|
Skład: Joe Lynn Turner - śpiew; Ritchie Blackmore - gitary; Roger Glover - gitara basowa; Don Airey - instrumenty klawiszowe; Bobby Rondinelli - perkusja
Produkcja: Roger Glover
Fenomenu płyty Difficult To Cure nigdy nie rozumiałem. Albumem tym zachwyca się spora rzesza recenzentów i fanów, dla mnie natomiast jest to najsłabsze wydawnictwo w karierze Rainbow. Zbyt wiele podobnych do siebie utworów, brak tej magii charakterystycznej dla poprzednich krążków, choć nie da się ukryć, że gładkie brzmienie płyty jest bardzo przyjazne stacjom radiowym. Grupa prezentuje się tu w obliczu bardziej AORowo-popowym i jej dzieło pozbawione jest rockowej zadziorności.
Na piątym studyjnym albumie formacji pojawia się nowy wokalista - Joe Lynn Turner. Konfrontując ten wybór z zawartym materiałem wydaje się być on trafny, głos Turnera lepiej pasuje do delikatnego brzmienia zaprezentowanych piosenek. Ritchie Blackmore uległ panującej modzie i skłonił się do zdobywającego coraz większą popularność AOR-u, co można poczytać jako komercjalizację działalności. Bardziej odpowiadało mi wcześniejsze, rockowe oblicze zespołu, ale najwyraźniej Blackmore lubi szokować czy zaskakiwać - powołanie do życia Rainbow zaskoczyło fanów Deep Purple, zmiana stylu gry na Difficult To Cure mogła z kolei zaskoczyć miłośników Tęczy, a późniejsze utworzenie Blackmore's Night wszystkich wcześniej wymienionych. Album otwiera singlowa kompozycja Russa Ballarda o tytule I Surrender, która była prawdziwym wokalnym wyzwaniem dla Turnera. Pierwotnie kawałek nagrywany był jeszcze z Grahamemm Bonnetem w składzie i Joe musiał zaśpiewać tu w wyższych rejestrach, niż to zazwyczaj czyni. Singiel dotarł do trzeciej pozycji na brytyjskich listach przebojów i dziwi mnie, jak tego dokonał. W owym okresie było przecież wiele lepszych nagrań. Nie słyszę w nim niczego nadzwyczajnego, podobnie zresztą jak i w większości numerów kolejnych. Mimo wszystko Spotlight Kid jest znacznie lepsze od swego poprzednika, bardziej przypomina wcześniejszy album z Bonnetem. Chociaż tutaj powrócił rockowy pazur, aczkolwiek wciąż mamy do czynienia z wygładzonym brzmieniem. W środku utworu pojawiają się wstawki rodem z muzyki folkowej i rozrywkowej, mamy też trochę "kosmicznych" dźwięków co podnosi atrakcyjność piosenki. No Release mogłoby być znacznie lepsze, gdyby zabrzmiało bardziej zadziornie. To już nie jest kwestia samego brzmienia, po prostu artykulacja i rozłożenie akcentów jest zbyt mało zdecydowane. Sam pomysł na kompozycję był niczego sobie. "Radiową" pioseneczką jest Magic, pojawiają się tu nawet elementy musicalowe. Struktura kawałka na kolana wprawdzie nie powala, lecz trzeba oddać sprawiedliwość Turnerowi, bo to właśnie jego partie wokalne wypadają tutaj najlepiej. Joe dobrze się spisał, choć to wciąż trochę za mało, by nagranie mogło uchodzić za przebój. Vielleicht Das Nachste Mal (Maybe Next Time) wyróżnia się pośrod reszty materiału swoim klimatycznym nastrojem tworząc coś w rodzaju ballady-kołysanki. To kompozycja całkowicie instrumentalna, a takie wychodziły Blackmore'owi zawsze cudnie, niezależnie od albumu na jakim były zamieszczane. Fanom rocka może się to wydawać przesłodzone, ale co wrażliwsi słuchacze znajdą w niej coś dla siebie. Jako ciekawostkę można przytoczyć fakt iż pierwotne wydanie na analogu i kasecie z 1981 r. opatrzyło tę piosenkę tytułem "Vielleicht Das Nachster Zeit (Maybe Next Time)", co było efektem błędnego tłumaczenia na niemiecki... Udanym kawałkiem jest Can't Happen Here z racji swoich podobieństw do starszego wcielenia Rainbow z Dio i Bonnetem za mikrofonem. No właśnie, słucha się tego znakomicie, ale jednocześnie ciężko się pozbyć wrażenia, że Ritchie zwyczajnie w świecie "odgrzał starego kotleta". Tak czy inaczej, swego rodzaju powrót do klasycznego stylu Tęczy. Na kolejnej pozycji znajduje się całkiem przyzwoity utwór o tytule Freedom Fighter ze swoim sprytnym riffem otwierającym. Kawałek utrzymany jest w skocznym, "podbijanym" rytmie, co czyniłoby z niego celny podkład dźwiękowy pod jakiś film ze sceną galopującej kawalerii. Na takich nagraniach zrobiło później wielką karierę Iron Maiden. Przedostatnia kompozycja w zestawie, Midtown Tunnel Vision, przypomina słuchaczom, że klasyczny hard rock wywodzi się z ciężkiego bluesa. Od razu można wychwycić odmieniony sposób śpiewania przez Turnera i nie trzeba długo medytować, by stwierdzić, że doskonale odnajduje się on w tej roli. Ja życzyłbym sobie, by więcej takich nragrań pojawiło się na tej płycie. Album zamyka zmyślna aranżacja dziewiątej symfonii Beethovena, której zespół nadał postać tytułowego numeru - Difficult To Cure (Beethoven's Ninth). Jej częścią jest zresztą pospolicie znana Oda do radości, w wersji instrumentalnej przyjęta jako hymn Unii Europejskiej. Jedna z udanych interpretacji muzyki poważnej przez Blackmore'a, chociaż osobiście wolę jego późniejszą przeróbkę "Groty Króla Gór" Griega. Kompozycja kończy się powtarzanym kilka razy rechotem Olivera Hardy'ego (pamięta ktoś jeszcze "Flipa i Flapa"?), który w wersji winylowej ponoć był zapętlony w nieskończoność. Niestety nie dane mi było usłyszeć wersję na analogu, więc nie mogę tego potwierdzić.
Albumu warto posłuchać choćby dlatego, że jest to jedno z wydawnictw, które przyniosły sławę Joe Lynn Turnerowi. Po płytę powinni przede wszystkim sięgnąć fani AOR-u, zwłaszcza tego popularnego na początku lat '80. Ponoć owo wcielenie Rainbow były wokalista kapeli, Ronnie James Dio, zwykł nazwywać "Foreigner Junior" i coś w tym stwierdzeniu jest.
Oficjalna strona Ritchiego Blackmore'a: www.ritchieblackmore.com
Guitarrizer październik 2009
|