|
Skład: Philip Bardowell - śpiew; Scott McKinstry - dodatkowe partie gitar; Bruce Turgon - gitary, gitara basowa, instrumenty klawiszowe, programowanie
Produkcja: Bruce Turgon
Choć Places Of Power może wydawać się nowym projektem, to jednak tworzą go znane nazwiska w hard rockowym i AORowym świecie. Wokalista i kompozytor Philip Bardowell najbardziej znany jest ze współpracy z Peterem Crissem w jego grupie Criss, gdzie poza użyczaniem głosu obsługiwał tez gitarę rytmiczną, próbował także kariery solowej. Bruce Turgon to z kolei gitarzysta, kompozytor i producent, ogólnie weteran mający na swym koncie udział w Foreigner, Warrior czy Shadow King, ponadto wspierający gitarą basową Steve'a Stevensa podczas jego trasy koncertowej promującej Atomic Playboys, jako współkompozytor pojawił się np. przy tworzeniu utworu My Way na płycie Crazy Nights KISS. Razem panowie postanowili wskrzesić klasycznego ducha Foreigner i Shadow King, demówki trafiły do szefa Frontiers Records, w efekcie czego wydany został krążek o tytule Now Is The Hour.
Za produkcję całości wprawdzie odpowiada sam Turgon, jednak zdecydowano się zatrudnić do miksów i masteringu Dennisa Warda, nadwornego producenta we Frontiers Records. Wypada to dośc standardowo, jak na produkcje z tej wytwórni, co nie znaczy, że źle, wręcz przeciwnie, jest to satysfakcjonujące. Pierwszy numer na krążku, In Your Wildest Dreams rozpoczyna się dość niepozornie, ale szybko dolewa się oliwy do ognia. Nie jest to wbrew pozorom jakiś ultraszybki utwór, jak by to mógł sugerować tytuł, tempo tylko nieco szybsze od średniego, za to mocny refren, z dość standardowymi w tego typu kompozycjach chórkami. Nic oryginalnego, ale mimo to jeden z moich faworytów. Nastepne w kolejności Make Me Believe jest wprawdzie strawne, ale już nie tak ciekawe jak poprzednik. Ogólne wrażenie bardzo psuje niezbyt udany wstęp z banalnymi zaśpiewkami, najlepiej wypadają zwrotki, bo refreny też jakoś nie porywają. Za to od razu trafił do mnie kolejny Desire Of Our Hearts, może to z powodu tych klawiszy pogrywających jak u Honeymoon Suite. Cały numer zresztą utrzymany jest w podobnym do tej grupy klimacie, włącznie z solówką, jedynym czynnikiem odróżniającym go od twórczości Kanadyjczyków jest barwa głosu wokalisty. Jak przystało na AOR, tempo średnie i raczej bez aspiracji do galopad. One Day naprzemiennie serwuje nam szybsze i wolniejsze momenty, w tych szybszych zbliża sie do stylistyki pamiętnego Aviatora, jednego z klasyków gatunku. Wolniejsze utrzymują się gdzieś w okolicach kompozycji Desmonda Childa, jakie pisał np. dla Bonnie Tyler. Zabieg takiego łączenia jest średnio udany, numer jednak się broni, głównie refrenem. Od poprzedników stylistycznie nie odbiega I Live For You, aczkolwiek jest wyraźnie wolniejsze i pełni tutaj rolę ballady, co słyszalne jest też w budowie linii wokalnych. Pomijając ilustracyjne klawisze, w mój gust trafiają najbardziej gitarowe akordy, ten lekki przester w połączeniu z wysokimi przewrotami dodaje nieco drapieżności tej łagodnej przecież kompozycji. Secrets reprezentuje najłagodniejsze rejony AORu, przypomina mi wczesne Honeymoon Suite, spora w tym zresztą zasługa wokalisty, który w bardzo podobny sposób kładzie akcenty. Z drugiej strony na przykładzie takich utworów łatwo zilustrować słabość Adult Oriented Rocka jako gatunku - zbyt wiele w nim bliźniaczo brzmiących kompozycji. Jeśli jednak ktoś takie granie lubi, to, jak to się teraz modnie mówi, "łyknie wszystko jak młody pelikan". Niezaleznie od tego, warto posłuchać tej scieżki dla wspaniałego, "stadionowego" refrenu. Nie za bardzo podoba mi się The Passage, chociaż godne pochwały sa linie wokalne, w których jest dużo ekspresji. Szkoda, że nie popracowano nad lepszymi podkładami, z pewnością podniosłoby to walory piosenki. Kolejne w zestawie Always przywodzi mi na myśl kilka kawałków Heartland, przynajmniej w zwrotkach, bo refren jest dużo żwawszy. Do tego kawałka przekonałem się dopiero po kilku przesłuchaniach, wstępnie większego wrażenie na mnie nie zrobił. Hard To Love You to też kompozycja przyjazna stacjom radiowym i pewnie gdyby wyszła te 20 lat wcześniej, to często by w nich gościła. Taka mieszanka Heartland z Foreignerem, miła dla ucha, fani gatunku pewnie na jej punkcie oszaleją. Mnie to wprawdzie nadmiernie jakoś nie ekscytuje, ale podoba mi się, muzyka dobra by posłuchać dla relaksu. AORową balladą jest Light Of My World, tak więc tempo obowiązkowo wolne, instrumenty grają rozciągle. Interesująco zaaranżowano klawisze, gitary niby bez przesteru, ale ponieważ nie są to akustyki, to jednak ten dźwięk nie jest krystalicznie czysty. O dziwo, mnie, staremu rzeźnikowi ten numer się podoba. Pewnie słucha się go jeszcze lepiej, gdy nadciąga wieczór, a za oknem krople deszczu. Dla sympatyków grania z hard rockowym zacięciem kierowana jest kolejna pozycja - Path Of Least Resistance. Znów powracają skojarzenia z Aviatorem i szybszymi kawałkami Foreignera. Ścieżka bardzo melodyjna, dynamiczna, na pewno nada się na prywatki i tego typu imprezy. Raczej spokojne jest zamykające płytę Places Of Power, chociaż w drugiej połowie utworu poszlał nieco gitarzysta w solówce, także tempo refrenów jest jakby bardziej dynamiczne, no i nie trzymano się z dala od przesterowanych gitar. Całościowo kompozycja udana, im więcej razy jej słucham, tym bardziej mi się podoba.
Nie wiem, iloma porywającymi AORowymi wydawnictwami uraczy nas 2009 r., czegoś na miarę Marcello/Vestry czy H.e.a.t raczej się nie spodziewam, ale Places Of Power można spokojnie postawić obok ubiegłorocznych dokonań Silence i Alliance. Z pewnością rzecz godna polecenia fanom AORu, większość utworów jest tu dobra, a te słabsze też są całkiem strawne. Myślę, że miłośnicy stylistyki lat '80, poszukujący zapadających w ucho refrenów, też mogą po ten album sięgnąć.
Oficjalna strona Bruce'a Turgona: www.bruceturgon.com
Strona zespołu na MySpace: www.myspace.com/placesofpower
Guitarrizer marzec 2009
|