|
Skład: Ronnie James Dio - śpiew; Ritchie Blackmore - gitary, gitara basowa; Craig Gruber - gitara basowa; Micky lee Soule - instrumenty klawiszowe; Gary Driscoll - perkusja
Produkcja: Martin Birch, Ritchie Blackmore i Ronnie James Dion
Historia muzyki gitarowej wymienia kilkanaście nazwisk wielkich gitarzystów, którzy ustalili kanony gry na tym wdzięcznym instrumencie i dali duszę muzyce rockowej. Długo można by wymieniać owe osobistości, ale ja wyłonię z tego panteonu jedną postać - Ritchiego Blackmore'a. Nie zajmę się opisywaniem jego żywota i dokonań, skupić się zamierzam na jego największym dziele o prostej nazwie Rainbow.
Jak zrodził się pomysł na powstanie zespołu, każdy wie (dla tych, którym to jednak umknęło: doczytać! bo wstyd!). Starzy fani gitarzysty stanęli za nim murem i poparli nowy pomysł mistrza. Trudno dziwić się temu zjawisku nawet po latach (a ponad 30 ich już minęło), bo nawet dziś starzy wyjadacze mają trudności z zabłyśnięciem po opuszczeniu składu, z którym uzyskali sławę. Do tego potrzebne są świeże pomysły, świeże talenty i w końcu bezwzględne hity! Tymi właśnie cechami charakteryzował się pierwszy "Rainbow" Ritchiego Blackmore'a. Na start 9 świetnych kompozycji i już na samym początku wyliczanki coś czego trudno nie nazwać ponadczasowym megahitem - Man On The Silver Mountain. Nie pamiętam kiedy po raz pierwszy usłyszałam ten niesamowity riff otwierający tę równie niezwykła kompozycję, ale od tamtej pory bezbłędnie rozpoznaję go wszędzie (bez znaczenia w jakim stanie upojenia alkoholowego jestem). Tak oryginalne i niepowtarzalne zjawiska nie występują często. Już dla tego pierwszego utworu album zasługuje na najwyższe noty. Gitara jednak to nie wszystko. Na ogromne uznanie zasługuje głos świeżo wciągniętego na wysokie szczeble kariery wokalisty, mało komu znanego jeszcze wtedy Dio. Drapieżna linia melodyczna jest równie przejmująca jak profesjonalna solówka mistrza gitary. Wystarczy tego, bo zrobi się z mojej wypowiedzi recenzja jednego kawałka, a przecież sporo ich jeszcze przed nami. Self Portrait nigdy nie ukazywał się na składankach z największymi przebojami zespołu, a szkoda bo to utwór z rodzaju tych, które posiadają własne "ja", niepowtarzalną osobowość. Nie można jednoznacznie określić go spokojnym, ale i dzikości w żaden sposób nie przedstawia. Ciekawym szczegółem, który nie od razu daje się zauważyć jest połączenie linii wokalnej z basową. Tylko w momentach, kiedy Ronnie James daje odpocząć swym strunom głosowym, bas żyje własnym życiem - jest donośny i samodzielny. Dalej radosny kawałeczek ze świetnymi chórkami - Black Sheep Of The Family (cover utworu z repertuaru brytyjskiej progresywnej formacji Quatermass). W tle gitara i bas idą ramię w ramię prawie całkowicie zagłuszając próbujące za nimi nadążyć klawisze (cóż za dyskryminacja), ale główną rolę odgrywa i tak charyzmatyczna linia wokalna i wspomniane już ujmujące chórki. Niech mi będzie dane zakończyć na tym opis tego numeru, bo oto jeden z moich bezwzględnych faworytów a jednocześnie w moim uznaniu numer należący do czołówki najlepszych ballad w historii muzyki. Tak, balladka... Catch The Rainbow. Niewiarygodnie proste klawisze, opierające się zaledwie na kilku dźwiękach i smętna, wręcz rozpaczliwie łkająca gitara. Do tego niesamowita interpretacja wokalna skonstruowana na zasadzie sinusoidy. Śpiewając, przez całą długość utworu Dio balansuje między skrajnymi wartościami amplitudy, różnymi dla kilku podstawowych, powtarzających się fragmentów kompozycji. Iście mistrzowskie wykonanie prawdziwego arcydzieła. Było miło, ciepło, sympatycznie, teraz powrót do tego, czym zespół charakteryzował się już zawsze potem - żywiołowości i prawdziwej mocy, nawet przy zaklinaniu węży - Snake Charmer. Korzenie kawałka zaczerpnięte zostały z ery bluesa i rock'n'rolla, a okraszone rzadko ostatnio spotykanym, indywidualnym podejściem do każdej kompozycji. Naturalnie nie obejdzie się bez znakomitego sola mistrza Ritchiego, ale i bas ma tutaj swoje pole do popisu, wykorzystane w stu procentach. Dalej bez większych niespodzianek - kolejny numer z serii ponadczasowych hitów i mówię to z pełnym przekonaniem nie tylko dlatego, że po raz kolejny zespół daje nam wspaniałą balladę. Temple Of The King rozpoczyna dyskretna gitarka przywodząca na myśl zieloną, rozległą przestrzeń porośniętą wysoką trawą, która ugina się to w jedną to w drugą stronę za sprawą podmuchów ciepłego wiatru. Gdzieś w oddali widać zarys ogromnego kurhanu, w którego kierunku wyrusza bohater utworu w poszukiwaniu grobowca króla i tajemniczej "odpowiedzi". Tematyka tak bardzo ulubiona przez Dio w późniejszych czasach jego twórczości. Teraz trochę bluesrocka w If You Don't Like Rock'N'Roll. Faktycznie, jeśli nie lubisz rock'n'rolla, a zawędrowałeś ta daleko w przesłuchiwaniu tego krążka, to już jest za późno, bo zostałeś zarażony tą chwalebną chorobą. Cóż, tego się nie leczy... to się pielęgnuje. Nie omieszkam zwrócić tutaj uwagi na klawiszowe solo. Na liście oczekujących do opisania pozostały już tylko dwa numery i chyba nikogo nie zdziwię stwierdzeniem, że oba to bezpretensjonalni giganci rocka. Sixteenth Century Greensleeves - skąd wytrzasnęli taki tytuł, chyba sami nie wiedzą, ale jakie to ma znaczenie. Samym duchem tej kompozycji jest długa solówka, znakomicie wkomponowana w całość orientalnie brzmiącej linii gitarowej. Na koniec zestawienia panowie proponują dziś już powszechnie znany i niejednokrotnie coverowany Still I'm Sad (przeróbka kawałka z repertuaru The Yardbirds) - instrumental, który 20 lat później doczekał się wokalu i wydania na płycie Stranger In Us All, nagranej już w zupełnie innym składzie... ale o tym już kiedy indziej...
Nie ukrywając fascynacji kolorami Tęczy pokusiłam się o opisanie pierwszego na liście hitów wydawniczych Rainbow. Niektórzy zarzucą mi brak obiektywizmu... i słusznie. Na swoje usprawiedliwienie odsyłam do zainteresowania się nie tylko tym, ale i wszystkimi albumami tego legendarnego zespołu, a później do powrotu raz jeszcze do tego tekstu, jako kolejny... maniak Rainbow?
Oficjalna strona Ritchiego Blackmore'a: www.ritchieblackmore.com
Nienor luty 2007
|