Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

ROKO - Open Invitation [1992]
Wydawca: Polydor

  1. Miles Away
  2. Hot Nights In Africa
  3. Heaven
  4. Deadline
  5. Is It Love
  6. Judy
  7. Take My Body
  8. Wine Or Water
  9. All Your Love
  10. Watch Me
  11. You Are An Angel
  12. Leave Me Alone
Open Invitation

Skład: Robert "Roko" Kohlmeyer - śpiew, gitara rytmiczna; Ricky Lee - perkusja; Andre Pasquier - gitara basowa; Marc Bugnard - gitara prowadząca
Gościnnie: Koen van Baal - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Uwe Block

Niemiecki zespół Roko jest jednym z tych pechowców, którzy mimo zdobycia pewnej popularności w swojej ojczyźnie tak naprawdę nie wypłynęli na szerokie, światowe wody. Wydaje się, że sprawiła to zmiana muzycznej koniunktury na początku lat 90-ych; być może, gdyby formacja zaczęła grać kilka lat wcześniej, w tej chwili wymienialibyśmy ją jednym tchem z Victory czy Bonfire, gdyż niewątpliwie na to zasłużyła. Open Invitation był drugą odsłoną jej twórczości po ciepło przyjętym przez fanów melodyjnego hard rocka debiucie; odsłoną ogólnie rzecz biorąc bardziej zróżnicowaną i w kilku momentach charakteryzującą się ostrzejszym brzmieniem od tej pierwszej porcji piosenek.

Wspomniane zmiany wyszły grupie na dobre, gdyż wykrystalizowały jej styl, z jednej strony oparty na dokonaniach bardziej znanych kolegów z branży, z drugiej - wprowadzający do utworów pierwiastek własnej, odrębnej melodyki i atmosfery. Tworzą ją głównie partie wokalne Kohlmeyera, dysponującego odróżnialnym, gardłowym głosem. Na początku uszy nasze słodzi Miles Away, kawałek, w którym gęstwinę marszowych riffów spod znaku Victory pożeniono z liniami wokalnymi przywodzącymi na myśl Europe (zwłaszcza w refrenach). Połączenie wypadło nader interesująco, a w połowie długości owego wynurzenia następuje ciekawe złamanie rytmu przez dziwaczną, orkiestrową wstawkę, po której słyszymy zgrabną solówkę. Fanów hard rocka jeszcze bardziej uraduje Hot Nights In Africa, jedna z najbardziej oryginalnych piosenek w całym gatunku. Zaczyna się plemiennymi, afrykańskimi bębnami, przechodzącymi w doskonały riff napędowy, kojarzący się nieco z dokonaniami Bonfire z płyty Point Blank. A to, co się dzieje w środku, pobudzi do ruchów miednicą każdego, gdyż dynamiczna, motoryczna praca gitar idealnie współgra tu ze skocznym rytmem. Żar tropików, drinki, ścisk spoconych ciał na parkiecie - czujecie klimat? Jeśli poczuliście, ochłodzi Was semi-akustyczne Heaven, w którym zespół nieoczekiwanie uderza w tony liryczne, takie trochę w stylu starego Europe. W tej smutnej, przejmującej power balladzie, najbardziej podoba mi się pomysłowa, cudownie wkomponowana solówka, perfekcyjnie współbrzmiąca z finałowym crescendo. Z zamyślenia skutecznie wyrywa Deadline, numer z licznymi odniesieniami do Treat (wokal z delikatnym, klawiszowym podkładem) i Victory (charakterystyczne, metalowe, kroczące riffy). Dodajmy do tego urozmaiconą solówkę i wychodzi na to, że niemiecka ekipa po raz kolejny rozbiła bank. Na tym tle nieco zaskakujący może wydawać się Is It Love, najwyraźniej sformatowany pod gusta publiczności radiowej. Z tą swoją mandoliną i niemal estradowymi, klawiszowymi podkładami jest lekki i zwiewny jak sukieneczka dziewicy. Podobno właśnie ten utwór stał się sporym przebojem w Niemczech; szczerze mówiąc nie wiem, dlaczego akurat on, a nie umieszczony na następnej pozycji Judy? Ten na poły akustyczny, na poły elektryczny utworek ma bowiem wszelkie cechy radiowego hitu - szybko wpada w ucho, jest niezbyt skomplikowany, ale za to urokliwy, mający swoje wewnętrzne napięcie. Dodajmy, że główny motyw odgrywany tu na gitarze akustycznej, przypomina ten z Freedom Is My Belief Bonfire... Take My Body stanowi powrót do rozbujanego, nieco funkującego glam metalu. W sumie dość standardowego, ale znów rasowego, z fajnym przedrefrenem, wirtuozerską, shredderską solówką i mocniejszym finałem. Wine Or Water to najwyraźniej odpowiedź kapeli na Mr Heartache Treat - mamy w nim taki sam, bluesowy rytm, podkłady podbarwione Hammondami i nawet podobny śpiew... Dodajmy, że odpowiedź nadzwyczaj udana, w obrębie której podobać się może organowo-gitarowe solo z zabawami "wajchą". A o takim All Your Love śni po nocach chyba każdy kompozytor AOR-owy. Dowodzi on, że nie trzeba specjalnie kombinować, by stworzyć maksymalnie chwytliwy, leciutki przebój. Dla kontrastu na pozycji dziesiątej zamieszczono podskakujący, z lekka zawadiacki Watch Me. Niby powielający wszystkie schematy, które znamy z glam metalu, a jednak przykuwający uwagę, być może znów dzięki radującej duszę, gitarowo-klawiszowej aranżacji? You Are An Angel jest kolejnym przykładem znakomitego AOR-u, tym razem a’la Joe Lynn Turner, z pompującym rytmem, wysuniętymi na pierwszy plan gitarami, chóralną melodią w refrenie i neoklasycznymi wstawkami w solówce. No i na samym końcu emocje studzi śliczna ballada Leave Me Alone, w swojej konstrukcji mocno poprockowa, z dominującą rolą pianina. Tę melodię mogłaby z powodzeniem wyśpiewać grupa Pretenders i w ten sposób podbić światowe listy przebojów. Dlaczego więc nie udało się to naszym bohaterom? Łaska pańska jeździ na pstrym koniu...

Open Invitation to pozycja znakomita, zagrana z dużą klasą, a przy tym na tyle urozmaicona, że nie powinna znudzić nikogo. Fani metalu mogą się co prawda boczyć na zbyt dużą ilość ballad, ale czy w świetle jakości tych pościelówek można czynić z tego zarzut? Dla osoby wzdychającej do brzmień rodem z lat 80-ych, czy to glam metalowych, czy AOR-owych, album okaże się prawdziwą gratką, perełką pozbawioną (z jednym wyjątkiem) wypełniaczy. Płytę polecam wszystkim zainteresowanym melodyjną odmianą hard rocka.

Strona Roko Media: www.roko-media.de

Hardlover
listopad 2009