|
Skład: Richie Sambora - śpiew, gitary akustyczne i elektryczne, aranżacje strunowe; David Bryan - instrumenty klawiszowe, aranżacje strunowe; Tico Torres - perkusja i instrumenty perkusyjne; Randy 'The Emperor' Jackson - gitara basowa; Tony Levin - gitara basowa, Chapman Stick
Gościnnie: Eric Clapton - gitarowe solo w [6]; Jeff Bova, Jimmy Bralower, Robbie Buchanan, Larry Fast, Chris Palmaro, Eric Persing - instrumenty klawiszowe, programowanie; Rafael Padilla, Carol Steele - instrumenty perkusyjne; Tawatha Agee, Bekka Bramlett, Curtis King, Brenda White-King, Franke Previte, Dean Fasano - chórki
Produkcja: Richie Sambora i Neil Dorfsman
Był taki moment w karierze zespołu Bon Jovi, że muzycy postanowili sobie zrobić przerwę. Przerwę w działalności zespołu, ale nie przerwę w działalności muzycznej w ogóle. Czas ten głównie bohaterowie Jon i Richie poświęcili m. in. na nagranie swoich pierwszych płyt solowych i szczerze mówiąc, był to bardzo dobry pomysł. Raz, że dostaliśmy dwa wspaniałe albumy solowe (każdy utrzymany w nieco innym gatunku muzycznym), dwa, że później powracający z urlopu panowie nagrali najbardziej "progresywny" krążek w swojej karierze.
O ile Jon zdecydował się na mieszany gatunkowo projekt, gdzie można było usłyszeć rock, country, soul, a nawet gospel, o tyle Richie postanowił nagrać coś z muzyki bliskiej jego sercu, czyli bluesa (w rzeczywistości znajdziemy na płycie więcej AORu). Pierwsze w zestawie Rest In Peace jest właściwie swego rodzaju intrem, a nie piosenką samą w sobie. Tym, co od razu rzuca się w uszy, jest bardzo dalekie odejście od stylu gry macierzystej formacji Sambory. Nie ma w tym hair metalu, nie ma pop rocka, czy jak to jeszcze nazwiemy, prędzej znajdziemy nawiązania do INXS zmieszanego z Queen. Płyta zapowiada się naprawdę interesująco, więc słuchamy jej dalej z wyczekiwaniem, czym tym razem zaskoczy nas Richie. I oto rusza Church Of Desire w sposób bardzo spokojny, wysmakowany, z klawiszowym wstępem. Kawałek plasuje się gdzieś pomiędzy bluesem a AORem, którego jest tu całkiem sporo. Pierwszą reakcją, jaką z pewnością podejmie każdy słuchacz, będą porównania z twórczościąBon Jovi, a konkretniej z liniami wokalnymi. Czyż nikt nie jest ciekawy, jak wypada za mikrofonem człowiek, który zazwyczaj obsługuje tylko gitary w swojej grupie? Jak można się spodziewać głos Sambory ani trochę nie jest podobny do głosu Jona. I bardzo dobrze, klonowanie Jona nie miałoby przecież sensu, poza tym do muzyki prezentowanej na tym albumie akurat barwa głosu Sambory pasuje dużo lepiej. Jestem niemal pewien, że ten numer podbije serce niejednego fana AORu. Stranger In This Time to w zasadzie ten sam gatunek co uprzednio, tym razem jednak tempo bardzo się zwalnia, a Richie śpiewa nieco inaczej, Jeśli się dokładnie wsłuchać w melodie, to można wysłyszeć kierunek, w jakim będzie zmierzało Bon Jovi w swoich balladach od albumu These Days. Ten krążek miał swój urok i moim zdaniem niezbyt fortunnie zaliczany jest przez większość krytyków do słabszych płyt zespołu, wymaga po prostu dość szczególnego traktowania i wyjścia z horyzontami poza pewien schemat oczekiwań. Tak czy inaczej, mamy tutaj coś, co ten album zwiastuje, więc wraz z wydaniem These Days nie powinniśmy się dziwić, że grupa obrała taki a nie inny kierunek rozwoju, bo na solowym Samborze mieliśmy tego przedsmak. Jednym z kawałków, który najbardziej zapadł mi w pamięć i który uważam za pewnego rodzaju wizytówkę tego krążka, jest Ballad Of Youth. Może dlatego, że jest on najbliższy dokonaniom starego Bon Jovi, sam nie wiem, ale w połowie lat '90, kiedy to po raz pierwszy zetknąłem się z tym albumem, podobał mi się najbardziej. Teraz, gdy sięgnąłem po ten krążek po latach, moje preferencje się nieco zmieniły i podoba mi się tu wiecej utworów niż niegdyś. Jak mawiał jeden z moich kolegów, "do niektórych rzeczy trzeba dorosnąć". Pal licho, że miał na myśli jakieś death metalowe rzeźnie, ogólny sens jego wypowiedzi pasuje niemal do każdej sytuacji. Za One Light Burning jakoś za bardzo nie przepadam. Zrażają mnie do niego te typowo sztuczne aranżacje instrumentów klawiszowych, te typowo generowane syntezatorowo dźwięki perkusyjne kojarzące się nieco z klaskaniem. Toż to szczyt bezguścia i dziwię się, że tak wielu artystów sięga po tak mało wyrafinowane środki ekspresji. oddając jednak sprawiedliwość kompozycji, to jeśli zignoruje się te efekty, jeśli będzie się sobie wmawiać, że ich tak naprawdę tam nie ma, to sam numer jest całkiem dobry, AORowy. Nadszedł wreszcie czas na większą porcję bluesa i oto mamy Mr. Bluesman, piosenkę z gościnnym udziałem Erica Claptona. Czytałem kiedyś wywiad z Samborą, w którym opowiadał, że nagrania do tej kompozycji odbywały się w londyńskim domu Claptona, bowiem tam ten muzyk czuł się najlepiej, a chodziło o zapewnienie jak najlepszej atmosfery. Kompozycja jest bardzo fajna, aczkolwiek mam pewne zastrzeżenia co do linii wokalnych Richiego. Myślę, że lepiej by było, gdyby ten kawałek pozostał instrumentalny. Pewne momenty z wokali za bardzo kojarzą się z Presleyem i niezbyt tutaj pasują. A teraz pewna ciekawostka. Przy Rosie palce maczał słynny kompozytor Desmond Child i raz, że to słychać, to jeszcze słychać, że wielkiemu Desmondowi udało się sprzedać ten sam towar kilka razy różnym klientom. Riff otwierający numer jak żywo przypomina jedną z piosenek Childa, którą wykonywała Bonnie Tyler i KISS - Hide Your Heart. Wystarczy posłuchać wszystkich trzech wersji tego kawałka, by dojśc do wniosku, że z tego Desmonda to kawał szczwanego lisa. Dodam tylko, że wszystkie wersje osobiście bardzo lubię, ale najbardziej odpowiada mi wykonanie pani Tyler. River Of Love kierowane jest bardziej do publiczności nastawionej na blues rocka. Uwagę zwraca refren, który podobny jest lekko do refrenu z Woman In Love, piosenki jaka znajdzie się na kolejnym krążku Bon Jovi. Cholera, w tym numerze nawet głos Sambory podchodzi trochę pod głos Jona. W sumie to nie wada, raczej wzajemna fascynacja, skoro panowie grali tyle lat wspólnie, to ciężko by było, gdyby się nawzajem nie inspirowali. Jedną z kompozycji, która zapadła mi w pamięć, jest też Father Time. To coś w rodzaju AORowej ballady, bardzo melodyjna piosenka, jaka mogłaby być na okragło puszczana w stacjach radiowych. Również tutaj głos Sambory doskonale pasuje i kto wie, czy nie jest on równie uniwersalny jak głos jego kolegi z macierzystego zespołu. Naprawdę wspaniały numer. Na samym końcu listy wypada The Answer, dzieło niby dobre, ale chyba najmniej do mnie trafiające. Niby wszystko jest ok, gitarki akustyczne grają ciekawie, Richie śpiewa poprawnie, coś jednak sprawia, że do odsłuchiwania tego numeru muszę mieć naprawdę szczególny nastrój. Po przeanalizowaniu za i przeciw, doszedłem do wniosku, że tutaj powinien zaśpiewać ktoś inny, albo kompozycja powinna być bardziej rozbudowana i pozostać instrumentalną.
Album przypadł do gustu recenzentom i słuchaczom, nie brakło opinii, że jest to lepsze wydawnictwo niż solowy Jon Bon Jovi. Ja oba krążki traktuję na równi i stawiam mniej więcej na tym samym poziomie, choć uważam, że nie powinno się ich wcale porównywać. Są to po prostu dwie odmienne stylistycznie płyty, każda wspaniała w swojej kategorii. Kto powinien sięgnąc po Stranger In This Town? Raczej nie ci, którzy szukają ostrego hard rocka, czy podpadającego pod pop hair metalu. Z pewnością natomiast albumem powinni się zainteresować miłośnicy AORu z lekką domieszką bluesa oraz wszyscy ci, którzy lubią po prostu dobre granie i nie są przy okazji zamknięci na różne muzyczne idee. Wydawnictwo godne polecenia.
Brak oficjalnej strony artysty
Guitarrizer czerwiec 2008
|