujaca uśmiechu na ustach. Na zakończenie na tacy podano Hold On i ten oto prosty tytuł skrywa w sobie nic innego jak balladę. Tradycyjnie w zwrotkach dominują podkłady klawiszowe, a gardła członków kapeli po refrenie z pewnością nie powróciły do dawnej świetności bez paru łyków Flegaminy. Oczywiście wioślarz solowy daje tu popis swych umiejętności, uchylając nieco rąbka tajemnicy nad stanem swego ducha.

Jeżeli do tej pory znaliście twórczość naszych sąsiadów jedynie dzięki Bonfire, Casanovie czy też Fair Warning, radzę Wam szybko rozbić świnkę-skarbonkę i wydobyć z niej ostatnie miedziaki. Album wart każdych pieniędzy, ale jak na złość trudno dostępny w kraju nad Wisłą. Być może ktoś pójdzie po rozum do głowy i doczekamy się remasteringu. Krótko mówiąc nieoszlifowany diament, zmuszający do refleksji dlaczego Roko nie wypłynęło na szerokie wody dzięki tytułowemu arcydziełu.

Brak oficjalnej strony zespołu

Człeko
wrzesień 2008