Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

PLACE VENDOME - Streets Of Fire [2009]
Wydawca: Frontiers Records / Phantom Sound & Vision

  1. Streets OF Fire
  2. My Guardian Angel
  3. Completely Breathless
  4. Follow Me
  5. Set Me Free
  6. Beliver
  7. Valerie (The Truth Is In Your Eyes)
  8. A Scene In Reply
  9. Changes
  10. Surrender Your Soul
  11. Dancer
  12. I'd Die For You
  13. My Guardian Angel (bonus videoclip)
Streets Of Fire

Skład: Michael Kiske - śpiew; Gunther Werno - instrumenty klawiszowe; Kosta Zafiriou - perkusja; Dennis Ward - gitara basowa, gitary; Uwe Reitenauer - gitary

Produkcja: Dennis Ward

Po świetnym debiucie długo przyszło nam czekać na drugi album Place Vendome, bo prawie 3 i pół roku. W międzyczasie panowie Ward, Zafiriou i Reitenauer zdążyli wydać płytę ze swoją macierzystą grupą Pink Cream 69, a i dyskografia Michaela Kiske powiększyła się od dwa wydawnictwa, w tym jedno stanowiące świeże spojrzenie na dorobek formacji Helloween, w której Michael zdobył sławę i zaprezentował się jako rasowy heavy metalowy frontman. Jak wspomniałem przy okazji opisu poprzedniej płyty Place Vendome, niewiele zostało już z tamtego Michaela. Przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę krążki, jakie teraz nagrywa. Z drugiej zaś strony, wokalnie to dalej ten sam czysty, mocny i przenikliwy głos, jakże łatwo rozpoznawalny nawet w tak wygładzonym graniu.

Place Vendome to od początku był projekt stricte nastawiony na melodyjne, rockowe granie, zwane w pewnych kręgach AORem, co jednych odpychało, drugich przyciągało jak magnes. Druga płyta niemieckiego kwintetu nie jest żadnym odstępstwem od tego gatunku i też żadnym zaskoczeniem być nie może. Jesli natomiast mowa o samych utworach, to można zastanawiać się, skąd panowie czerpali tyle pomysłów na kompozycje? (inna sprawa, że do komponowania tych kawałków zaangażowano także muzyków spoza zespołu). Delikatnym klawiszowym wstępem album otwiera kompozycja tytułowa. Oczywiście mamy też do czynienia z ostrzejszymi wejściami gitar, które brzmią bardzo technicznie i czysto. O melodyjność niech nikt mnie nawet nie pyta, bo to zespół postawił sobie za punkt honoru. W tym też kawałku nie ma jeszcze takiego totalnego AORu, ale wiadomo, że słuchając krążka Place Vendome na łagodniejsze kompozycje też trafimy. Do drugiego na płycie My Guardian Angel zrobiono promocyjne video, a sam utwór jest łagodniejszy niż poprzednik, czyli zgodnie z oczekiwaniami. Oczywiście wciąż mamy do czynienia z muzyką rockową, a ten numer jest kwintesencją melodyjności, ale nie banału, chociaż znajdą się i tacy, co powiedzą, że zbyt dużo tu delikatnych klawiszy. No cóż, jak AOR to AOR. Ja bardzo lubię ten kawałek, ale prawie każdy numer na albumie zasługuje na komplement. Completely Breathless wydaje się jeszcze bardziej subtelne i wyczuwam tu pewne podobieństwo do kawałków z solowego albumu Michaela zatytułowanego po prostu Kiske i wydanego w 2006 roku. Też coś takiego tutaj pasuje. Za to słuchając Follow Me ciężko usiedzieć w miejscu. Utwór ma w sobie więcej witalności niż 95% utworów nagranych w tej dekadzie. To samo tyczy się numeru Believer. Tym razem dynamiczniej, jak w ścieżce Place Vendome z debiutu. Obie kompozycje powalają na kolana i nawet ludzie wrogo nastawieni do AORu powinni docenić prezycję i kunszt wykonawczy, a nader wszystko pomysł na refreny. Bo nie jest tutaj nic przekombinowane, a kawałki zapadają głęboko w pamięć i nie szybko przestaje się je nucić. Co w tym złego? Niech mi ktoś znajdzie tyle potencjalnych kandydatów na przeboje na jakiejś płycie pop. A tutaj bez popadania w nowoczesne sztuczki aranżacyjne, czy też w jakiś niezdrowy patos, wesołe rockowe granie przepełnione pasją. Duża w tym zasługa wokalisty, który po raz kolejny udawadnia, że głos ma wielki i potrafi śpiewać w wysokich rejestrach nie tracąc całej pary. Niestety pomiędzy dwoma wspaniałymi utwórami wciśnieto cover grupy Casting Crowns Set Me Free i jak dla mnie nie jest to szczególnie dobry pomysł, zwłaszcza że brzmi to jakby z zespołu uszło nagle powietrze. Może uśpić, aczkolwiek wspomniany Believer wyrwie nas natychmiast z letargu. Raczej typowy AOR prezentuje siódmy na płycie Valerie. Podobne pomysły miewała w latach '80 grupa Yes chcąca wówczas zabłysnąć na listach przebojów. Jak dla mnie zabieg taki pasuje do stylu Place Vendome i utwórek sprawdza się w tym zestawie znakomicie. A Scene In Reply... Świetny tytuł, a kompozycja? Powiem Wam, że jeszcze lepsza. Zaczyna się spokojniutko, ale wiadomo po strukturze tego kawałka, że szykuje się mega przebojowy refren. I tak jest w istocie. Co więcej mogę napisać? Że go zapamiętacie na długo? To zbyt banalne stwierdzenie. Ileż w tej muzyce melodii i doskonałych pomysłów na budowanie nastroju. Niejeden zespół w latach '80 chciałby mieć takie kawałki. Tymczasem 20 lat później dojrzali rockmani zabierają nas w sentymentalną podróż w tamte czasy. Wspomniałem o grupie Yes, bo mieli w 1983 roku utwór pod tytułem Changes. Nie jest to jednak cover tamtego, zresztą świetnego kawałka. Jest to po prostu kolejny przebojowy utwór Place Vendome. Oczywiście ktoś zarzuci zespołowi schemtayczne podejście do kompozycji, ale przez to, że za wiele tu nie kombinowano, udało się nagrać prawie same dobre utwory. Surrender Your Soul wprowadza trochę rytmicznego ożywienia, aczkolwiek akompaniament łagodzą tutaj klawisze. Sama zwrotka może nie jest specjalnie interesująca, ale ten refren to już tradycyjnie wysokie loty. Za to w Dancer więcej ostrej gitary i więcej hard rocka. Kto wie, czy dla fanów melodyjnego hard rocka nie będzie to najlepszy fragment płyty. Mnie ten utwór kojarzy się z dokonaniami grupy Phenomena, no i tym samym jest fenomenalny;). Solówka też niczego sobie. Na sam koniec I'd Die For You, bardzo spokojny kawałek z repertuaru grupy Soleil Moon. Nie zabrakło w nim świetnej technicznej solówki, ale i klimatycznie ta kompozycja nadaje się na tę płytę. No i to by było na tyle, mili państwo. Wystarczy? Mnie wystarczyło. 12 utworów, 53 minuty konkretnej muzyki bez pompy, bez celebracji wielkiego dzieła, w końcu bez pretensjonalności.

Ot, kilku znanych muzyków postanowiło pograć sobie rocka, a robią to z takim wigorem i z takim polotem, że czapki z głow. Jeszcze jedna ważna uwaga, otóż Streets Of Fire to krążek doskonale wyprodukowany i nagrany, więc możemy spokojnie cieszyć się muzyką nie zastanawiając się nad tym, że coś brzmi nie tak jak trzeba. Tutaj wszystko jest dopracowane do ostatniej nutki. Dla fanów AORu ten album to absolutnie rzecz musowa, gdyż podejrzewam, że długo nie pojawi się nic w tym gatunku tego kalibru (no chyba, że Place Vendome zdecydują się szybko na następcę Streets Of Fire ;)), ale fanom hard rocka też to wydawnictwo bardzo polecam. Skoro spodobał on się mnie, mimo że za AORem nie przepadam, to i spodoba się Wam... przynajmniej mam taką nadzieję.

Oficjalna strona Michaela Kiske: www.michael-kiske.de

LSDisease
luty 2009