Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

PRIDE OF LIONS - The Destiny Stone [2004]
Wydawca: Frontiers Records / Nexus / King Japan

  1. The Courage To Love Somebody
  2. Parallel Lines
  3. Back To Camelot
  4. Born To Believe In You
  5. What Kind Of Fool
  6. Man Behind The Mask
  7. Light From A Distant Shore
  8. Letter To The Future
  9. The Destiny Stone
  10. Second Hand Life
  11. Falling Back To Then
  12. The Gift Of Song
  13. Reckless Love [japoński bonus track]
The Destiny Stone

Skład: Toby Hitchcock - śpiew; Jim Peterik - śpiew, gitary, instrumenty klawiszowe; Clem Hayes - gitara basowa; Mike Aquino - gitary; Christian Cullen - instrumenty klawiszowe; Ed Breckenfeld - perkusja; Hilary Jones - perkusja; Thom Griffin - chórki

Produkcja: Jim Peterik

Po znakomitym debiucie Pride Of Lions zwróciło na siebie uwagę całego AORowo hard rockowego świata. Peterik udowodnił, że jeszcze nie zdziadział i że nadal potrafi komponować utwory, które eksplodują melodyjnością. Jedynka Dumy Lwów znalazła się na niektórych zestawieniach najlepszych płyt 2003 roku i dzięki niej świeżo założony zespół zyskał grono oddanych wielbicieli. Aż w końcu przyszedł czas na kolejne wydawnictwo zatytułowane The Destiny Stone. Czy druga płyta w historii kapeli spełniła oczekiwania fanów i krytyków? Trzeba przyznać, że poprzeczka była postawiona niezwykle wysoko.

Krążek został wydany zaledwie rok po poprzedzającym go wydawnictwie, nagrany został w podobnym składzie osobowym i dziwić może to, że jest on utrzymany w trochę innym klimacie niż debiut. Różni się od niego przede wszystkim tym, że w przeważającej mierze piosenki, które na nim się znalazły, zostały skomponowane w 2004 roku. Przypomnę, że większość materiału z debiutu pochodziła ze zbiorów Peterika z lat '80. Jeden z pomysłów na The Destiny Stone opiera się na wierze w reinkarnację. Peterik przypomina sobie wydarzenia z dzieciństwa, kiedy to w środku nocy tracił kontrolę nad umysłem i dzięki czemu mógł przemieszczać się czasie i w przestrzeni. Podejrzewa dzisiaj, że nie były to jedynie wytwory jego wyobraźni, lecz że były to szczątki wspomnień zebranych podczas poprzednich wcieleń, a których jego świadomość nie była w stanie się wyprzeć. Drugim motywem przewodnim, na którego cześć zostało nazwane całe wydawnictwo i dla którego nagrany został numer tytułowy, są, jak się można domyśleć, Destiny Stone oraz związane z nim legendy. Kamień ten można dzisiaj odnaleźć w zamku w Edynburgu i w średniowieczu ludzie wierzyli, że umożliwia on otrzymywanie przesłań od Boga. Przedmiot podobno odwiedzali liczni monarchowie, aby móc poznać własne przeznaczenie i aby zaznajomić się z wynikami przyszłych bitew. Numer tytyłowy, choć ciekawy, od strony muzycznej nie jest najlepszym kawałkiem, który można odnaleźć na płycie. Wydawnictwo jako całość w porównaniu do debiutu sprawia wrażenie bardziej mrocznego i powiedziałbym, że jedynka Pride Of Lions była trochę bardziej wesoła i radosna. Nie oznacza to, że The Destiny Stone oceniam gorzej, jest to po prostu płyta trochę inna. Zaczyna się kawałkiem dość podobnym do znanych już dokonań zespołu, jak na przykład First Night czy też Turn To Me. Należy też zwrócić uwagę na to, że fascynacja twórczością Mecca stała się jeszcze bardziej wyraźna niż to miało miejsce rok wcześniej. Zważywszy na to, że debiut Mecci był jedną z najważniejszych, jeżeli nie najważniejszą płytą 2002 roku, można powiedzieć, że czerpanie inspiracji z twórczości tej kapeli nie jest niczym złym. Zahaczające o matematyczno-miłosną tematykę Parallel Lines to pierwszy prawdziwy killer, który można znaleźć na płycie. Połączenie wyśmienitych refrenów z genialnymi podkładami i grą Peterika jest magiczne. Utwór zyskuje tym bardziej, im głośniej jest puszczany, gdyż dopiero wtedy docenia się wszystkie zawarte w nim smaczki. Wspomniany numer został napisany i dołączony do albumu jako jeden z ostatnich i można się cieszyć, że zmieścił się na wydawnictwie. Inspirowany przez stary film o nazwie "Camelot", utwór Back To Camelot wzbudził niezrozumiały dla mnie aplauz części krytyków. Ballada ta jest przyzwoita, niczym się nie wyróżnia niestety i w tym tkwi jej największa wada. Jeżeli komuś mało jest typowych dla Survivor wyciskaczy łez, to proszę bardzo, numer skierowany jest właśnie do niego. Z myślą o moich gustach zostało najwyraźniej napisane Light From A Distant Shore, jeżeli już o balladach mowa. Piękna melodia gitary Peterika jest niczym w porównaniu z pełnym pasji (pasji przez duże "P") śpiewem Tobiego Hitchcocka. Dzięki niemu muzyka kołysze się na falach i płynie powolnym tempem. AORowe arcydzieło i to pod każdym względem, a użyta w nim sztuczna perkusja nie stanowi żadnego problemu. Rockery, które znajdują się na krążku też są niczego sobie. Born To Believe In You jest trochę ostrzejszy niż to do czego przyzwyczaił nas Peterik i wypada bardzo dobrze. świetnie dobrano brzmienie klawiszy, lepiej bym tego nie wymyślił. Jeżeli już mowa o ciężkości brzmienia, fani Survivor mogą przeżyć pewien szok słuchając riffów, mrocznego intra i oryginalnej solówki do Falling Back To Then. Zespół eksperymentuje łącząc ze sobą różne, zdawałoby się kompletnie odmienne elementy. Osiągnięty efekt jest zadziwiający. Po wielokrotnym przesłuchaniu tego kawałka, żałuję, że umieszczono w nim lżejsze fragmenty, że jest w nim zbyt wiele klawiszy i że nie został utrzymany w takiej tonacji, w jakiej nagrane zostało intro. Brzmi to jak herezja? Bynajmniej. świadczy to tylko o talencie ekipy. Mogliby kiedyś spróbować sił w innym repertuarze. Riff użyty w numerze chodził podobno po głowie Peterika od paru lat, lecz nie wiedział on jak go wykorzystać. Kto wie? Być może w przyszłości doczekamy się większej ilości takich kompozycji. Pierwszym napisanym przez Peterika numerem, który znalazł miejsce na albumie było Letter To The Future. Pomysł na numer powstał podobno wiele lat temu, kiedy to Peterik współpracował w 1991 roku z Joe Lynn Turnerem. Kawałek jest bardzo survivorowy, choć niezbyt za nim przepadam. Jeszcze dłuższą historię ma utwór Gift Of Song, gdyż sięga ona 1987 roku i powstała, gdy Peterik spontanicznie zaczął nucić słowa do akompaniamentu jedynie gitary elektrycznej. Numer nabrał prawdziwego kształtu dopiero teraz i jest jedną z dość standardowych, niemniej jednak ładnych ballad. Nie umywa się do Light From A Distant Shore ma jednak w sobie jakiś delikatny urok. Killerem, o którym jeszcze nie wspomniałem jest What Kind Of Fool, w którym można dostrzec inspiracje twórczością Journey. Jest to numer z gatunku tych, w których wszystko dograne jest do perfekcji i który można słuchać wiele razy z rzędu. Wielkie brawa dla śpiewu Tobiego, jest on jednym z twórców tego niesamowitego klimatu. Na sam koniec zostawiłem numer Man Behind The Mask. I to nie bez powodu. Numer powstał w całości dawno temu i miał być umieszczony na survivorowym Caught In The Game. Nie znalazł się na nim, gdyż w tym samym czasie kawałek o tym samym tytule pojawił się na płycie Styx i Peterik nie chciał, aby ktoś pomyślał, że Survivor nagrali cover. O piosence zapomniano na wiele lat, aż w końcu Jim trafił na nią przeglądając swoje stare zbiory nagrań. Dobrze, że ten świetny numer znalazł wreszcie swoje miejsce. Jeżeli komuś brakuje prawdziwie survivorowych przebojów, to tutaj może spotkać jednego zaginionego.

The Destiny Stone to płyta bardzo dojrzała. Jest to świetny kawałek przebojowego AORu. Pride Of Lions sprostali niełatwemu zadaniu dorównania debiutowi i ponownie zebrali świetne recenzje. Krążek mogę ze spokojnym sumieniem polecić wszystkim fanom Survivor oraz wszystkim tym, którzy lubują się w takiego rodzaju muzyce AORowej. Dodam jednocześnie, że przeciwnicy Peterika nie odnajdą tu zbyt wiele dla siebie. O płycie można powiedzieć, że jest to jedna z ciekawszych pozycji wydanych 2004 roku i gdyby tylko usunąć z niej parę wypełniaczy mielibyśmy dzieło niemal idealne. No ale i tak jest dobrze!gitary.

Oficjalna strona zespołu: www.aprideoflions.com

Guciomir
kwiecień 2008