Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

RECKLESS LOVE - Reckless Love [2010]
Wydawca: Mercury Records / Universal Music

  1. Feel My Heat
  2. One More Time
  3. Badass
  4. Love Machine
  5. Beautiful Bomb
  6. Romance
  7. Sex
  8. Back To Paradise
  9. So Yeah
  10. Wild Touch
  11. Born To Rock
Reckless Love

Skład: Olli Herman - śpiew; Pepe - gitara; Jalle Verne - gitara basowa; Hessu Maxx - perkusja

Produkcja: Iika Wirtanen

O ile debiut szwedzkiego Crashdïet Rest In Sleaze z 2005 r. swego czasu rzucił mnie na kolana, o tyle jego następczyni The Unattractive Revolution, z następcą nieodżałowanego Dave'a Leparda - znanego jako Olliver Twisted (czy, jak wokalista podpisuje się obecnie, Olli Herman), wydała mi się znacznie mniej przyswajalna już przy pierwszym przesłuchaniu i dosyć szybko (mimo ciekawego In The Raw promującego wydawnictwo) powędrowała na półkę. Bez specjalnych emocji powitałam kolejną zmianę gardłowego w Crashdïet oraz fakt, że Olliver Twisted porzuca skład Martina Sweeta i Petera Londona na rzecz swojego autorskiego zespołu, Reckless Love. Również i ukazanie się pierwszego pełnowymiarowego wydawnictwa Reckless Love potraktowałam jako ciekawostkę - ot, pewnie próba rozwinięcia skrzydeł i wykorzystania szlifów zdobytych podczas współpracy ze szwedzkimi kolegami, albo po prostu kolejna skandynawska kapela z gatunku glam/sleaze, jakich pojawia się coraz więcej. Błąd! Zamiast sceptycznie oczekiwanej trzecioligowej zrzynki z Crashdïet - dostajemy album znakomicie definiujący, jak powinien wyglądać współczesny glam.

Rzut oka na szatę graficzną debiutu Reckless Love od razu przywodzi na myśl klasyczną kliszę rockowych okładek - logo (skrzyżowanie firmowych czcionek KISS i Van Halen) i zdjęcie na front okładki, a'la Look What The Cat Dragged In Poison, S/T White Tiger czy... EP-ka wydana swego czasu przez niejakie Metal Skool, obecnie Steel Panther. Zabawne - wspólny mianownik z tymi ostatnimi w przypadku Reckless Love nie ogranicza się wyłącznie do kwestii okładki... Jedenaście zawartych na debiucie utworów ma bowiem sporo wspólnego z muzyką na Feel The Steel kalifornijskich jajcarzy - i jedno, i drugie, to perfekcyjny, wyszlifowany i wprost kipiący radością życia hair metal. Przejdźmy jednak do konkretów - płytę otwiera ultramelodyjny Feel My Heat, kawałek, którego nie powstydziłoby się ani Pretty Boy Floyd, ani wspomniane tu już wczesne Poison. To właśnie ma się na myśli, przypinając recenzenckie łatki typu "party rock" - chłopaki ewidentnie czerpią w nim z najlepszych wzorców tego rodzaju muzyki. Melodyjna, wyważona solówka i dynamizm skutecznie podrywają słuchacza na równe nogi - a to dopiero początek jazdy z Reckless Love... "Dwójka" to One More Time - skrzyżowanie klimatów Pretty Boy Floyd / Tigertailz z debiutem Wig Wam, klimaty typu Bless The Night z pierwszej płyty Norwegów. Uwagę zwracają znakomite chórki i wprost mistrzowski refren, stworzony do chóralnego koncertowego odśpiewywania. Badass to znów dawka muzycznej energii oraz nieodparte skojarzenia ze wymienionymi tu już Steel Panther - muzycznie to coś pokroju Hell's On Fire, albo - jak kto woli - mariaż klasycznego glamu z nowoczesnym sleaze'm i to mariaż bardzo udany. Pewne nawiązania do sleaze'owych brzmień słyszymy także w Love Machine - osobiście uważam numer za najsłabszy z płyty, niemniej jednak kontrast między zadziornie skandowanymi zwrotkami i melodyjnym chórkiem w refrenie daje w sumie ciekawy efekt. Beautiful Bomb, pierwszy singiel z płyty, od razu kojarzy się z legendarnym Love Bomb Baby Tigertailz, tak pod względem tytułu, jak i chóralnie skandowanej frazy na wejście. W maksymalnie złagodzonym, niesamowicie chwytliwym refrenie pobrzmiewają natomiast echa takich kapel jak Bon Jovi z okresu Slippery When Wet (chórki!) czy Danger Danger z dwóch pierwszych płyt, a nawet... Poley'owej Melodiki. Romance to zdecydowanie klimaty Crashdïet z okresu pierwszego wydawnictwa (a jednak!), z refrenem znów dopracowanym do perfekcji i pełnym poweru - wokale brzmią tu tak, jak u Kane'a Robertsa lub Wall Of Silence (pamiętacie jeszcze kawałek Addicted?) Zaskakujący brzmieniowo jest siódmy na płycie Sex - to już niemal... pop. Krzywiącym się na tę "profanację" spieszę jednak przypomnieć - hair metal miał w sobie sporo z popu nawet i w najlepszych czasach, nieprawdaż?... Nic nie zmieni jednak faktu, że słucha się tego bardzo dobrze. W dodatku żaden szanujący się band w latach '80 nie mógł obyć się przecież bez power ballady, której rolę spełnia tu Sex. Back To Paradise napędza syntezatorowy, niemalże dyskotekowy beat - oczywiście, nie mówimy tu o prymitywnej elektronicznej "nawalance"; klawisze brzmią jak wyjęte z najlepszych klasyków lat '80. Do tego świetny refren, gitara - i linijka "take me back to Paradise, baby..." Czy nie słyszeliśmy już czegoś podobnego dawno temu, w wykonaniu pewnego rudego wokalisty o niepozornej posturze i odwrotnie proporcjonalnym temperamencie?... So Yeah to znów glamowa jazda na maksa, w rodzaju numerów proponowanych nam swego czaus przez Shameless. Dorzućmy do tego jeszcze solo a'la wczesne Van Halen i doprawmy takimże finałem. Przedostatnią pozycję na debiucie Reckless Love zajmuje mój osobisty faworyt, Wild Touch. Ten frywolny wierszyk, poparty ultramelodyjnym refrenem, radiową chwytliwością i wyważonym gitarowym łojeniem spokojnie mógłby strącać z pierwszych miejsc list przebojów Bon Jovi, Mötley Crüe czy Def Leppard, gdyby tylko Reckless Love miała szczęście ukazać się drobnych dwadzieścia parę lat wcześniej... Znów mamy tu także trochę z klimatu wcześniejszego Wig Wam, przynajmniej jeśli chodzi o muzyczny rozmach. Na koniec chłopaki przypominają jeszcze, do czego tak naprawdę są stworzeni - Born To Rock w niczym nie ustępuje poprzednikom, zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i luz oraz imprezowy charakter utworu. Tytuł ostatniego na Reckless Love numeru to jednak bardziej "kropka nad i" niż próba przekonania słuchacza; debiutancki album kapeli wprost tchnie rock'n'rollem i duchem muzyki lat '80. Jedni nazwą go "kiczem", inni zaś - w tym, jak przypuszczam, większość czytelników Hard Rock Service - będą ogrywać Reckless Love do przysłowiowego zdarcia płyty.

W jednej z zachodnich recenzji debiutanckiej płyty Reckless Love natrafiłam na stwierdzenie pokroju "gdyby więcej ludzi zwracało się dziś ku takiej muzyce, psychoterapeuci nie mieliby za wiele do roboty, a Prozac leżałby nietknięty na aptecznych półkach". Idealne podsumowanie. Muzyka Reckless Love zaprezentowana na wydawnictwie to dynamika, melodia i pomysłowość - a przede wszystkim, garść świetnych rock'n'rollowych brzmień, mocnych wokali i chwytliwych chórków. Do tego luz i nieskrępowana niczym radość życia. Czy trzeba czegoś więcej?... Fanom mistrzowskich połączeń rozmachu i melodii, jakie serwowały nam kapele pokroju Bon Jovi, Pretty Boy Floyd, Danger Danger czy Poison, oraz świeższych wydawnictw sygnowanych choćby przez supergrupę Shameless czy H.e.a.t, właściwie nie trzeba rekomendować tej płyty. Niemniej jednak - rock'n'rolla nigdy nie za wiele; więc ze swojej strony, szczerze polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.recklesslove.com
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/recklessloverocks

Twisted
marzec 2010