|
Skład: Bret Michaels - śpiew; C.C. DeVille - gitary; Rikki Rockett - perkusja; Bobby Dall - gitara basowa
Produkcja: Ric Browde
Kto by pomyślał, że płyta, której produkcja kosztowała zaledwie 23 tysiące dolarów, sprzeda się w ponad 3 milionowym nakładzie? (muzycy żartowali, że większość tej sumy poszła na opłatę pracy stylistów i fryzjerów). Poison niezależnie od tego, czy się ich lubi, czy nienawidzi, byli wielcy i mieli kiedyś swoje 5 minut. Wpływ, jaki odcisnęli na muzycznym świecie i na amerykańskiej kulturze, jest niepodważalny. Piosenki Poison aż po dziś dzień można spotkać w filmach, jak i w reklamach. I nie mam na myśli tylko produkcji z lat '80, ale również te, które dopiero niedawno pojawiły się w kinach i na małym ekranie. Wielu ludziom w okolicach czterdziestki lata '80 jednoznacznie kojarzą się z tą kapelą i na pytanie, czy słuchali w młodości metalu odpowiadają, że tak, wymieniając jako przykład właśnie Poison.
Look What The Cat Dragged In to krążek, który przyniósł ekipie sławę. Nie było to dzieło światowego formatu, ale Poison idealnie trafili w aktualne wtedy gusta publiczności i świetnie się sprzedali. I co z tego, że na płycie było kilka wypełniaczy i że była ona bardzo krótka, jeżeli firmowało ją kilka intensywnie promowanych hitów? I co z tego, że nazwa kapeli sugerowała coś mocnego, gdy w rzeczywistości chłopaki grali dość lekko? Czasami, gdy pojawia się temat Poison i gdy toczona jest dyskusja, czy chłopaki grali metal czy też nie, przychodzi mi na myśl odrobinę szydercze porównanie "prawie jak Venom". Muzyka, którą wówczas prezentował zespół, to zgodnie ze słowami Rikkiego Rocketta "mieszanka aerosmithowego rock&rolla i kissowych inspiracji". Jeżeli chodzi o image, Poison stali się wówczas jedną z ikon popkultury. Panowie intesywnie się malowali, wyglądali bardziej kobieco, niż przewidywała to norma (wystarczy popatrzeć na okładkę, żeby zobaczyć o co chodzi) i jak stwierdziła moja dziewczyna "w skład Poison wchodziły trochę zbyt bardzo umięśnione kobiety". Podobno w okolicach 1990 roku, kiedy Bret Michaels spotykał się z Pamelą Anderson, po Ameryce krążył dowcip, że niewiadomo, które z nich lepiej wygląda. Duża ilość różu potęgowała wrażenie i na wielu fanów mocniejszych uderzeń działała jak płachta na byka. Albo się to lubi, albo nie. Nie będę przytaczał przezwisk, jakich dorobiła się kapela, ważne że małolaty szalały i uwielbiały poisonową muzykę. Płytę zaczyna dobry numer w postaci Cry Tough. Ameryka była ukierunkowana wówczas na przebojowe, dość delikatne granie. Dawniej nazywano to metalem, zgodnie z dzisiejszymi standardami byłby to lekki, melodyjny rock. Bardzo dobrze się tego słucha, kompozycję uatrakcyjniają niezłe chórki i fajne aranżacje. Nie wiedzieć dlaczego, numer nie odniósł sukcesu w chartlistach. Niewątpliwym hitem jest tytułowe Look What The Cat Dragged In. Brzmi dość ciężko jak na Poison i słychać w nim motleyowe inspiracje (kolejnym, mniej oczywistym przykładem na fascynację Motleyami może być okładka płyty, imitująca Shout At The Devil). Przez cały utwór przewijąją się typowe dla zespołu chórki i dodam, że robota gitarzysty - C.C. DeVille'a stoi na wysokim poziomie. C.C. DeVille to zresztą ciekawa postać. Muzyk przed dołączeniem do zespołu działał w porno biznesie, a dokładniej rzecz biorąc był producentem filmów przyrodniczo-przygodowych. Co ciekawe, starając się o angaż w zespole, pokonał on aplikującego w tym czasie Slasha. Czy ktoś dzisiaj wyobrażałby sobie wioślarza Guns N' Roses występującego w Poison? A tak przecież mogło być. Kolejnym z hitów, które napotykamy na Look What The Cat Dragged In jest Talk Dirty To Me. Numer jest taki, jaki być powinien, to znaczy przebojowy, rześki i łatwo wpadający w ucho. Można się dobrze przy nim bawić, według mnie najmocniejszy kawałek na płycie. Wielu może to zaskoczyć, ale utwór został kiedyś zcoverowany przez ... Children Of Bodom oraz, i to już jest mniej zaskakujące, pojawił się jako jeden z hitów w trzeciej części gry "Guitar Hero: Legends Of Rock". Wracajac do tematu, jeżeli ktoś lubi takie granie, to mniej lub bardziej, ale spodoba mu się również reszta płyty. Zwróciłbym jeszcze uwagę na klimatyczne I Won't Forget You. Nienajgorsza balladka, trochę banalna i przesłodzona, ale w swoim czasie niejedna kobieta straciła pewnie przy niej dziewictwo. Z rockerów przypadło mi jeszcze do gustu Want Some Need Some, choć sam właściwie nie wiem dlaczego. Przestrzegałbym jeszcze przed Let Me Go To The Show, które zbyt wyraźnie akcentuje to, że Poison grają muzykę przenaczoną dla dwunastolatków. Inne kawałki, choć nienajgorsze, przypominają odgrzewane kotlety. Poison grają właściwie cały czas to samo. Czasami przydałoby się trochę więcej różnorodności. Z drugiej jednak strony krążek trwa tylko trochę ponad 30 minut i raczej nie ma szans, aby materiał na nim zawarty zaczął nużyć. Dla fanów zespołu, ilość muzyki na płycie będzie zbyt mała. Krążek należy zdecydowanie do kategorii płyt przeznaczonych na imprezy. Bawić się przy nim będą nawet osoby, które zazwyczaj nie słuchają takiego grania.
Moim zdaniem płyta jest całkiem dobra, gdyż eksponuje ona pozytywne cechy zespołu. Pomijając image, takie Poison można polubić. O zespole trzeba jednak dzisiaj mówić w kategoriach rocka, a nie heavy metalu, jak to gdzieniegdzie można usłyszeć. Płytę polecałbym zatem tym, którym lżejsze brzmienia są bliższe sercu. Osoby, które wolą bardziej siarczyste gitary i które nie lubią pudrowanej muzyki raczej nie będą zachwycone. Takie "pitu-pitu" może wywołać u nich odruch wymiotny i żeby nie było, że nie ostrzegałem.
Oficjalna strona zespołu: www.poisonweb.com
Guciomir czerwiec 2008
|