|
Skład: Stephen Pearcy - śpiew; Bobby Blotzer - perkusja; Warren DeMartini - gitara prowadząca, chórki; Robbin Crosby - gitary, chórki; Juan Croucier - gitara basowa, chórki
Produkcja: Beau Hill
Niejako siłą pędu Dancing Undercover, czwarty krążek w dyskografii Ratt, pokrywa się platyną. Jest to zasługa fanów, bo krytyka niezbyt przychylnie przyjęła ten album. Muzycy postanowili zrobić pewien eksperyment i nie chodzi tu tylko o brak pieknej kobiety na okładce, a o brzmienie zespołu, które stało się nieco ostrzejsze. Zarzucano chłopakom, że probują podążać w kierunku thrash metalu, ale były to zarzuty mocno przesadzone. Materiał tutaj zaprezentowany to dalej dawny Ratt, choć może już nie tak przebojowy jak na dwóch poprzednich wydawnictwach.
Wraz z Dance, pierwszą pozycją w zestawie, słyszymy, że pogłoski o drastycznej zmianie brzmienia są wyssane z palca. Zespół nie aż tak bardzo odbiega brzmieniowo od tego, co prezentował chociażby na Out In The Cellar. To wciąż ta sama muza, choć dźwięki są tym razem mniej selektywne, a kompozycje jakby nieco mniej przebojowe. Doskwiera tu brak zapadającego w pamięc riffu, chociaż główny motyw jest niczego sobie. Na szczęście One Good Lover to powrót w klimaty, do których grupa zdążyła nas już przyzwyczaić na poprzednim albumie. Takiego grania nie sposób pomylić z żadną inną kapelą. Gryzonie chwycili swój styl i tak ma być, to dzięki temu byli oryginalni w swoich czasach, wyróżniali się spośród setek grup nie mających pomysłu na własną wersję hard rocka. Może i chłopaki kopiują samych siebie, ale wiele bardziej znanych formacji robiło to samo i nikt ich się nie czepiał. Ma to też swoją zaletę - kto lubił dotychczasowe wydawnictwa, polubi o jedno więcej. Drive Me Crazy to coś dla miłośników rock'n'rolla. Nie jest to coś, co by mnie szczególnie porwało, ale wiem, że publika uwielbia takie kawałki, zwłaszcza gdy pojawiają się na koncercie. Tutaj najbardziej odpowiadają mi te mocne uderzenia w bębny w kilku miejscach, jest to taka miła niespodzianka i te mocniejsze akcenty udowadniają, że kapela gra z czuciem, a nie tylko odwala swoje. W Slip Of The Lip muzycy stylistycznie odchodzą nieco od swojej głównej specjalności, lecz nie rzutuje to w żaden sposób na jakość kompozycji. Ba, nawet wypada to na tyle dobrze, że z chęcią słucham kawałka kilka razy z rzędu. Okazuje się, że czasem warto odejść od schematu i zaryzykować, bo można wymodzić coś ciekawego. Szczurom się udało. Kolejne Body Talk to jeden z najbardziej znanych numerów zespołu, m. in. dlatego, że wykorzystano go w filmie "The Golden Child" z Eddiem Murphym w roli głównej. Dziwię się, że wybrano akurat ten kawałek, bo szczerze mówiąc jest to jedna z najsłabyszch pozycji na płycie. Ta szybka kompozycja ustępuje i to znacznie poprzednikom, choć zaopatrzona jest w fajną, lecz krótką solówkę. Największą chyba jego wadą jest to, że tak grała cała masa kapel w tych samych czasach i na piosenkę promująca wydawnictwo powinno się raczej wybrać coś bardziej charakterystycznego dla stylu wykonawcy. Takie jest moje zdanie. Riff rozpoczynający Looking For Love, de facto rewelacyjny, faktycznie może się kojarzyć z thrash metalem, ale reszta numeru to już bardziej typowy Szczur. Nagranie bardzo ciekawe, szkoda tylko że nie zdecydowano się na utrzymanie całego kawałka w takim samym stylu jak jego początek. 7th Avenue jest z kolei taką trochę niezdecydowaną kompozycją. Z jednej strony słychać, że jej pierwsze nuty mogłyby znaleźć się na "Invasion...", z drugiej środek jest pełny bluesa i nawiązań do muzyki rozrywkowej, co czyni go bardziej podobnym do materiału z "Reach..". Zgrabne granie, ale już nie tak rewelacyjne jak ścieżki wcześniejsze. Spadek formy i to ewidentny następuje w It Doesn't Matter, które jest murowanym zapychaczem na płycie. Wiadomo, kapela reprezentuje jakiś poziom i totalnej kichy nie zamieści, tak więc i tutaj da się tego słuchać, ale i tak ma się wciąż to poczucie, że tym kawałkiem krążek został dopełniony na siłę. Nieco lepiej w Take A Chance, numerze z pewną dozą tzw. pompki. Jakichś szczególnych fajerwerków tu nie ma, ale do pokołysania się piosenka się nada. W każdym bądź razie nagranie nie razi, jest znośne. Album zamyka kompozycja o tytule Enough Is Enough, taki trochę eksperymencik, zwłaszcza we wstępie. Ten numer też uważam za zapychacz i to dość typowy dla Ratt, bo wiele podobnych zagrywek można usłyszeć na wszystkich płytach gryzoni. Najlepiej wypada solówka wraz z całym podkładem, tutaj muzycy się przyłożyli jak należy. Mogliby zmajstrować cały utwór w takim stylu i nie powiedziałbym o nim złego słowa.
Płyta dość równa, co oznacza, że liczba dobrych kompozycji to niemal 80 procent zawartości krążka. Zapychacze są, ale w sumie nie jest ich dużo więcej niż na innych wydawnictwach zespołu i album swoim materiałem się broni. Rację mieli fani, że nie kierowali się uwagami recenzentów i płytę zakupili, chciało by się rzec - gromadnie. Dancing Undercover słucham bardzo rzadko, sam nie wiem czemu, kiedy mam ochotę na Ratt, to wybieram jakoś inne krążki. Tak czy inaczej, pozycja w płytotece fana grupy obowiązkowa, a w zbiorach miłośników hard rocka bardzo pożądana.
Oficjalna strona zespołu: www.therattpack.com
Guitarrizer czerwiec 2008
|