|
Skład: Robert "Roko" Kohlmeyer - śpiew, gitara rytmiczna; Ricky Lee - perkusja; Andre Pasquier - gitara basowa; Marc Bugnard - gitara prowadząca
Gościnnie: Koen van Baal - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Uwe Block
Niemiecki zespół Roko jest jednym z tych pechowców, którzy mimo zdobycia pewnej popularności w swojej ojczyźnie tak naprawdę nie wypłynęli na szerokie, światowe wody. Wydaje się, że sprawiła to zmiana muzycznej koniunktury na początku lat 90-ych; być może, gdyby formacja zaczęła grać kilka lat wcześniej, w tej chwili wymienialibyśmy ją jednym tchem z Victory czy Bonfire, gdyż niewątpliwie na to zasłużyła. Open Invitation był drugą odsłoną jej twórczości po ciepło przyjętym przez fanów melodyjnego hard rocka debiucie; odsłoną ogólnie rzecz biorąc bardziej zróżnicowaną i w kilku momentach charakteryzującą się ostrzejszym brzmieniem od tej pierwszej porcji piosenek.
Wspomniane zmiany wyszły grupie na dobre, gdyż wykrystalizowały jej styl, z jednej strony oparty na dokonaniach bardziej znanych kolegów z branży, z drugiej - wprowadzający do utworów pierwiastek własnej, odrębnej melodyki i atmosfery. Tworzą ją głównie partie wokalne Kohlmeyera, dysponującego odróżnialnym, gardłowym głosem. Na początku uszy nasze słodzi Miles Away, kawałek, w którym gęstwinę marszowych riffów spod znaku Victory pożeniono z liniami wokalnymi przywodzącymi na myśl Europe (zwłaszcza w refrenach). Połączenie wypadło nader interesująco, a w połowie długości owego wynurzenia następuje ciekawe złamanie rytmu przez dziwaczną, orkiestrową wstawkę, po której słyszymy zgrabną solówkę. Fanów hard rocka jeszcze bardziej uraduje Hot Nights In Africa, jedna z najbardziej oryginalnych piosenek w całym gatunku. Zaczyna się plemiennymi, afrykańskimi bębnami, przechodzącymi w doskonały riff napędowy, kojarzący się nieco z dokonaniami Bonfire z płyty Point Blank. A to, co się dzieje w środku, pobudzi do ruchów miednicą każdego, gdyż dynamiczna, motoryczna praca gitar idealnie współgra tu ze skocznym rytmem. Żar tropików, drinki, ścisk spoconych ciał na parkiecie - czujecie klimat? Jeśli poczuliście, ochłodzi Was semi-akustyczne Heaven, w którym zespół nieoczekiwanie uderza w tony liryczne, takie trochę w stylu starego Europe. W tej smutnej, przejmującej power balladzie, najbardziej podoba mi się pomysłowa, cudownie wkomponowana solówka, perfekcyjnie współbrzmiąca z finałowym crescendo. Z zamyślenia skutecznie wyrywa Deadline, numer z licznymi odniesieniami do Treat (wokal z delikatnym, klawiszowym podkładem) i Victory (charakterystyczne, metalowe, kroczące riffy). Dodajmy do tego urozmaiconą solówkę i wychodzi na to, że niemiecka ekipa po raz kolejny rozbiła bank. Na tym tle nieco zaskakujący może wydawać się Is It Love, najwyraźniej sformatowany pod gusta publiczności radiowej. Z tą swoją mandoliną i niemal estradowymi, klawiszowymi podkładami jest lekki i zwiewny jak sukieneczka dziewicy. Podobno właśnie ten utwór stał się sporym przebojem w Niemczech; szczerze mówiąc nie wiem, dlaczego akurat on, a nie umieszczony na następnej pozycji Judy? Ten na poły akustyczny, na poły elektryczny utworek ma bowiem wszelkie cechy radiowego hitu - szybko wpada w ucho, jest niezbyt skomplikowany, ale za to urokliwy, mający swoje wewnętrzne napięcie. Dodajmy, że główny motyw odgrywany tu na gitarze akustycznej, przypomina ten z Freedom Is My Belief Bonfire... Take My Body stanowi powrót do rozbujanego, nieco funkującego glam metalu. W sumie dość standardowego, ale znów rasowego, z fajnym przedrefrenem, wirtuozerską, shredderską solówką i mocniejszym finałem. Wine Or Water to najwyraźniej odpowiedź kapeli na Mr Heartache Treat - mamy w nim taki sam, bluesowy rytm, podkłady podbarwione Hammondami i nawet podobny śpiew... Dodajmy, że odpowiedź nadzwyczaj udana, w obrębie której podobać się może organowo-gitarowe solo z zabawami "wajchą". A o takim All Your Love śni po nocach chyba każdy kompozytor AOR-owy. Dowodzi on, że nie trzeba specjalnie kombinować, by stworzyć maksymalnie chwytliwy, leciutki przebój. Dla kontrastu na pozycji dziesiątej zamieszczono podskakujący, z lekka zawadiacki Watch Me. Niby powielający wszystkie schematy, które znamy z glam metalu, a jednak przykuwający uwagę, być może znów dzięki radującej duszę, gitarowo-klawiszowej aranżacji? You Are An Angel jest kolejnym przykładem znakomitego AOR-u, tym razem a’la Joe Lynn Turner, z pompującym rytmem, wysuniętymi na pierwszy plan gitarami, chóralną melodią w refrenie i neoklasycznymi wstawkami w solówce. No i na samym końcu emocje studzi śliczna ballada Leave Me Alone, w swojej konstrukcji mocno poprockowa, z dominującą rolą pianina. Tę melodię mogłaby z powodzeniem wyśpiewać grupa Pretenders i w ten sposób podbić światowe listy przebojów. Dlaczego więc nie udało się to naszym bohaterom? Łaska pańska jeździ na pstrym koniu...
Open Invitation to pozycja znakomita, zagrana z dużą klasą, a przy tym na tyle urozmaicona, że nie powinna znudzić nikogo. Fani metalu mogą się co prawda boczyć na zbyt dużą ilość ballad, ale czy w świetle jakości tych pościelówek można czynić z tego zarzut? Dla osoby wzdychającej do brzmień rodem z lat 80-ych, czy to glam metalowych, czy AOR-owych, album okaże się prawdziwą gratką, perełką pozbawioną (z jednym wyjątkiem) wypełniaczy. Płytę polecam wszystkim zainteresowanym melodyjną odmianą hard rocka.
Strona Roko Media: www.roko-media.de
Hardlover listopad 2009
|