|
Skład: Ted Poley - śpiew; David Tsien - gitary; John Hummel - perkusja; Ed Avila - gitara basowa; Charlie Calv - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Charlie Calv
Piszę tę recenzję niejako ku przestrodze. Zwiedziony na manowce obiegową opinią jakoby opisywany krążek miał być AORowym dziełem oraz tym, że firmuje go nazwisko znanego z Danger Danger Teda Poleya byłem przygotowany na coś zupełnie innego. I nie chodzi mi o to, że płyta jest aż tak bardzo zła (bo tak nie jest) tylko, że to, co otrzymujemy, różni się znacznie od tego, co sugerowałyby reklamujące ją nazwiska.
Producent płyty i jednocześnie klawiszowiec Charlie Calv znany jest przede wszystkim z występów w dość znanym Shotgun Symphony. Grupie tej zdarzało się już w przeszłości poszukiwać własnej tożsamości, lecz ich ostatnie wydawnictwo zatytułowane Sea Of Desire sugerowało, że panowie postanowili na dobre wrócić do swoich korzeni. Pleasure Dome tego nie potwierdza i wbrew temu, że dwóch jego członków wywodzi się właśnie z Shotgun Symphony nie widzę wielu cech wspólnych dla tych zespołów (chwilami przychodzi mi na myśl materiał z On The Line Of Fire i jest to jedyne sensowne porównanie łączące obie te grupy). Muzycy sprawiają wrażenie ludzi, którzy wciąż mają kłopoty z odnalezieniem dla siebie odpowiedniej stylistyki i w związku z tym For Your Personal Amusement jest płytą bardzo zróżnicowaną. Ciężko ją też jednoznacznie zaszufladkować. Może to i dobrze? Podsumowując nie jest to krążek dla fanów Shotgun Symphony, ani Danger Danger, ani też dla fanów ostatniego solowego Poleya. Wystarczy posłuchać otwierającego wydawnictwo Trapped, żeby przekonać się, że Ted chciał się sprawdzić w nowym repertuarze. Oklepane One And Only zdaje się być jedynym kawałkiem, który przeznaczony jest w 100% dla fanów typowego melodyjnego grania. Ted i spółka grają tutaj kosmicznie, łącząc w sobie melodyjność z przebojowością i osiągając zarazem efekt, o jakim marzyłem sięgając po raz pierwszy za ten krążek. Ciekawe, że numer ten powstał już w 2004 roku (podobnie jak i Always Tommororow) i szkoda, że rozwój grupy nie poszedł dalej w tym kierunku. The Aura That Surrounds You to powrót do mniej oszałamiającego grania zahaczającego momentami o psychodelię. No, może trochę przesadziłem, ale wydaje mi się, że na trzeźwo ciężko jest zrozumieć tę wydobywającą się z głośników muzykę. Praying For Miracle potrafi ukoić do snu, takie ballady mogłyby służyć moim zdaniem za śpiewane dzieciom kołysanki. Gdyby nie głośniej zagrany refren to byłoby to raczej stwierdzenie bezdyskusyjne. Zagrane w średnim tempie Always A Miracle może się podobać ze względu na kontrastującą mocniejszą grę gitar. Bardzo dobrze dobrano tutaj ich brzmienie (grupa naśladuje takich gigantów jak chociażby Lionsheart), dzięki czemu kawałek pozytywnie się wyróżnia. Szkoda, że refreny odstają swoim poziomem, muzycy mogli się bardziej postarać i dostatecznie dopieścić ten element. Z podobnym brzmieniem mamy do czynienia w Love Is Game, ale tym razem o dziwo się to nie sprawdza. Nieudanie wypada tutaj również pojawiający się w połowie numeru kobiecy wokal, który w założeniach miał zapewne być wizytówką kawałka. Kwestia gustu, według mnie brzmi to bardzo sztucznie. Podoba mi się klawiszowe Seems Like A Dream. Jego delikatność kontrastuje z ostrością otaczającego go materiału i trzeba przyznać, że był to strzał w dziesiątkę. Przechodząc do I Won't Cry uświadamiamy sobie, że Seems Like A Dream było intrem do tego kawałka. W numerze ponownie pojawia się śpiewająca pani , ale z lepszym niż poprzednio skutkiem. Nie oznacza to bynajmniej, abym był usatysfakcjonowany. Rozczarowanie po prostu jest mniejsze. Progresywne Return To Zero charakteryzuje się dobrą pracą basu, ale niestety nie zachwyca. Przede wszystkim ciężko określić o co tak na prawdę chodziło grupie. Jeśli ktoś jednak lubuje się w takich brzmieniach, to być może inaczej oceni ten utwór. Na końcu wydawnictwa znalazło się (Who Will) Save the World, ale nie przyciągnęło w żaden sposób mojej uwagi. Wspomnę jeszcze o ciekawym patencie polegającym na tym, że płytę okala jeden przecięty na pół instrumentalny utwór i że tym samem intro oraz outro bezpośrednio się ze sobą łączą. Rozpoczynając recenzowanie tego albumu pragnąłem poświęcić cały akapit na skomentowanie okładki, która reklamuje For Your Personal Amusement, ale zrezygnuję z tego pomysłu i ograniczę się do jednego, krótkiego zdania: grafika ta jest po prostu paskudna.
Wyrok, który musi zapaść w sprawie oceny krążka, nie jest oczywisty. Po przemyśleniu sprawy uważam, że płyta nie jest godna polecenia. Wiem, że wypowiadam się tu jako zdeklarowany fan Danger Danger oraz innych wcześniejszych wydawnictw firmowanych przez nazwisko Poleya i że jeżeli miałbym się wyzbyć swoich oczekiwań, to pewnie spojrzałbym na krążek trochę przychylniejszych okiem. Jest na nim przecież kilka ciekawszych kompozycji. Z drugiej jednak strony, patrząc już na płytę bez zbędnych uprzedzeń, uważam że mogła zostać zrobiona lepiej. Tych "ciekawszych kompozycji", o których wspominałem jest najzwyczajniej w świecie zbyt mało.
Oficjalna strona zespołu: www.pleasure-dome.biz
Guciomir wrzesień 2008
|