|
Skład: Ralf Scheepers - śpiew, chórki; Alex Beyrodt - gitary, śpiew w [13]; Magnus Karlsson - gitary, instrumenty klawiszowe; Randy Black - perkusja; Mat Sinner - gitara basowa, śpiew, chórki
Gościnnie: Oliver Hartmann - chórki; Erik Martensson - chórki
Produkcja: Mat Sinner
W swojej ostatniej recenzji płyty Primal Fear, notabene niezbyt pochlebnej, napisałem, że zanim Diabeł dowie się, że są już martwi, mają jeszcze trochę czasu. Twierdziłem, że ci muzycy mają już siebie serdecznie dość i że jedni na drugich zwalają winę za brak killerskich przebojów i porywających refrenów. Do tego zmiany w składzie. No cóż, przy okazji nowego krążka tej niemieckiej ekipy znów nastąpiła zmiana. Odszedł ten, który przyszedł. Zaskakujące nieprawdaż? Żegnamy Woltera, witamy nie byle kogo, bo samego Alexa Beyrodta. Przyznam, że nieprzyjemnie się przez chwilę zrobiło, bo przypomniałem sobie ostatni wypiek ekipy Sinnera, w którym brał udział. No, ale to przecież szef Voodoo Circle, więc może nie będzie tak źle...
Dostępny przed premierą singiel Bad Guys Wear Black napawał optymizmem, do rąk i uszu dostaliśmy dwa bardzo dobrze rokujące numery, wypadało więc wyczekiwać całości z niecierpliwości przebierając nogami. Wreszcie już jest, więc pora zapoznać się z nowymi propozycjami. Tym razem dostajemy 12 nowych kompozycji, okładkę tradycyjnie zdobi metalowy orzeł. No i do tego dumny tytuł tego CD. Niezłomni... Czy jednak naprawdę tak jest? Czy ten zespół potrafił się podnieść i znów udowodnić wszystkim, w tym także i piszącemu, że mylili się skreślając, lub w najlepszym przypadku, niezbyt wierząc w udany powrót spółki autorskiej Sinner-Scheepers? Nie warto gdybać, lepiej zajrzeć do środka, odpalić krążek i ocenić samemu zawartość. Na początek epickie intro w postaci Unbreakable (Part1). Bardzo spodobało mi się takie otwarcie płyty i jakoś tak optymistycznie nastroiło do reszty. Pomyślałem, że "początek wcale niezły jest...". Jeśli jeszcze miałem jakieś wątpliwości, to mocarne uderzenie znakomitego riffu w dumnie zatytułowanym Strike pozbawiło mnie wszelkich obaw, rzuciło na kolana i ponownie przekonało do Primal Fear. No, bo komu nie podoba się takie "Strike and take no prisoners", niech się przerzuci na popiskiwanie popowych gwiazdeczek z dyskotek. Ci cholerni Niemcy kłaniają się wszystkim nisko, mówiąc: "cześć, posłuchajcie sobie naszej nowej płyty!". Nie ma tu się do czego przyczepić. Utwór gna do przodu niczym rozpędzona ciężarówka, napędzana zaciętymi pojedynkami gitarzystów i znakomitymi wymianami solówek. No i ten niesamowity Ralf, będący w doskonałej dyspozycji wokalnej. Dumnie pokazał Halfordowi, kto w tym roku rządzi. Równie udanym, stricte "primalowskim" wałkiem jest Give 'Em Hell. Nieco przypominający zamierzchłe czasy Back From Hell, ale czy komuś to przeszkadza? No i daje tu o sobie znać Alex, wprowadzając świetne zwolnienie, które przeradza się w ognistą solówkę. Oczywiście mamy także chóralnie śpiewany refren, no bo jakże mogło go tutaj zabraknąć? Nijak nie mogło. Musiał być i koniec. Potem mamy pierwszy singlowy, wspomniany już przeze mnie wyżej numer Bad Guys Wear Black. Do tegoż nakręcono również wideoklip. Jedno można na tym CD zauważyć. Wszystkie utwory ułożone są tak, by każdy kolejny wynikał z poprzedniego. Jest w tym jakaś taka naturalność, czy też może zamysł. Singiel wstydu nie przynosi, obydwaj wioślarze nadal nie rezygnują ze świetnej zabawy, z pasją wymieniając się solówkami, podczas gdy reszta formacji robi swoje. Primal Fear to zespół, który nie zapomniał, że swoje korzenie ma w power metalu. Bo jak określić And There Was Silence? Czyste powerowe grzanie, bardzo przypominające najlepsze lata... Helloween z Derisem na wokalu. Ponieważ dyniowaci nie są ostatnio w najlepszej formie, to koledzy po fachu przypomnieli im, jak się pisze znakomite kawałki. Jak na wielki powrót przystało, musiało znaleźć się miejsce na metalowy hymn. No i mamy takowy w postaci Metal Nation. Łagodnie rozpoczynający się gitarowym wstępem, by później zgrabnie rozwinąć się w rzecz, która tym panom przychodziła z ogromną łatwością. Przecież takich hymnów mają przynajmniej kilka, a ten z pewnością pojawi się w koncertowej rozpisce. Mam też takie wrażenie, że w tym numerze Ralf mocno rehabilituje się za kompromitujący Saints Of Rock ze swej solowej płyty. Bas pulsuje, gitary ryczą, blachy szumią, a wokalista nawołuje "Everybody, join the Metal Nation!". Elegancki, jakże brytyjski w swej wymowie kawałek, w którym z całą pewnością maczał palce Beyrodt. I jeszcze jedno, bardzo ważne zresztą: Sinner nareszcie przestał się wtrącać do pisania i aranżowania ścieżek. On tu tylko zagrał na basie i udzielał się w chórkach. Uffff.... Kolejną, siódmą w kolejności propozycją jest ponownie zrobiony w stylu Helloween, kapitalny Where Angels Die. No, Deris i kumple muszą się mieć teraz z pyszna słuchając tych dźwięków. Posłuchajcie tu tego miażdżącego basu Sinnera. Doprawdy ta płyta jest kapitalnie wyprodukowana. Wszystko pięknie słychać, nikt nie wyrywa się przed szereg, a całości słucha się z ogromną przyjemnością. To dzieło nie nudzi, wręcz przeciwnie, zaskakuje mnogością pomysłów, rozwiązań, czystą przyjemnością i zabawą dźwiękami. Choćby te zwolnienie w tym kawałku. Kapitalna, gitarowa ornamentyka, godna utworów Rainbow ery Dio. Wielkie brawa dla talentu kompozytorskiego Alexa. Ralf bardzo wczuł się w całość i kapitalnie rozegrał to wokalnie. Wiedział gdzie sobie odpuścić, stworzyć odpowiedni nastrój i oprawę, a gdzie bardziej przycisnąć. Unbreakable (Part 2) to znów radosna, primalowska jazda bez trzymanki. I po raz trzeci puszczenie oka do panów dyniowatych, niczym złośliwe uszczypnięcie. No i ręka do góry, komu nie przychodzi tu na myśl takie I Want Out. Chwila oddechu w kapitalnie rozegranym zwolnieniu, a potem pięknie grające unisono gitary i wspaniałe wymiany solówek. A formy wokalnej Halford na pewno zazdrości Ralfowi. Tajemnicze dźwięki witają nas w Marching Again. W końcu następuje zmasowany atak gitar i galopująca na złamanie karku sekcja. I jeśli zwrotki są idealnie w stylu Primal Fear, to refreny znów przypominają najlepsze dokonania Helloween. Czy to źle? Moim zdaniem absolutnie nie. Zaskakuje klimatyczne zwolnienie, ale czy nie może się ono podobać? Oczywiście, że tak! Oni już nieraz stosowali takie zabiegi w niektórych swoich utworach i bardzo często ze znakomitym rezultatem. Na solidnym wydawnictwie nie mogło zabraknąć ballady. Tutaj tę rolę pełni Born Again. Posłuchajcie sobie tego rozwalającego refrenu, gdy Ralf z wyrzutem zadaje pytanie o sens istnienia. Utwór ten wielkim hitem jest i basta. Gdzieś kiedyś wyczytałem, że Ralf podczas nagrywania tego typu ścieżek, buduje sobie swego rodzaju ołtarzyki, by już w studio móc lepiej "wczuć" się w śpiewany tekst. Jeśli zrobił to i w tym przypadku, to zagrało bez pudła. W tle pięknie grające smyczki, niczym w dawnym The Healer. Kapitalna rzecz. Blaze Of Glory to powrót do primalowskiego młócenia na najwyższym poziomie. I czy mi się wydaje, czy Ralf z ekipą faktycznie postanowili podokuczać kolegom spod znaku dyni? Niektóre dźwięki kojarzą się z utworami Helloween i tylko chóralnie zaśpiewany refren przypomina, że to utwór Primal Fear. I czy nie ma tu ech znakomitego Metal Is Forever? Na koniec kapitalny Conviction. Może nieco gorszy od całości, ale nadal pasuje i jakoś specjalnie nie przeszkadza w odbiorze, mimo tego, że przypomina wałki ze starych płyt. Całość ratują i podciągają znakomite solówki Karlssona i Beyrodta. Słusznie umieszczono go na końcu tego CD. Przynajmniej nie rozczarowuje gdzieś w środku czy na początku płyty. Jest sobie skromnie na końcu. Tak sobie to zespół wymyślił, i słusznie zresztą.
Co się zmieniło w tym zespole? Mieli dość czasu na ochłonięcie, zastanowienie się, kolejną zmianę na stanowisku gitarzysty i napisanie nowych numerów. Bardzo dobrym krokiem było zaproszenie do składu Alexa, speca od gitarowego wymiatania i produkcji. Ciekawe, czy po porażce ostatniego Sinnera wziął za przysłowiowe "szmaty" Matta, potrząsnął nim i powiedział kilka słów do słuchu. Bo ten, jak napisałem wyżej, tylko tu zagrał i poudzielał się w chórkach. Czy Diabeł dowie się, że są martwi? Raczej ten, którego imienia wymieniać nie należy, pozostanie na swoim miejscu w piekle nadal smażąc grzeszników w smole. Jedyne co może zrobić, to założyć słuchawki na swoje czarne uszy i posłuchać nowej płyty Primal Fear. Bo jak się okazuje, nie bez przyczyny są niezłomni. I oby tak zawsze było, bo w końcu każdej ekipie zdarzają się słabsze płyty. Tu skuchy nie ma i z czystym sumieniem stawiam pełne i okrągłe 10/10. W pełni sobie na to zasłużyli. Jeńców nie wzięli.
Oficjalna strona zespołu: www.primalfear.de
Vincent styczeń 2012
|