Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

PRESTO BALLET - Invisible Places [2011]
Wydawca: SAOL / H'Art / Zebralution / CMM / 101 Distribution

  1. Between The Lines
  2. The Puzzle
  3. Sundancer
  4. Of Grand Design
  5. One Perfect Moment
  6. All In All
  7. No End To Begin
Invisible Places

Skład: Ronny Munroe - śpiew; Kurdt Vanderhoof - gitary, mellotron, chamberlin, organy Hammonda, syntezatory, pedały basowe, elektroniczne pianino; Bill Raymond - perkusja i instrumenty perkusyjne; Kerry Shacklett - organy Hammonda, pianino, syntezatory, chórki; Bobby Ferkovich - gitara basowa, chórki

Produkcja: Kurdt Vanderhoof

Czy ktoś wie, czym Kurdt Vanderhoof, na codzień gitarzysta thrash metalowej grupy Metal Church, zajmował się, gdy akurat nie miał nic do roboty w swoim macierzystym zespole? Nie? No, to Wam powiem. Ów całkiem niezły wioślarz i producent wymyślił sobie zupełnie coś innego. Założył drugi zespół o nazwie Presto Ballet. Z grupami znanych muzyków przeważnie jest tak, że albo realizuje się w nich muzykę, będącą wszystkim tym czego nasłuchali się oni kiedyś, gdzieś tam, albo robią w nich to co w swoich flagowych formacjach, tyle że podane to nieco inaczej. Vanderhoof w swojej drugiej grupie nie gra thrashu. Znudziło mu się? Może. Niemniej zawsze jednak podkreślał, że jego muzyczne korzenie sięgają czasów, gdy swoje wczesne płyty wydawały takie zespoły jak Yes, Genesis czy nawet Kansas. Zaskoczeni? No to posłuchajcie sobie, jak to brzmi.

Vanderhoof zaprosił do udziału kolegę z Metal Church, wokalistę Ronny'ego Munroe. Przyznam, że bałem się tego, co może powstać. Nie umiałem sobie wyobrazić tego krzykacza w takiej muzyce. Tymczasem okazało się, że Ronny nie tylko świetnie dawał sobie radę jako wokalista Metal Church, ale wspaniale "wpasował" się w klimaty progresywne. Co prawda swoim głosem zapędza się od czasu do czasu w rejony heavy metalowe, ale to absolutnie nie przeszkadza w odbiorze płyty. Trzeba przyznać, płyty bardzo "ładnej", jeśli wiecie, co chcę powiedzieć. Wyobraźcie sobie brzmienie gitary Vanderhoofa, dodajcie Hammondy, syntezatorowe tła namolnie kojarzące się z Genesis, wspaniale grającą sekcję i głos Munroe. To jednak byłoby nic nie warte, gdyby nie bardzo ciekawe utwory, które znajdują się na tym LP. Mam bardzo poważne podejrzenie, że to jest wydawnictwo znacznie lepsze niż wydany w 2008 LP The Lost Art Of Time Travel. Bo musicie wiedzieć, że to nie jest żaden tam debiut, a trzeci już długograj nowej ekipy gitarzysty Metalowego Kościoła. Pierwszy wypiek Presto Ballet ukazał się w roku 2005, a więc tuż przed magicznym A Light In The Dark. Debiut okazał się być udany, czego wyrazem były bardzo przychylne i entuzjastyczne opinie krytyków. Ta płyta podobała mi się tak bardzo, że od razu łyknąłem przywoływaną tu płytę Metal Church. Dlaczego? Bo to nic innego jak heavy/thrashowe Presto Ballet, tyle, że z innym wokalistą. No, ale do rzeczy. Czymże jest zawartość tych trzech płyt? Przede wszystkim to, co znajduje się na Invisible Places, jest solidną dawką klasycznego rocka, zawierajacą ogromną paletę barw, rożnorakich nastrojów i bardzo ciekawych klimatów. Wymieszano to z tym, co proponują młode, prog metalowe zespoły, by wymienić tu tylko Bułgarów z Pantommind. Zaciekawia przestrzeń, w jakiej to wszystko umieszczono. Nie ma tu ciasnoty i duchoty, bezruchu. Tu sytuacja w zasadzie cały czas sie zmienia i to jest ogromnym urokiem tego wydawnictwa. Może rozpoczynający krążek Between The Lines nie przemawia do mnie tak bardzo, ale te klimaty a'la Genesis muszą się podobać. Jest tu też coś dotąd zarezerwowanego dla panów z Dream Theater i zastanawiam się, co stałoby się z tym kawałkiem, gdyby to właśnie oni się nim zajęli. Nie bijcie mnie zbyt mocno za to, że słyszę tu także co nieco z klimatów znanych z multiplatynowego Brave New World. Myślę też, że tu mogłoby być nieco ciężej. Początek The Puzzle jeszcze też do mnie nie przemawia, ale po chwili zaczyna robić się ciekawie. Fajnie wymieszano tu syntezatory przypominajace grę Tony Banksa, z pastelowymi tłami Pink Floyd, popisami na pianinie, jakie mogłyby spokojnie znaleźć się na prog metalowych krążkach, z niezbyt ciężkimi gitarami Kurdta i wspaniale śpiewającym Munroe. Znaleziono także pomysł na fajnie poprowadzoną melodię i wpadający w ucho refren. Wsłuchajcie się w grę sekcji. To, co oni robią, zasługuje na szacunek. I jeśli kręciłem nosem na początek albumu, to w tym momencie nie mam się do czego przyczepić. No i te wszechobecne tu Genesis. Tak grać też trzeba umieć. Zespół ani myślał tu zrzynać od swych starszych kolegów po fachu, to raczej jest bezpośrednia inspiracja, taka z uśmiechem i puszczeniem oczka do słuchacza. Sundancer to już jest coś cięższego. Interesujace floydowskie tła i fajne gitary. Po chwili wszystko się uspokaja, do momentu gdy Ronny wchodzi z refrenem. Przyznam, że to w jaki sposób poradzono sobie z zaciekawieniem i wciągnieciem słuchacza, zadziałało bez pudła. Co stałoby się, gdyby tu w refrenie zaśpiewał sam David Gilmour, gdyby pozwolono mu rozwiązać to na jego modłę, nie wiem. Ale aż się prosi o jego udział. No i te zwolnienie w stylu słynnego Sheep. Potem znów jest ładnie i bardzo prog rockowo. I ten niesamowity Munroe. No, wspaniale wpasował się tu w klimat. Koniecznie posłuchajcie tego utworu i zamknijcie oczy, dajcie mu się porwać, szczególnie końcówce. Panowie chyba pozazdrościli ekspresji prog metalowym zespołom, bo w Of Grand Design stanęli na wysokości zadania. Mnogości pomysłów naprawdę można by pozazdrościć. No i nię mogę przestać podziwiać Munroe. Facet po prostu śpiewa wspaniale. I jeszcze jedna ważna rzecz: proszę nie oczekiwać od Vanderhoofa gitarowych fajerwerków. Gra on bardzo prosto, bez mega-efektownych solówek i ekwilibrystycznych popisów. Jeśli pojawiają się solówk,i to zwykle są one niezbyt rozbudowane i nieco umieszczone w tle. Jest to jeden z najdłuższych utworów na tym LP i trwa nieco ponad 12 minut. Nie zainteresował mnie wstęp do One Perfect Moment, ale im dalej w las tym robi się ciekawiej. Zaprawione to wszystko po raz kolejny już efektownym refrenem. Gdzieś już słyszałem podobną melodię i gitary, tylko gdzie? Nie wiem, ale brzmi to po prostu super. No i znów ten niesamowicie śpiewający Munroe. I czy tylko ja w All In All słyszę echa Metal Church z roku 2006? Posłuchajcie tego kawałka uważnie. To zwolnienie jest tu po prostu cudowne. Zaciekawia także wymiana solówek między klawiszowcem i gitarzystą. Fajnie wypadłby tu duet z Bucem Dickinsonem. Wspaniale by się tu nadawał, on umie śpiewać takie kawałki. Po raz kolejny zwróćcie uwagę na refren. Wrażenie robią też syntezatory i floydowskie plamy tu i ówdzie. Bardzo powoli i akustycznie rozpoczyna się ostatnie, najdłuższe na tym LP nagranie zatytułowane No End To Begin. Trwa sporo ponad dwanaście minut i naprawdę dużo się w nim dzieje. Znów genialny refren, znów echa Metal Church, znów syntezatory jak spod palców Banksa i znów gromada pomysłów. Bardzo mi się podobają melodie, jakie Kurdt napisał do tego utworu i na całą płytę. Jakże fajnie wypadają na tle Ronny'ego, który śpiewa na tym wydawnictwie bardzo spokojnie, luźno, nie stara się napinać i prężyć muskułów. Trzeba przyznać, że jego głos doskonale pasuje do tego rodzaju muzyki. Bo Munroe wielkim wokalistą jest i basta. Swobodnie operuje w klimatach zarezerwowanych z jednej strony dla Gilmoura i Dickinsona z drugiej. Czasem przyciska mocniej, ale to nic, on doskonale wiedział, kiedy może sobie na to pozwolić. Zaśpiewał na tej płycie naprawdę znakomicie.

Bardzo, ale to bardzo przyjemna i lekka płyta. Zawiera w sobie najróżniejsze barwy spod znaku klasycznego rocka, jest melodyjna i łatwa w odbiorze mimo swojej zawartości. Absolutnie nie męczy i spokojnie można ją polecić każdemu, kto lubuje się w takowym, "starym" graniu. Jasne, można powiedzieć, że jest wtórna. Tyle, że kogo to obchodzi, skoro niewiele ekip tak gra? Myslę, że warto takiej muzyki sobie posłuchać, zwłaszcza, że album jest po prostu świetny. Pod względem produkcyjnym, mimo swojego "analogowego" klimatu także nie można się przyczepić. Wszystko ma tu swoje miejsce i nikt nie wpycha się przed szereg. Uważam, że to wydawnictwo znajdzie się w ścisłej czołówce podsumowań za rok 2011. Gorąco zachęcam do zapoznania się, nikt nie powinien być rozczarowany. Ten LP jest dokładnie taki, jak jego okładka. Wyciągnijcie się wygodnie, wciśnijcie "Play" i dajcie się zaczarować. Ocena maksymalna.

Oficjalna strona zespołu: www.prestoballet.com

Vincent
marzec 2011