Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

RAINBOW - Stranger In Us All [1995]
Wydawca: BMG / RCA Records

  1. Wolf To The Moon
  2. Cold Hearted Woman
  3. Hunting Humans (Insatiable)
  4. Stand And Fight
  5. Ariel
  6. Too Late For Tears
  7. Black Masquerade
  8. Silence
  9. Hall Of The Mountain King
  10. Still I'm Sad
  11. Emotional Crime [tylko w wersji z RCA Records]
Stranger In Us All

Skład: Doogie White - śpiew; Ritchie Blackmore - gitary; Greg Smith - gitara basowa; Paul Morris - instrumenty klawiszowe; John O'Reilly - perkusja
Gościnnie: Mitch Weiss - harmonijka; Candice Night - chórki

Produkcja: Ritchie Blackmore i Pat Regan

Wszystko zaczęło się dawno temu, po pewnym koncercie Deep Purple, ktory miał miejsce w Londynie. Szkocki wokalista Doogie White będący wielkim fanem Purpurowej Głębi zdołał dostać się na pokoncertowe party i wręczyć swoją kasetę z próbkami wokalnymi menadżerowi trasy koncertowej Purpli Colinowi Hartowi. "Na wypadek, gdyby Ritchie kiedyś potrzebował wokalisty...". Okazja taka trafiła się 20 kwietnia 1994 r., kiedy to Doogie stał się gardłowym w reaktywowanym legendarnym projekcie Blackmore'a o nazwie Rainbow. Efektem tej współpracy muzyków było wydanie rok później krążka o intrygującym tytule Stranger In Us All.

Niełatwe zadanie stanęło przed Doogiem, wszak przed nim swego głosu użyczały w Rainbow takie gwiazdy jak Ronnie James Dio, Joe Lynn Turner czy Graham Bonnet. Z tego zadania wywiązał się znakomicie, bowiem wedle nie tylko mojego zdania jest to wokalista tego samego kalibru. Nie da się ukryć, że jestem fanem głosu Doogiego, a jego muzyczną karierę zacząłem własnie śledzić od czasów Stranger In Us All. Cóż można ogólnie powiedzieć o tej płycie? Otóż jest to płyta, która ani trochę nie ustępuje poprzednim wydawnictwom Tęczy. Jak zwykle w takich przypadkach osąd jest jak najbardziej subiektywny i zależy od gustu recenzenta, ale jak dla mnie jest to najlepsza płyta Rainbow. Zmieniło się nieco brzmienie grupy, ale na szczęście zachowany został ten specyficzny mistyczny klimat, znany z wcześniejszych dokonań ekipy Ritchiego. Pierwsze dźwięki Wolf To The Moon i już wiemy, że Doogie będzie kontynuował wokalną manierę wielkiego Dio, a bardzo lubię taką "wilkołaczą" artykulację gardła. Nie sposób pominąć znaczenia samych partii gitar, wszak Ritchie Blackmore to człowiek, który przecież zdefiniował brzmienie tego instrumentu w klasycznym hard rocku. Gitary przesterowane pobrzmiewają dość ostro, da się jednak wychwycić ten charakterystyczny styl gry Blackmore'a, w którym słychać elementy średniowiecznej angielskiej muzyki ludowej. Jedna z moich ulubionych kompozycji z tego albumu. Bardziej klasycznym hard rockowym kawałkiem jest Cold Hearted Woman. Z racji specyficznego gitarowego riffu ten numer mógłby się spokojnie znaleźć na wydawnictwach Tęczy z czasów, gdy wokalował tam Dio, a może nawet pasowałby on na klasyczne płyty Deep Purple. Słucham sobie tych kawałków i nie mogę się nadziwić, jak to się stało, że pomimo przychylnych recenzji w muzycznej prasie album ten przeszedł bez większego echa wsród wielbicieli ostrych dźwięków. Z drugiej strony rockowo-metalowy światek miał już za sobą katastrofę w postaci muzyki grunge i wchodził w etap ekscytacji brooklyńskim hard corem. Szkoda, że młodzież nie przejawia szacunku do klasyki i podnieca się tanim graniem. Jak to mawiał mój dobry kolega, różne podgatunki rocka to tylko moda, a hard rock zawsze pozostanie hard rockiem, bo to jest klasyka. Hunting Humans szczególnie nie zachwyca, ale stylistycznie różni sie od reszty materiału, co idzie mu na plus. Tego kawałka najlepiej jest słuchać późnym wieczorem wypiwszy uprzednio conajmniej 3 piwa, ale w zasadzie cała plyta bardzo zyskuje, gdy słucha się jej wieczorem. Znów klasyczne dźwięki wraz z nadejściem "harleyowego" Stand And Fight. Doskonałym pomysłem okazało się dołączenie do instrumentarium harmonijki ustnej, prawdziwy strzał w dziesiątkę. Na szczególną uwagę zasługuje też gitarowe solo, przede wszystkim z racji tego, że pasuje idealnie do klasycznego stylu kompozycji. Tak, zdaję sobie sprawę, że słowo "klasyka" pojawia się tu dość często, ale co ja na to poradzę, że jest to klasyczne wydawnictwo? ;) Mistyka, tajemniczość, dźwięki przywodzące na myśl zaginione cywilizacje, tak krótko można by scharakteryzować utwór o kojarzącym się ze znanym proszkiem do prania tytule Ariel. Niewątpliwie jedna z najlepszych kompozycji na płycie, do tego przywodzaca na myśl stare utwory Rainbow. Muszę przyznać, że cały album jest bardzo spójny, bo kolejne Too Late For Tears znacznie przypomina swoich poprzedników, z tą tylko różnicą, że zostało wyposażone w bardziej radosny refren. Fajnie się tego słucha, gdyż po prostu nie spodziewamy się takiego refrenu w takiej piosence. Grupa potrafi się wybić poza skostniały schemat, a taka elastyczność może wyjść tylko muzyce na dobre. Black Masquerade to jeden z moich faworytów, może dlatego, że przypomina mi wczesne płyty Yngwie Malmsteena. Czyż głos Doogiego nie brzmi tutaj jak Joe Lynn Turner lub Jeff Scott Soto?. Do tego dodajmy wspaniały wstęp, ciekawe zagrywki w środku (ach te akustyczne gitary i klawisze w aranżacjach) i oto mamy niezawodną receptę na przebój. W Silence następuje wymieszanie stylowe tego co nowe (partie gitar częściowo) i stare (partie wokalne), głos Doogiego wyraźnie ciąży jednak ku stylistyce śpiewu Dio. Po utworze wedle tytułu spodziewałem się czegoś spokojnego, ale nie dajmy się zwieść, to rasowy rockowy numer. Mistyka powraca wraz z Hall Of The Mountain King, genialnej hard rockowej adaptacji orkiestralnej kompozycji Edvarda Griega o podobnym tytule In The Hall Of The Mountain King. Przewijająca się kilka razy w utworze melodia, pod koniec piosenki grana coraz szybciej, jest doskonale rozpoznawana, nie tylko przez fanów muzyki poważnej. Doogie White śpiewa tu w sposób niesamowity, niewielu jest wokalistów na świecie, ktrórzy mogliby zaśpiewać w tej kompozycji w sposób równie rewelacyjny (Ronnie Dio też by sobie poradził, ale ilu poza nim?). Jest to kawałek, który polubiłem od pierwszego usłyszenia i jest to mój bezwzględny faworyt, jeśli chodzi o twórczość Rainbow w ogóle. Płytę zamyka cover Still I'm Sad w oryginale wykonywany niegdyś przez The Yardbirds. Swego czasu Rainbow zagrało już ten wspaniały utwór w wersji instrumentalnej na swym debiucie, tutaj oddano w nasze uszy wersję z wokalistą. Na wstępie spokojne akustyczne gitary, potem zgrabne przejście w bardzo dynamiczną kompozycję. Po raz kolejny punkt dla Doogiego, który tutaj również spisał się znakomicie. Bardzo podobają mi się tu chórki zaaranżowane w stylu, że się tak wyrażę, indiańskim.

Bez dwóch zdań Stranger In Us All to jedno z najlepszych wydawnictw, jakimi obdarzył nas 1995 rok. Jeśli sięgnę pamięcią do tamtych czasów, to był to chyba ostatni rok, w którym dobre płyty wychodziły jeszcze dość masowo. Owszem, to były już czasy muzyki grunge, ale inne gatunki też nie stały jeszcze tak najgorzej, dopiero później przyszła moda na industrial, nu-metal i modern punk. Można zatem rzec, że "Stranger..." podsumowuje i zarazem zamyka pewną epokę w muzyce rozrywkowej. To solidna dawka hard rocka w jego klasycznej wersji przy wykorzystaniu możliwości, jakie daje współczesna inżynieria dźwieku. Zdecydowanie polecam ten album zarówno fanom klasycznego hard rocka, jak i tego w wydaniu z lat '80. Prawdziwa perła.

Oficjalna strona Ritchiego Blackmore'a: www.ritchieblackmore.com

Guitarrizer
marzec 2007