|
Skład: Steve Jack- śpiew; Jamey Kosh - gitara basowa, śpiew; Bob Rock - gitary, śpiew; Chris Taylor - perkusja; John Webster- instrumenty klawiszowe
Produkcja: Bob Rock
Rockhead to jeden z tych pechowych zespołów, które swoje debiuty wydały w mało szczęśliwym momencie. Płyta została wydana przez bardzo silną wywórnię Capitol-EMI, mieli niezłego producenta (Bob Rock) jednak mimo to wydanie tegoż albumu przeszło zupełnie niezauważone. A jest to porcja bardzo solidnego, w wielu momentach porywającego hardrocka. Na płycie znalazło się 13 utworów trwających łącznie 59 minut, co jak na płytę hardrockową jest dużo. Zespół na debiucie nie ustrzegł się kilku typowych wypełniaczy (niektórzy jak niżej podpisany lubią jednak takie piosenki, bo dzięki nim jest wytchnienie między perłami). Brzmienie zespołu w ostrzejszych momentach przypomina Union czy Mötley Crüe z okresu "ST", słychać też duże podobieństwa do Lynch Mob z czasów Wicked Sensation, natomiast gdy zespół zapuszcza się w wolniejsze rejony, bardzo to przypomina dokonania Gary Moore'a.
Otwarcie bardzo mocne, co doskonale nastraja przed nastepnymi numerami. Bed Of Roses, do którego nakręcono nawet teledysk, to jeden z moich faworytów na płycie, świetny refren kojarzący się z płytami Union lub z Mötley Crüe. W ogóle wokalista bardzo kojarzy mi się z Johnem Corabim. Śpiewa w ten sam siłowo rozkrzyczany sposób. W wolnych momentach natomiast jest to jakby Gary Moore. Corabi, Moore... Przyznacie, wybuchowa mieszanka. Chelsea Rose to bardzo rock'n'rollowy utwór. Ma świetny rytm, z przewijającym się wstawkami fortepianowymi. Początek do Heartland jest szczerze mówiąc mało zachęcający, brzmi strasznie alternatywnie, na pewno nie hardrockowo. Ku memu ogromnemu zaskoczeniu przechodzi ona w refren, który dosłownie zabija. Tego trzeba posłuchać, zdecydowanie najlepsza piosenka na płycie i w żadnym stopniu nie zmienia tego fakt, że w zwrotkach jest ten alternatywny feeling, z czasem się do tego można przyzwyczaić, ba! nawet polubić (oczywiście na ten fakt wpływa ów niesamowity refren). Piosenka trwa całe 6 minut, ale jest to coś niesamowitego, ten refren będzie was prześladował przez bardzo długo... Lovehunter jest balladą jakby żywcem wyjętą z albumu Gary Moore'a. Naprawdę słuchając tego można sie zatracić w rozmyślaniach, czy aby czasem nie on to śpiewa. Następny numer, Death Do Us Apart, jest akustyczną balladą z bardzo ciekawym tekstem, poza tym godne uwagi są popisy gitarzysty, który wygrywa tutaj na akustyku bardzo ciekawe dźwięki. Warchild i Sleepwalk może nie są tandentnymi wypełniaczami, ale w porównaniu z poprzedniczkami nie robią na mnie żadnego większego wrażenia. Natomiast Hell's Back Door i Hard Rain są zdecydowanym powrotem do formy z początku płyty. I znów podobieństwa do Motley i Corabiego jak najbardziej na miejscu. Do zdecydowanych plusów można jeszcze zaliczyć zamykające album, napisane przez duo z Bon Jovi, Richiego i Jona, House Of Cards. Charakteryzuje się ono niesamowitą solówką i, co jest typowe dla tego albumu, świetnym refrenem. Słychać też w nim pewne odniesienia do muzyki country.
Summa summarum wspaniała płyta. Nie ma na to żadnego wpływu, że znalazło sie tu kilka słabszych momentów. Może małym błędem było wydanie tak długiej płyty, z drugiej strony nawet te przeciętniaki nie są takie złe. Po prostu przy Heartland czy Bed Of Roses wszystko jest przeciętne. Dla fanów Union, Lynch Mob, Moore'a czy Motleyów rzecz obowiązkowa. Dla reszty zresztą też...
Brak oficjalnej strony zespołu
Vandervelde październik 2003
|