|
Skład: Rafał Konikowski - gitary; Arek Klejborowski - perkusja; Piotr Majchrowicz - gitara basowa
Produkcja: Rafał Konikowski
Kiedy pewnego pięknego dnia zobaczyłem w swojej skrzynce mailowej wiadomość od Rafała Konikowskiego z prośbą o recenzję Jego najnowszego wypieku, nie wierzyłem własnym oczom. Bo to Persona nie byle jaka. Kim jest ten Pan? Już Wam mówię.
Gitarzysta, kompozytor i autor szkół gitarowych. Od wielu lat współpracuje z producentami i dystrybutorami "sprzętu gitarowego", by wymienić tu tylko BOX Electronics, Music Dealer (D'Addario, Planet Waves czy Megamusic (Laney). Od roku 1998 brał czynny udział w tworzeniu warsztatów gitarowych i testów na łamach znanego zapewne niektórym periodyku "Gitara i Bas + Bębny". W roku 2000 nakładem wydawnictwa Professional Music Press ukazała się jego szkoła na gitarę zatytułowana "Gitara razy dwa". Współpracował także z producentem gitar Mayones. Jest także cenionym pedagogiem i nauczycielem gry na gitarze. Rafał Konikowski jest również założycielem znanego bydgoskiego bandu o dźwięcznej nazwie NOL, z którą nagrał dwie płyty: NOL (2004) oraz 9 (2007). Przyznam, że słyszałem tylko pierwszą z nich. Wiedziałem co prawda o "dziewiątce", ale jakoś umknęło mi, by ją przesłuchać. No, nieważne. Jakby tego było mało, jego ekipa zagrała szereg koncertów u boku takich sław jak Kat, Hunter, czy TSA. Do tego roku Rafał Konikowski milczał, przygotowując się do kolejnego ataku. Tym razem do spółki z kumplami: Arkiem Klejborowskim (perkusja) i Piotrem Majchrowiczem (bas), przygotował płytę zatytułowaną 22:47. Jak sam pomysłodawca pisze na swojej stronie, jest to "historia jednej nocy. Nocy, która dla jednych będzie pełna nadziei, dla innych grozy, a dla jeszcze innych będzie czasem, który nie przynosi ukojenia... Historia nocy, która powtarza się, niezależnie od szerokości geograficznej, rasy, przekonań religijnych czy wieku..." (cytat ze strony oficjalnej NOL). Przyznam, że zaciekawiło mnie to. Obiecałem Rafałowi, że napiszę tę recenzję tak szybko, jak tylko się da. No cóż, moje rozliczne obowiązki i chęć "wgryzienia się" w ten album, skutecznie pokrzyżowały moje plany. Dziś jednak nadrabiam zaległości i przedstawiam Wam najnowszy wypiek tych panów: 22:47. Intro, zatytułowane Start wzbudziło moje zainteresowanie i zacząłem ostrzyć sobie zęby na ten krążek. Bardzo dobry sound, nieco death metalowego ciężaru i akustyczna gitara. Fajnie! Do tego dobry pomysł na melodię. A jakby tego było mało, nachalne skojarzenie z pewną płytą Satcha. Idziemy dalej. Bardzo fajnie rozpoczyna się tytułowy 22:47. I co? W pewnym momencie skrzydełka opadają... Po jaką cholerę te zwolnienia? Ja wierzę, że Rafał Konikowski to dobry wioślarz, ale po co to? Chucka Schuldinera podrobić się nie da i już. A 22:47 to nie The Sound Of Perseverance. Następna sprawa. Całość wydaje mi się nieco chaotyczna i jakby popisem muzyków, na zasadzie "co by tu jeszcze wcisnąć?". Utwór nudzi już w połowie i naprawdę trzeba dużej dozy cierpliwości, by tego posłuchać. I te podjazdy pod Metallikę z okresu ...And Justice For All. Jeden wielki gar. I po co? Ładnie rozpoczyna się 23:03, a ja nabieram nadziei, że czeka mnie coś ciekawszego. Szkoda, że wszystko zaczyna płynąć po około dwóch i pół minuty. Dlaczego nie pociągnięto tej melodii dalej? Znów jest granie dla samego grania, a zespół niszczy to, co zdążył sobie wypracować. Podoba mi się początek 23:59. Znów jest nieco w stylu Satrianiego, może tylko nieco ciężej. I znowu to samo... Upychanie wszystkiego, czego się da. Brak pomysłu na utwór, myśli przewodniej, a to co już zdążyłem wysłuchać, brzmi jak próba zespołu, który zbiera się po raz pierwszy na próbie... Smutne to, bo przecież panowie grać umieją... 01:07, ciekawy pomysł na kawałek, ale znowu brakuje ostatniego słowa, czegoś co pozwoli być temu utworowi spójną całością. Niewątpliwie jednak jest to najlepsza ścieżka, jaką do tej pory usłyszałem. Podoba mi się pomysł na zmianę nastroju kawałka. Stać jednak ten zespół na zaskoczenie słuchacza, bo 03:30 rozpoczyna się rasowym, maidenowo-slayerowym intrem (wybaczcie, ale tak mi się to kojarzy). Dobry mocny riff i kop w gary. Nareszcie coś treściwego do posłuchania. Wszystko zaprawione ładnie heavy metalem. Znów jednak wszystko psują te łamańce. Ja rozumiem, że to ma być koncept, ale dla mnie jest to po prostu meczące. Nie może nie podobać się ta akustyczna gitarka, zgrabnie wpleciona w utwór mniej więcej w środku kompozycji. Płytę kończy 06:06. Utwór spokojny, bo po ciężkiej nocy przychodzi dzień. Tu udało się nie popsuć pomysłu niepotrzebnymi wtrąceniami i mieszaniem wszystkiego, co się zmieszać i do kotła wrzucić da.
Nie wiem, jak podsumować ten LP. Z jednej strony jest to na pewno ciekawy krążek. Myślę, że może się podobać. Do mnie jednak to nie dociera. To nie dla mnie, nie moje dźwięki, nie moja estetyka. Nie będę owijał w bawełnę. Nie podoba mi się i już. Za dużo kombinowania, mieszania, za mało kopa, przebojowości i czadu. Przykro mi, Panie Rafale.
Oficjalna strona artysty: www.metalwarsztat.com
Vincent październik 2010
|