|
Skład: Ralf Scheepers - śpiew; Henny Wolter - gitary, śpiew w [13]; Magnus Karlsson - gitara, instrumenty klawiszowe, śpiew w [13]; Randy Black - perkusja; Mat Sinner - gitara basowa, śpiew w [13], chórki
Produkcja: Mat Sinner
Zazwyczaj na co dzień nie słucham niczego z pogranicza heavy i power metalu, czyli gatunku w którym porusza się Primal Fear, ale czasem pod wpływem jakiejś pochwalnej recenzji zdarza mi się po coś takiego sięgnąć. Opinie na temat ósmego w dyskografii Niemców albumu są podzielone, niektórzy uważają go za najlepszy, dla mnie najważniejszy jest fakt, że "patatajowane" nagrania są tu w mniejszości. No i okładkę ekipa Sheepersa ma tym razem ładną, choć już z długością tytułu krążka zdecydowanie przesadzono.
Najpierw trochę historii. Primal Fear zostało powołane do życia w 1997 r. przez wokalistę Ralfa Scheepersa (ex- Gamma Ray, Tyran Pace) i basistę Mata Sinnera (Sinner), po tym jak Scheepersowi nie udało się dostać angażu do Judas Priest na miejsce Halforda (przyjęto wtedy Tima "Rippera" Owensa). Debiutancki krążek kapeli zdołał zawędrować na zatłoczone niemieckie listy sprzedaży i wkrótce podobny sukces odniósł w Japonii. Do dnia dzisiejszego zespół ma na koncie osiem studyjnych wydawnictw, z czego 16.6 Before The Devil Knows You're Dead jest jak dotąd najnowszym dzieckiem formacji. Na płycie nie zagrał już obecny od narodzin grupy gitarzysta Stefan Leibing, jego miejsce zajął Magnus Karlsson, muzyk znany chociażby ze Starbreaker. Pod względem stylistycznym płyta jest w prostej linii kontynuacją New Religion sprzed dwóch lat, zresztą obie CD zostały wydane przez Frontiers Records, co już jest pewną gwarancją tego, że materiał musi być melodyjny. Po wprowadzającym pewien element niepokoju intrze nawiązującym do tytułu dzieła rusza coś, bez czego album by się spokojnie mógł obyć. Riding The Eagle to jedna z tych power metalowych galopad, za jakimi nie przepadam, ale mająca sporo wspólnego z dokonaniami Helloween i Gamma Ray, a te kapele, jakie by nie były, z pewnych względów szanuję. Czytałem już kilka recenzji tego krążka, by sprawdzić, czy wzbudza w innych podobne odczucia jak u mnie i wbrew mojej opinii numer z reguły uważany jest za jeden z najlepszych w zestawie. Ja wolę jednak kolejne w secie Six Times Dead (16.6) i najwidoczniej zespół z jakiegoś powodu musiał być podobnego zdania co ja, bo właśnie ten numer wybrał do promowania płyty i zrealizował do niego teledysk. Tym razem mamy do czynienia z bardziej klasycznym heavy metalem, gdzie riffy są może i proste, ale brzmią potężnie i osadzono je w interesujacym schemacie rytmicznym. W zasadzie nie ma się czym podniecać, bo zagrywki takie ograno już tysiące razy, ale warto zwrócić uwagę na solówkę - tu trochę poeksperymentowano i dlatego jest ona najjaśniejszym punktem nagrania. Black Rain rozpoczyna się od bardzo intrygujących motywów bliskowschodnich, dalej trochę sztampowych patentów opierających się na gitarach rytmicznych, choć z racji ciężkości samych gitar można ulec złudzeniu, że mamy do czynienia z metalem progresywnym. W sumie kompozycja udana i można mieć tylko żal do muzyków, że nie rozwinęli tych wschodnich melodii w coś bardziej rozbudowanego. Kompletnie nie leży mi power metalowe Under The Radar, które jest kanibalizmem do kwadratu. Kawałek zmajstrowano na wzór dokonań Helloween spotykającego Stratovariusa, tylko pytam po co, skoro oryginały w tym wypadku wypadają lepiej. Odpowiedź może być prostsza niż się wydaje, galopady są w Niemczech modne i dobrze się sprzedają, więc ucieka się do takich z artystycznego punktu widzenia miernych zabiegów, by podbić statytstyki sprzedaży. Znacznie lepsze jest 5.0 / Torn plasujące się biżej progresywnego heavy metalu. Kilka ciekawych patentów, choćby ten z początku ścieżki, gdzie partia gitary brzmi, jakby któryś z gitarzystów się rozgrzewał na próbie (dodaje to utworowi pewnej naturalności), albo implementacja partii mówionych w środku, coś na wzór Queensrÿche (niemal zawsze mnie to kręci). Nieco industrialnych pomysłów grupa przemyciła w Soar, ale ponieważ ogólnie jest to nadal granie mocno melodyjne, to takie zabiegi nie kłują w uszy. Może być. W warstwie tekstowej Niemcy straszą nas jakąś wojną nuklearną w 2012 r.; to całkiem niedługo, więc będziemy mogli zobaczyć, czy to się sprawdzi. Melodyjny heavy metal prezentuje słuchaczom Killbound. Nagranie o bardzo prostych strukturach, bez żadnych większych ambicji, bazujące na zagrywkach setki razy ogrywanych przez Judas Priest i Accept, ale przez to łatwo strawne, stąd i wpadające w ucho, nie zapadające jednak w pamięć. W No Smoke Without Fire pokuszono się o metalową pół-balladę. Wyszło to poprawnie, ale to chyba trochę za mało, z jednej strony na podbój niewieścich serc, z drugiej na celny strzał w kierunku "twardych metalowców". Gdyby wprowadzić tu więcej elementów smutku i dźwięków progresywnych, mogłoby to spodobać się fanom Starbreakera (stąd wnioskuję, że za lwią część kompozycji odpowiedziany jest Karlsson). Night After Night to kolejna zmora, czyli power metalowa galopada. Ręce opadają; ileż można. Im więcej takich kawałków słucham, tym bardziej mi się one nie podobają, ale pamiętajmy o sprzedaży krążka, dajmy muzykom zarobić na chleb... W kierunku fanów nowego oblicza Judas Priest (tego od czasów Owensa po dzień dzisiejszy) celuje Smith & Wesson i w zasadzie można na tym stwierdzeniu poprzestać. Jak coś się na Judasach wzoruje, to nie może być złe. Zresztą utwór ubarwia jeszcze fajne solo na gitarze, takie trochę w stylu Malice. Z kolei The Exorcist jest wypisz wymaluj kopią dokonań Grave Diggera, a przy tym tak sprytnie zagraną, że można się zastanawiać, czy aby na pewno nie jest to jakieś nowe nagranie ekipy Chrisa Boltendahla. Mimo power metalowego ciążenia kompozycji kawałek mi się podoba. Opowieścią z zupełnie innego wymiaru wobec wszystkiego, co mieliśmy dotąd na płycie, jest Hands Of Time. Wspaniała ballada, w której zaśpiewał prawie cały zespół (za mikrofon nie dopuszczono tylko perkusisty) i wyszło to nadzwyczaj dobrze. Oczywiście nie jest to typowa pościelówka jak w hair metalu, ale pozycja powinna zadowolić zarówno żeńską jak i męską część grona słuchaczy.
Poszczególne utwory mają różną wartość artystyczną, niemniej jednak nie obiecując sobie zbyt wiele warto po krążek sięgnąć. Polecam go przede wszystkim fanom klasycznego heavy i power metalu, gdyż im płyta z pewnością przypadnie do gustu. Jeśli ktoś lubi Helloween, Accept, Grave Digger, Gamma Ray, czy ogólnie tzw. niemiecki metal, a do tego jeszcze Judas Priest i Stratovariusa, to właśnie może włączyć kolejny udany album do swojej kolekcji.
Oficjalna strona zespołu: www.primalfear.de
Guitarrizer listopad 2009
|