|
Skład: Steve 'Sex' Summers - śpiew; T'Chad - gitary; Lesli Sanders - gitara basowa; Dish - perkusja
Produkcja: Brian Haught i Lesli Sanders
Nominalnie rzecz biorąc Size Does Really Matter jest drugim po Leather Boyz With Electric Toyz pełnomentrażowym krążkiem Pretty Boy Floyd, gdyż w latach '90 grupa zaserwowała fanom jedynie EP-kę oraz kompilację zawierającą m.in. stare utwory ponownie nagrane. Oczywiście powrotu w wielkim stylu nie ma się co spodziewać, jako że zespół nigdy specjalnie wysokiego poziomu nie prezentował. Ot, imprezowa muzyka nadająca się co najwyżej na prywatki. Jakie zatem jest Size Really Does Matter?
Zaczyna się od szybkiego punkowego Dead. Kawałek ani mnie ziębi, ani grzeje, ale gdyby zespół grał tak przez cały album, uznałbym to za wygłup dziesięciolecia. Numer Suicide też ma punkowe korzenie, chociaż grupa trochę słodzi po swojemu i oddaje to charakter kawałków z ich debiutanckiego longplaya, chociaż brzmienie jakieś takie tępe. Jeśli ktokolwiek zastanawia się, co pchnęło grupę do nagrania nowych kawałków, odpowiedź wydaje się być jedna. Próba zbicia kapitału na legendzie bądź co bądź kultowego już debiutanckiego dzieła. Zupełnie nie kapuję, po co wpleconio w numer o nazwie Suicide sentymentalne pianinko, pasuje to jak pięść do nosa. Sorry, ale przy takim L.A. Guns to panowie z Pretty Boy Floyd grają rock dla przedszkolaków. I've Got Nothing to czysty punk w pionierskim wydaniu. Takie coś się sprawdzało w 1977 roku na płycie Sex Pistols, tutaj wygląda na akt niczym nieskrępowanego kanibalizmu artystycznego. Sam kawałek nie jest taki zły... jak na punk oczywiście. Na pozycji nr 4 pojawia się utwór, który wywołuje u mnie w końcu pozytywną reakcję. To taki rocker w typowo imprezowym dla zespołu stylu. Jedyne zastrzeżenia mam do produkcji, która nie jest zbyt klarowna, z drugiej strony Steve Summers śpiewa całkiem dobrze. Może nie wysila głosu, ale śpiewa z punkową manierą trochę jak Taime Downe z Faster Pussycat, tylko mniej agresywnie. Things I Said bez rewelacji, aczkolwiek myślę, że to jeden z jaśniejszych punktów na płycie. Za dużo punka panowie, a jeśli się już po niego sięga, to z większym czadem. Another Day to utwór w stylu Franka Sinatry... nie, no żartuję, chociaż fajnie by było coś innego niż punk rock tutaj usłyszeć. No to mamy na pozycji 7 kawałek 2 Heads 2 Faces, mający najwięcej wspólnego z muzyką grunge, chociaż jak na ten gatunek jest wyjątkowo melodyjny. Senne gitary w tle to jednak niezbyt dobry pomysł dla glam rockowego zespołu. Czas ożywienia przychodzi wraz z kawałkiem o prowokacyjnym tytule Fuck The Rock, moim zdaniem najlepszym na płycie. Niby są tam punkowe riffy, ale jest imprezowy nastrój i taki wesoły rock and rollowy zamęt. Takich numerów na debiucie było więcej, tutaj jak na lekarstwo niestety. 727 to jedyna ballada na albumie i całkiem słusznie, bo nagrywając ledwie 10 krótkich kawałków szkoda by było z i tak mało agresywnej muzyki zrobić składowisko kołysanek;) Ale ta ballada jest całkiem niezła, muszę dodać. Miłe urozmaicenie albumu. Na koniec mocny rocker It's Alright. Panowie chcą pokazać, że niegrzeczne z nich chłopaki, no i muszę przyznać, że końcówka albumu całkiem udana po dość niemrawym początku.
Size Really Does Matter to płyta przede wszystkim dla fanów zespołu, jak i co mniej wymagających zwolenników sleaze/glam rocka. Dla mnie ten krążek to o wiele za mało, żeby nazwać go jakąś wybitną płytą, chociaż jak na rok wydania album jest całkiem niezły. Po prostu można posłuchać, zwłaszcza na imprezach, gdzie nie ważne, kto gra, a potrzebny jest bodziec w postaci rock and rollowego grania. Aha, ponieważ jestem złośliwy, dodam, że bardziej kanibalistycznego zespołu niż Pretty Boy Floyd próżno by na glam rockowej scenie szukać. Smacznego ;)
Oficjalna strona zespołu: www.pbffanclub.com
LSDisease czerwiec 2008
|