|
Skład: Guy Speranza - śpiew; Mark Reale - gitara prowadząca; Rick Ventura - gitara rytmiczna; Kip Lemming - gitara basowa; Sandy Slavin - perkusja
Produkcja: Steve Loeb i Billy Arnell
Amerykańska grupa Riot zaczęła grać w nieodpowiednim miejscu (USA) i w nieodpowiednim czasie (druga połowa lat siedemdziesiątych). Muzyka, którą proponował zespół, była wszak najbliższa wyspiarskiemu NWOBHM, czyli brzmieniom, które wówczas w jego rodzinnym kraju pozostawały niemal niezauważane. Opisywany tu trzeci album formacji miał ukazać się pod szyldem wytwórni Capitol, ta jednak nalegała, by zespół złagodził brzmienie, aż w końcu utraciła zainteresowanie nagraniami artystów, na skutek czego płyta musiała zostać ostatecznie wydana pod szyldem Elektra Records. Co prawda wydawnictwo Fire Down Under cieszyło się pewnym rozgłosem, na pewno nie zdobyło jednak takiej popularności, na jaką zasłużyło.
Niechciane dziecko Riot dostarcza dawki bezkompromisowej muzyki, leżącej gdzieś pomiędzy NWOBHM a hardrockiem, w znakomitym wydaniu. Słychać inspiracje grupy dokonaniami kilku tuzów, sławnych na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, a jednocześnie wykreowała ona swój własny styl, będący w głównej mierze pochodną gry gitarzysty Marka Reale’a i charakterystycznie ucinającego głoski wokalu Guya Speranzy. Artyści skupiają się tu głównie na strukturach utworów (Fire Down Under jest istną kopalnią doskonałych riffów), chociaż czasem potrafią też wyczarować dobrą melodię. Wydaje się, że kawałki Riot są idealnie wyważone - nie ma tu miejsca na jakieś długie galopady instrumentalne czy denerwujący niektórych patos, kompozycje są syntetyczne, "gęste", nie bazujące na nadmiernym hałasie. To się czuje już w otwierającym album Swords And Tequila, szybkim numerze opartym na riffie, za który wielu dałoby się pokroić i który stanowił, mówiąc delikatnie, źródło inspiracji dla wielu metalowych kapel z lat osiemdziesiątych (zainteresowanych tą tematyką odsyłam na strony YouTube). Melodia kawałka nawiązuje trochę do twórczości Rainbow, jednak strukturalnie najbliżej mu do piosenek z pierwszej płyty Tygers Of Pan Tang. Galopujący na złamanie karku, bazujący na jeszcze szybszej zagrywce i perfekcyjnie odegrany utwór tytułowy z doskonałą solówką po prostu wgniata w ziemię, można go śmiało zaliczyć do kategorii "speed metal". Zwraca uwagę wspaniała współpraca gitar prowadzącej i rytmicznej, zresztą tak jest na całym albumie. Zmiana klimatu następuje wraz z Feel The Same z nieco tajemniczym motywem gitarowym na początku, wolniejszym od poprzedników, kojarzącym się z kawałkami Saxon lub nawet wczesnego Def Leppard. W Outlaw artyści postanowili uraczyć nas hardrockiem i to jakim! Stanowi on z pewnością najłatwiej rozpoznawalny fragment całej płyty, będący wyśmienitym połączeniem prostych, acz hipnotyzujących riffów, pulsującej gitary Reale’go i nie dającej się zapomnieć melodii, w refrenie nawiązującej mocno do przebojów Thin Lizzy; dobrego wrażenia nie psuje nawet przydługie outro. Piąty z kolei Don’t Bring Me Down z tradycyjnie świetnym riffem przywodzi na myśl ówczesne nagrania zespołów brytyjskich, blisko mu do piosenek wspomnianego Tygers Of Pan Tang czy Diamond Head. Natomiast na zagranym na podwójnej stopie Don’t Hold Back unosi się duch wczesnego Judas Priest, chociaż akurat on nie zachwyca, co nie oznacza, ze jest zły, po prostu wcześniejsze tak wysoko podniosły poprzeczkę... Spokojniutki wstęp Altar Of The King, jakby wyjęty z ballad Rainbow, sugeruje, ze oto zaczyna się pościelówa, a tu nic z tego, gdyż numer przeradza się w rozkołysany, mocny rocker w średnim tempie a’la UFO z udaną solówką (ślady takiego grania można potem dostrzec chociażby w niektórych kawałkach Running Wild). Charyzmatyczny wokalista z łatwością wchodzi tu w wysokie rejestry. Zagrywka z No Lies brzmi znajomo, powiedziałbym że jest "sabbathowski", jednak sama piosenka jest zagrana w innym rytmie, bliższa raczej Rainbow, no i Speranza nadaje jej rys własnej osobowości. Dalej zespół znów podkręca tempo, czego efektem jest Run For Your Life - tytuł znakomicie pasuje do kolejnego dynamicznego, metalowego hitu z kosmicznym riffem i prostą, choć dobrą melodią. Tym razem prawdziwy respekt budzą: solówka i praca perkusisty. Zamykający płytę, instrumentalny Flashbacks z nagranymi głosami wokalisty i publiczności, został chyba wymyślony jako otwieracz koncertów. Zaczyna się gitarowym popisem z częstym zastosowaniem ramienia tremolo, żeby potem stopniowo przyspieszać i w pewnym momencie się... urywa. Można to uznać za przedziwny żart, nie obniżający jednak oceny całości. Na wydanej przez Niemców reedycji krążka znajduje się jeszcze 5 utworów bonusowych, jednak nie można powiedzieć, by wnosiły one coś szczególnego do całości - moim zdaniem umieszczono je niepotrzebnie. Ot, wyglądają na dobrze zagraną i zaśpiewaną muzykę z lat '70 (Struck By Lightning brzmi niemal jak cover Rainbow, brzmienie Misty Morning Rain lokuje się gdzieś pomiędzy Rainbow a UFO). Ostatnie trzy kawałki bonusowe też jakoś przeszły mi koło uszu, chociaż trzeba przyznać, że po raz kolejny dowodzą dużej klasy wykonawczej formacji.
Co tu gadać, Fire Down Under jest prawdziwą perełką, krążkiem absolutnie skończonym, choć współczesnym fanom heavy metalu może wydawać się już nieco archaiczny. Jeśli więc, drogi Czytelniku, przedkładasz płynące z grania entuzjazm i energię nad skłonność do patosu i przesadnego kombinowania, jest to propozycja właśnie dla Ciebie. Wszystkich pozostałych zachęcam do zapoznania się z albumem, który powinien wywindować Riot na pozycję gwiazd na miarę co najmniej Iron Maiden (dziwnym trafem tak się nie stało).
Oficjalna strona zespołu: www.riotsweb.com
Hardlover marzec 2009
|