Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

RENEGADE - On The Edge [2004]
Wydawca: Renegade Sounds

  1. Angel Of Love
  2. It's My Life
  3. Friends And Lovers
  4. On The Edge
  5. Call To Glory
  6. Testify
  7. It's Only Make Believe
  8. Take A Chance On Romance
  9. Kids Runnin' Wild
On The Edge

Skład: Steve Foster - śpiew; Geraldo Dominelli - gitary, chórki; Kenny Geatros - gitary; Terry Kellogg - gitary; Paul Minshall - instrumenty klawiszowe, chórki; Darren Pasdernick - instrumenty klawiszowe; Jim Buckshon - instrumenty klawiszowe, gitara basowa, gitara basowa klawiszowa, programowanie perkusji, chórki
Gościnnie: Darby Mills - chórki; Helenna Santos - chórki; Rhoslyn Jones - chórki

Produkcja: Jim Buckshon

Kanadyjski AOR charakteryzuje się tym, że często ma w sobie to coś, co bardzo mi się podoba. Czasami chodzi o brzmienie, czasami o kompozycje, a czasami po prostu o całokształt. Renegade są grupą znaną właściwie jedynie AORowym fanatykom i w gronie tym udało im się zdobyć pewną renomę. Było to w dużej mierze sprawką wydanego w 2001 roku Back From The Dead. Czy On The Edge powtórzyło sukces swojego poprzednika?

Przede wszystkim pochodzące z 2004 roku wydawnictwo jest trochę mniej radosne od Back From The Dead, brak na nim również wybijających się znacznie kompozycji, które mogłyby zrzucić kogoś z krzesła. Jest to jednak płyta solidna i umiejętnie zagrana. Z pewnością spełni oczekiwania swojej grupy docelowej. Ani przez chwilę nie brakuje melodyjności, czyli podstawowej cechy udanego AORowego krążka. Zwrócę uwagę również na to, że Renegade nie grają tutaj mocno, brnąc raczej w AOR z początku lat '80 niż z ich końcówki i prawdopodobnie dla wielu osób zespół będzie brzmiał zbyt lekko. Utwory umieszczone na longplayu to tak jakby zlepek niewydanych wcześniej kompozycji, część z nich powstała w 1985 roku, część w 1987. W tym czasie skład zespołu ulegał zmianie, dlatego też poszczególne kawałki grane są przez różnych ludzi. To, że muzyka ta powstawała w latach '80 czuć bardzo wyraźnie. Jedynie jedna ze ścieżek została skomponowana później, bo dopiero w 2004 i jest to kawałek otwierający album. Pierwszy numer może zresztą odstraszyć osoby bojące się eksperymentów i oczekujące czegoś klasycznie brzmiącego. Elementy elektroniczne pojawiające się w Angel Of Love nie są napastliwe, a co więcej świetnie pasują do tej kompozycji. Refreny to już przysłowiowe cud, miód i orzeszki. Owszem, jest lekko, ale za to jak melodyjnie! Pomimo początkowego sceptycyzmu, otwieracz ten stał się moją ulubioną ścieżką z płyty. Każdy ma ochotę posłuchać czasami czegoś odrobinę innego. It's My Life jest bardziej przewidywalne, ale nie wzbudza tak bardzo mojego zainteresowania. Do czasu, gdyż kiedy dochodzimy do refrenów sytuacja trochę się poprawia. Leciutkie Friends And Lovers intrygująco się zaczyna, grupa umiejętnie buduje ten utwór, ale niestety zawodzą chórki w refrenach, są zbyt plastikowe i przez to odrzucające. Tytułowe On The Edge to obok Angel Of Love najlepsza ścieżka na płycie. Jest to rasowy, AORowy rocker. Świetnie wypadają mocniejsze niż zazwyczaj riffy, pulsujący rytm, zdecydowane wejścia instrumentów oraz typowo melodyjne refreny. Kanadyjczycy tworzą udane, mocne chórki. Call To Glory to ponownie złagodzenie brzmienia, klawisze wychodzą na pierwszy plan. Zespół utrzymuje nostalgiczny nastrój, pamiętając jednocześnie o tym, aby fani kapeli otrzymali odpowiednie dawki udanych refrenów. Niemniej jednak, jest to niezbyt ciekawa ścieżka, ale na szczęście wraz z kolejnym utworem zespół powraca do takiego grania, jakie w wydaniu kapeli najbardziej mnie kręci. AORowe hymny całkiem nieźle wychodzą Kanadyjczykom. It's Only Make Believe to typowy dla grupy rocker, pogodny, zagrany w stary sposób. I jego cechą, która może się podobać są ponownie - chciałoby się rzec - refreny. Reszta jest przeciętna. Take A Chance On Romance zaczyna się od dźwięku saksofonu. Instrument ten bardzo dobrze pasuje do niektórych AORowych kawałków. Jeśli podobała się komuś poprzednia część płyty, to i opisywany numer powinien spełnić jego oczekiwania. Końcówka albumu to Kids Runnin' Wild. Szybko jak na grupę zagrana kompozycja, przejawiająca jednak wszystkie wymienione wcześniej cechy Renegade. Dodam jeszcze wzmiankę o dobrze pasującej do reszty utworu, choć niezbyt trudnej solówce. On The Edge kończy się szybko, bo zaledwie po trzydziestu paru minutach. Można powiedzieć, że czuje się przez to pewien niedosyt.

Płycie tej z pewnością poświęciłem więcej czasu, niż była tego warta. Oczarowało mnie kilka bardzo udanych kompozycji i dzięki nim wielokrotnie przedzierałem się przez znajdujące się tu wypełniacze. A ponieważ słuchałem ich często, to w końcu również i je zacząłem lubić. Myślę, że fani zagranego w starym stylu AORu (wcześniejszego niż jego hair metalowa wersja) będą tą płytą usatysfakcjonowani.

Brak oficjalnej strony zespołu

Guciomir
luty 2009