Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

QUEEN + PAUL RODGERS - The Cosmos Rocks [2008]
Wydawca: Parlophone / Hollywood Records / Fontana / EMI / Zoom

  1. Cosmos Rockin
  2. Time To Shine
  3. Still Burnin'
  4. Small
  5. Warboys
  6. We Believe
  7. Call Me
  8. Voodoo
  9. Some Things That Glitter
  10. C-lebrity
  11. Through The Night
  12. Say It's Not True
  13. Surf's Up... School's Out!
  14. Small Reprise
  15. Runaway
The Cosmos Rocks

Skład: Brian May - gitara, gitara basowa, chórki, instrumenty klawiszowe, pianino, Paul Rodgers - śpiew, gitara basowa, gitara, instrumenty klawiszowe, harmonijka; Roger Taylor - perkusja, chórki, instrumenty klawiszowe; Taylor Hawkins - chórki w [10]

Produkcja: Brian May, Paul Rodgers, Roger Taylor, Joshua J Macrae, Justin Shirley Smith i Kris Fredriksson

Głośno było swego czasu o możliwym powrocie Queen z nowym wokalistą w składzie. Jednym propozycja zatrudnienia Paula Rodgersa się podobała, innym nie. Opluwano osierocony przez Freddiego zespół o chęć zarobienia dodatkowych pieniędzy i żerowanie na własnej legendzie. A jeśli nawet rzeczywiście tak było, to co? Nie wolno im? Czy to ich wina, że Mercury nie dość, że kochał inaczej, to jeszcze bez zabezpieczenia? Czyż nie można reszcie zespołu odmówić prawa do zagrania raz jeszcze pod swoją nazwą tych samych i nowych kawałków? Czyż nie mają prawa do poczucia TEJ magii raz jeszcze, choćby miała to być ostatnia rzecz, jaką mieliby zrobić? Przecież nawet jeśli zagraliby pod innym szyldem, to czy zarobiliby mniej pieniędzy?

Żadni z nich prości rzemieślnicy i śmiem twierdzić, że wynagrodzenie byłoby równie wysokie. Niektórzy szyderczo pytali: cóż to za powrót Legendy, skoro główny pionek od dawna już gryzie piach. No, ale nie zapominajmy, że Queen to nie tylko do cholery kultowa postać Freddy'ego Mercury'ego, to także talent kompozytorski Maya i reszty zespołu (Taloyra i Deacona - ten ostatni nie brał udziału w nagraniach). Ale przejdźmy dalej, na płycie tej da się wyczuć tego ducha, niepowtarzalny klimat, są w końcu chórki jak za starych dobrych czasów, a Rodgers pokazuje się od bardzo dobrej strony, chociażby już w drugim, bardzo chwytliwym, niepowtarzalnym Time To Shine. Ja nawet nie chcę myśleć, co można byłoby zrobić z tego numeru, gdyby zaśpiewał go Freddy... Równie typowo dla starych klimatów jest w następnym Still Burnin', który ma w sobie coś z nieśmiertelnego We Will Rock You. No, ale nie można ciągle słodzić. Bo ja zastanowiłem się bardzo, co robi tu taki utwór jak Small, utrzymany w klimatach Irlandczyków z U2. Nie zrozumcie mnie źle, ja nie mam nic do tego kawałka. Jednak to miało być Queen, a nie zbiór bluesowo-rockowych utworów. A właśnie tym zastąpiono kompozycyjny rozmach obecny dotąd w utworach tego zespołu. Nie wiem, po jaką cholerę znalazło się tu Warboys. Chyba tylko po to, żeby Rodgers nie poczuł się źle... Natomiast mój uśmiech wywołało nagranie We Believe. Przepiękny kawałek, w którym chyba ten jedyny raz w pełni wyraźnie widać ducha zmarłego wokalisty. Typowe Queen i gdyby to zaśpiewał Mercury... On jest tylko duchem i zapewne tylko patrzy i słucha z uśmiechem. Tak czy inaczej, ten refren jest po prostu kapitalny. Wszystko zepsuto kawałkiem Call Me. Cała patetyczna i epicka aura poszła się, za przeproszeniem, pieprzyć. Tylko po to, żeby Paul też coś z tego miał. Nie, nie i jeszcze raz nie. Takim zabiegom jestem zdecydowanie przeciwny. Trzy minuty bezsensownego grania w pseudo wesołym utworze. Bluesowy, ech, Voodoo to znów kompozycja napisana dla wokalisty, przecież on do tej pory głównie w takich klimatach się obracał. Przepraszam, czy to jest płyta dla fanów Rodgersa czy Queen? Odpowiedź jest oczywista, przynajmniej dla mnie. Skrzydełka znów podnosi Some Things That Glitter. Świetny utwór, w którym znów, ale już tylko nieznacznie, pokazuje się duch Freddiego. Zabrakło tu tej niepowtarzalnej atmosfery. Choć zwrotki są jakby z myślą o nim. C-lebrity to taki hard rockowy numer w bluesowym sosie. Coś z Queen jest, ale bardzo mało. I tak słuchając tego krążka mam wrażenie, że powstał on jednak na siłę. Że jednak zabrakło pomysłów, a wokalista zdominował zespół. Wrażenie nasila się wraz z balladą Trough The Night. Nie jest to zła ścieżka, ale Queen takich prostych rzeczy nigdy nie nagrywało. I to jest kolejna cecha tej płyty. Jest ona wręcz do bólu prosta. Say It's Not True - właśnie, powiedźcie, że to nieprawda i nie będziecie szargać Legendy stawiając ją obok zwykłych rockowych zespołów i tylko momentami brzmiąc jak Queen... Surf Up... School's Out. No, do cholery. To nie miało być kolejne It's A Beautiful Day! Ten kawałek brzmi, jakby był kalką wspomnianej ścieżki. Small Reprise kończy The Cosmos Rocks. Płytę z pewnością nie złą, ale też nie dobrą. Wybitną tym bardziej nie. Mocno średnią z przebłyskami dawnego geniuszu.

No cóż, okazało się jednak, że bez Mercury'ego ten zespół tak właściwie nie istnieje i nie ratują tej sytuacji nawet zdolności kompozytorskie Maya. De facto, zastanowić się należy także, a może nawet przede wszystkim nad tym, jakimi przesłankami kierowali się Brian May i Roger Taylor przy wyborze następcy Freddiego. Czy zagrało samo jego nazwisko, czy rzeczywiście najlepiej wypadał w starych kawałkach Queen? A może to po prostu dobry kolega, któremu należało dać zarobić przy okazji własnego biznesu, na zasadzie: "Hej, nagrywamy nową płytę Queen i może zaśpiewałbyś na niej?". Tak czy inaczej, chyba postąpiono źle. Bo do wokalisty pretensji mieć nie można, wypadł znakomicie. Jako jego fan jestem zadowolony, ale jako entuzjasta Queen już nie. Bo Taylor i May napisali własną karykaturę i odcięli kupony od przeszłości, która zapisana jest niezmazywalnymi złotymi zgłoskami w historii rocka. Tu nie wolno było dać zaśpiewać Rodgersowi. Nigdy i pod żadnym pozorem. A ta płyta nie powinna była się ukazać. Bo jest niespójna, bez wyraźnej myśli przewodniej. Ot, zwykły zbiór rockowych piosenek. A od tych panów należy oczekiwać czegoś więcej. Do końca nie zawiedli, ale zupełnie nie zachwycili. Fanom Paula polecam, fanom Queen już niekoniecznie.

Oficjalna strona zespołu: www.queenpluspaulrodgers.com

Vincent
sierpień 2010