Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

PRIVATE LIFE - Private Life [1990]
Wydawca: Warner Bros. / WEA

  1. Touch Me
  2. Domino
  3. Fallin' Apart
  4. Communication
  5. Night All Night
  6. Nothin' To Lose
  7. Give It Up
  8. Holiday
  9. Cure For Love
Private Life

Skład: Jennifer Blakeman - instrumenty klawiszowe, chórki; Kelly Breznik - śpiew; Chris Frazier - perkusja, chórki; Danny Johnson - gitary, chórki; Steve Kershisnik - gitara basowa, chórki

Produkcja: Eddie Van Halen

Za każdym razem, gdy sięgam po płytę firmowaną przez kobiecy wokal, liczę na coś specjalnego. Dzieje się tak z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że obecność płci pięknej w hard rockowym świecie to ewenement, a po drugie, ponieważ przyzwyczaiłem się do wysokiego poziomu prezentowanego przez prowadzone przez nie kapele. Chyba każdy fan melodyjnego rocka zna takie osobistości jak Lita Ford czy też twórczość sławnego Vixen. Czy Private Life może zostać przyjęty w ten poczet sław?

Odpowiedź niestety brzmi "nie". Materiał muzyczny zaprezentowana na wydanym w 1990 roku krążku jest przeciętny aż do bólu. Momentami odnoszę nawet wrażenie, że słowo "przeciętność" możnaby potraktować wręcz jako komplement. Zabrzmi to trochę zabawnie, ale ekipie z Private Life po prostu brakuje jaj. Dosłownie i w przenośni. Większość utworów jest schematycznych i nie posiada w sobie niczego, co mogłoby zwrócić na siebie uwagę. Po wielokrotnym przesłuchaniu krążka nie byłem w stanie przypomnieć sobie zbyt dobrze jego zawartości, a to źle świadczy o płycie. Czego zabrakło? Przede wszystkim przebojowości i dobrych pomysłów. Rozpoczynający krążek Touch Me nie jest jeszcze taki zły. Może nie jest to najszczęśliwsze określenie, ale motyw przewodni stanowi w nim całkiem ciekawe brzdąkanie basu. Do tego dochodzi lekko zachrypnięty wokal Kelly Breznik i pomimo drażniących momentami zagrywek otrzymujemy utwór, którego Private Life nie muszą się wstydzić. Chrypka wokalistki ma w sobie nawet jakiś urok. Szkoda, że Kelly od czasu do czasu lubi sobie przeciągnąć niektóre nuty, psuje to trochę ogólne wrażenie. W dalszej części płyty jesteśmy bombardowani dużą ilością wypełniaczy, utworów, których równie dobrze mogłoby nie być. Cover Van Morrisona - Domino wypada nieciekawie, ekipa powinna się bardziej postarać. Dopiero Nothin' To Lose przynosi ze sobą znaczną poprawę jakości. Odpowiednia, lekko bluesująca gra instrumentów oraz spokojne tempo przyczyniają się do tego, że na krążku pojawia się pierwszy naprawdę udany utwór. Nawet krótkich solówek gitarowych słucha się z przyjemnością. Może to trochę perwersyjne, ale lubię czasami, gdy piosenki wprowadzają mnie w smutny nastrój. Tak też jest z Nothin' To Lose i dzięki temu jest to pozycja, do której zdarza mi się czasami sięgać. Jedna jaskółka nie czyni jednak wiosny. Zmasowany atak wypełniaczy trwa nadal i nic nie zapowiada jego rychłego końca. Ten nadchodzi dopiero wraz z ostatnim utworem na płycie. Cure For Love, bo o nim mowa to najlepszy kawałek znajdujący się na krążku. Posiada w sobie coś ze Stage Dolls, a to już coś znaczy i może służyć za niezłą rekomendację. Najważniejsze jest jednak to, że piosenka, z którą mamy do czynienia, jest wreszcie melodyjna. Największa zasługa leży po stronie klawiszowca. Jennifer Blakeman, czyli druga z kobiet występujących w Private Life, dopiero pod sam koniec płyty pokazała, że potrafi dobrze grać. Szkoda, że nie pamiętała o tym wcześniej (oczywiście z małymi wyjątkami). Gdyby nie zamykający longplaya Cure For Love, mielibyśmy do czynienia z katastrofą. Dzięki temu numerowi Private Life pozostawiają po sobie trochę lepsze wrażenie. Ciężko jest jednak zapomnieć o tym, że w dużej części płyty problemem numer jeden jest maniera wokalna Kelly Breznik. Ilość różowego koloru użytego na książeczce i okładce przekracza akceptowalne przeze mnie normy. Niby drobny szczegół, a przeszkadza. Jaka ciekawostkę można potraktować fakt, że producentem krążka był Eddie Van Halen, nie wiem jednak czy jest to coś z czego mogliby cieszyć się jego fani.

Jaki zatem jest ten album? Słaby. Dwa udane numery to znacznie za mało, aby płyta mogła się podobać. Natężenie wypełniaczy na płycie jest znacznie powyżej przeciętnej. Jeżeli lubicie kapele zaopatrzone w kobiecy wokal, doradzałbym, aby nie eksperymentować z Private Life. Zostańcie przy Vixen, słuchajcie Lity, Saraya czy też Annica. Private Life omijajcie jednak z daleka.

Brak oficjalnej strony zespolu

Guciomir
kwiecień 2007