|
Skład: George Florakis - śpiew; Rory Christopoulos - instrumenty klawiszowe; Kostas Kyriakidis - perkusja; Apostolis Bakopoulos - gitara prowadząca; Mihalis Tsoukalas - gitara rytmiczna; Yanis Plagianakos - gitara basowa
Produkcja: Kostas Kalimeris
Hellada podobnie jak i nasza ojczyzna nigdy nie mogła pochwalić się nawet paroma zespołami, które z powodzeniem mogłyby rozsławić AOR na arenie międzynarodowej. Jak wielkim zaskoczeniem było pojawienie się gorących południowców z tak przebojowym materiałem, niech nakreśli fakt, że jedna
z ich pozycji po dziś dzień króluje na greckich parkietach disco. Fakt faktem, ale apogeum popularności kapela datuje na dzień supportu Saxon w jednym z najsłynniejszych ateńskich klubów. Jakby jednak na całą sprawę nie spoglądać, "jedwabiści" z jednoznaczną metką zespołu-meteorytu w ponad 60% swój
krążek ozdobili hiciorami.
Jak głoszą nieodkryte po dziś dzień zasoby Internetu, Grecy obecnie cały czas prowadzą prace nad nowym materiałem. Z ich wypowiedzi można wywnioskować, że w głównej mierze ma on być nastawiony na gitarowe granie, zaiste bez utraty tej dozy melodyjności, którą zdołali nas uraczyć na tej płytce. Odpalając
pierwszy kawałek, Second Advent zostajemy wręcz wgnieceni w podłogę, a wszystko dzięki tajemniczej wokalizie Florakisa, podbarwionej wszechobecnym "parapetem". Dołóżmy do tego kapitalny przedrefren, który za pierwszymi przesłuchaniami najbardziej do mnie docierał oraz refren idealnie nadający się do wyśpiewywania go z publiką na dwa głosy, na koncertach. Podróż bez powrotu, czyli Journey Of No Return z niesamowicie pompatyczno-klawiszowym wstępem, przy którym aż chce się unieść zaciśniętą pięść w górę, wydaje się jeszcze bardziej dopracowanym utworem od poprzednika. Tradycyjnie klawisze stanowią główną siłę napędową, coś na wskroś wściekłego Bon Joviego z czasów pierworodnego albumu. Ciekawy patent zastosowano podczas sola, gdzie słychać głos osoby będącej w sytuacji z tytułu nuty zwracającej się do Mesjasza. Niestety nie jestem w stanie do końca rozszyfrować tychże słów, ale to pewnie celowy zabieg muzyków i propozycja kupna oryginału. W każdym razie mnie chłopaki zachęcili, czego i Wam nie odmawiam. Trójka na wyświetlaczu wieży i o dziwo kobiecego imienia w tytule, Irene, nie jest to zlukrowana ballada. Rzecz idealna na poranny budzik w telefonie, rozkręcenie stypy w prawdziwą imprezę, czy wyprzedzanie na trzeciego na autostradzie. Wszystko to dzięki panu uderzającemu z największą częstotliwością w biało-czarne przyciski keyboardu. Do ogółu dorzućmy przetrwający kataklizmy refren i tak narodził się osobisty faworyt recenzenta. Pozycja czwarta jest trafiona w dychę, gdyż jej długość przekracza magiczną barierę 5 minut, co jest ewenementem na tym wydawnictwie. Tym razem potomkowie Zeusa zwalniają tempo, ozdabiając Heroes Don't Cry przestrzennością brzmienia, objawiającego się nadlatującym śmigłowcem i oddechem żołnierza, jeśli narząd słuchu mnie nie myli. Kompozycja najbardziej oddziaływująca lirycznie i psychologicznie na słuchacza, za sprawą niezwykłego przejścia od melancholii do patetyzmu, oczywiście dzięki Dżordżowi. Street Girl właśnie, jak wspomniałem na początku, do dzisiaj cieszy się niesłabnącą dyskotekową furorą, a jestem w stanie poświęcić jedną z kończyn, że gdyby ktoś podchwycił pomysł, to w niejednym nadbałtyckim kurorcie Feel mógłby czuć się zagrożony. Cóż koledzy i koleżanki, Christopoulos nie uruchamia już z taką skocznością klawiszy w ruch, jak to było na 3 pierwszych kawałkach, lecz na swój sposób barwnie wprawiający gardło w pozytywne drgania wokalista wysuwa się na pierwszy plan. Ciekawe również, czy nie oglądając teledysku większość z Was domyśliłaby się, że solówka nie jest grana na klawiszach, ja byłem o tym święcie przekonany. Klip niestety nie rozstrzyga także, która z kobiet tak zawróciła w głowie gardłowemu, ale stawiałbym mimo wszystko na panią z prowokacyjnej okładki. Pod szóstką kryje się Just Like A Dream i tytuł ten najlepiej oddaje zawartość piosenki. Dostajemy tu AOR w jego najczystszej postaci, a więc klawiszowiec jakby wyjęty z Rosji I Ameryki Emigrantów, George Florakis zaś roztacza nad nami urok niby Kondratowicz ze Spotkajmy Się W Pół Drogi. Nie jest to może taki rarytas jak te 2 rodzime kawałki, ale na bezludnej wyspie rzecz nie do pogardzenia. Wrowadzenie do przedostatniego w zestawie Broken Vows to po prostu mistrzostwo świata. Nie jestem w stanie sobie przypomnieć, ale gdzieś już słyszałem podobne rozwiązanie. W każdym razie zbudowane jest to po raz kolejny na przestrzenności brzmienia, co niesamowicie napędza kawałek. Refren, mimo że banalny, to potrafi rozruszać człowieka całkowicie trzeźwiutkiego. Na zakończenie niestety niezwykle krótkiego albumu dostajemy początkowo bardzo przeze mnie niedoceniany utwór Fever. Początkowe aranżacje gitarowo-klawiszowe nasuwające na myśl Signala, dalej pulsujący bas i niezwykle klimatyczny refren. Solówka skojarzyła mi się po części ze starą Budką Suflera.
Tym akcentem kończy się bardzo krótki album pomysłowych Greków, zawierający jedynie 3 numery przekraczające długość 4 minut. Nie uważam tego za wielką wadę, gdyż pieniądze wydane na album zostaną przez Was dobrze zainwestowane. Nie dość, że praktycznie wszystkie kawałki są ponadprzebojowe, to jeszcze ich ułożenie nie pozwala się słuchaczowi znudzić. Wydawnictwo polecam przede wszystkim organizatorom częstych imprez w przydomowych altanach i szeroko
pojetej otwartej przestrzeni, gdyż nie jeden gość z nich wychodzący słodko będzie sobie nucił większość z zawartych tu hitów.
Oficjalna strona zespołu: www.rawsilk.gr
Czleko sierpień 2008
|