|
Skład: Geoff Tate - śpiew; Chris DeGarmo - gitary; Michael Wilton - gitary; Eddie Jackson - gitara basowa; Scott Rockenfield - perkusja
Produkcja: Queensrÿche
O tym albumie było głośno, zanim jeszcze poznaliśmy jego oficjalną nazwę. A powód był jeden - powrót oryginalnego gitarzysty, kompozytora i dobrego "ducha" zespołu - Chrisa DeGarmo. Jednak do samego końca towarzyszyły temu wydarzeniu niedopowiedzenia i enigmatyczne wypowiedzi członków zespołu, a finał okazał się taki, że DeGarmo zagrał z Queensrÿche niejako gościnnie, mając jednocześnie udział w tworzeniu niektórych numerów. Pewnie w dużej mierze dzięki ponownej współpracy Chrisa i Geoffa Tate'a otrzymaliśmy album zdecydowanie lepszy od poprzedniego. Pozostaje tylko pytanie czy wystarczająco dobry, by sprostać oczekiwaniom jakie wobec niego były.
Tribe zaczyna się naprawdę mocnym uderzeniem, numer otwierający o znaczącym tytule Open brzmi naprawdę świeżo i śmiało można go zestawiać z najlepszymi osiągnięciami zespołu. Później mamy zupełny zwrot sytuacji, Losing Myself brzmi zupełnie inaczej od poprzednika, można by powiedzieć, że to w pewnym sensie nawiązanie do solowych "wyczynów" Tate'a, choć na całe szczęście znacznie ciekawsze. Desert Dance to zdecydowany powrót na dobrą drogę, to najcięższy i najbardziej żywiołowy moment albumu. Następnie, jak to często bywa, mamy wyciszenie, trzy kolejne utwory Falling Behind, The Great Divide i Rhythm Of Hope to ballady w stylu Queensrÿche. Przyjemne, lekko patetyczne, zgrabnie zagrane, mądre utwory, ze szczególnym wskazaniem na ten trzeci, który z powodzeniem można zestawić z dokonaniami zespołu z czasów Promised Land. Utwór tytułowy to znowu ostrzejszy kawałek, interesujący, z elementami muzyki plemiennej. Głęboki, niski głos Tate'a brzmi w tym numerze naprawdę ciekawie (przychodzą skojarzenia z Disconnected). Kolejny utwór Blood to jakby połączenie współczesnych dźwięków a'la "solowy" Tate z brzmieniem znanym nam jako "grunge". Początek ciekawy później coraz nudniej. The Art Of Life ma w sobie przekaz, ciekawą melodię. Niby wszystko by to mogło być dzieło najwyższych lotów ale pozostaje niedosyt, szczególnie w momencie sola (marzy mi się kilkudziesięciosekundowa, rozbudowana solówka saksofonu). Mimo wszystko to bardzo udana kompozycja. Queensrÿche nie byłoby sobą gdyby nie szczypta optymizmu, na koniec otrzymujemy utwór Doing Fine. Można o nim powiedzieć, że to typowe dla tego zespołu granie, choć bez fajerwerków to jednak interesujące. Chciałbym tę piosenkę usłyszeć w wersji akustycznej, moim zdaniem byłaby ciekawsza.
A ocena? Cóż, dla fana Queensrÿche od lat 13-tu (tak, tak, tyle lat już minęło od wydania Empire), trudno o obiektywizm. Biorąc pod uwagę osobiste, może wygórowane oczekiwania, to mógłbym dać mu ocenę średnią, ale patrząc na niego z perspektywy współczesnej sceny hard rockowej i tego co się na niej dzieje, a także mając w pamięci poprzedni album zespołu i solowy wyczyn Geoffa Tate'a jest to duży krok naprzód. Szczególnie powinien się on podobać fanom Queensrÿche spod znaku Promised Land, choć nie tylko. Mankamentem jest to, iż na Tribe składa się tylko 10, średniej długości utworów, przydałoby się kilka minut więcej. W dziesięciopunktowej skali daję punktów 8... i tytuł albumu roku.
Oficjalna strona zespołu: www.queensryche.com
Cruehead grudzień 2003
|