|
Skład: Mike DiMeo - śpiew; Stefan Lindholm - gitara; Rob Moriatti - śpiew; Ian Crichton - gitara; Ralph Scheepers - śpiew; Mat Sinner - gitara basowa; Tony Martin - śpiew; Robin Beck - śpiew; Mikael Erlandsson - śpiew; Chris Ousey - śpiew; Tommy Denander - gitara; Steve Overland - śpiew; Terry Brock - śpiew; Steve Newman - gitara, chórki; Martin Kronlund - gitara, gitara basowa; Jim Kirkpatrick - gitara; Imre Daun - perkusja; Dan Helgesen - instrumenty klawiszowe; Henrik Thomsen - gitara basowa
Produkcja: Tom Galley
Mimo iż płyty Phenomena zawsze były konceptem, to nieodmienne wzbudzały one zainteresowanie, choć krytyka nie zawsze należycie to doceniała. Projekt sterowany przez Toma Galleya, istniejący od roku 1983, skupiał największe gwiazdy rocka i metalu. W tym roku Phenomena pojawia się po raz czwarty z całą plejadą muzyków, co musiało przełożyć się na bardzo dobrą zawartość. Może jednak po kolei.
Płyta zatytułowana Blind Faith ukazała się 24 września i jest hołdem Galleya dla jego zmarłego brata, Mela Galleya. Jak się okazuje, jest to przepiękny hołd. Co więc tu mamy? Jeśli pozwolicie, nastąpi tradycyjna rozbiórka "utwór po utworze". Na pierwszy ogień Mike DiMeo w The Sky Is Falling. Czyli mówiąc krótko, pierwszy cios między oczy. Smutek, który pojawia się na całej płycie w kilkunastu miejscach, ciężar, majestat, ale i elegancja. Co najfajniejsze, ten numer to jest coś, w czym najlepiej czuje się dziadzio Hughes. DiMeo jako rasowy wokalista poradził sobie znakomicie. I ten refren. Po prostu magiczny. Wolny, klimatyczny wstęp, który rozpędza się do kulminacyjnego momentu, w którym Mike zrezygnowanym i zmęczonym głosem oznajmia, że to już koniec, możemy iść, bo niebo właśnie wywiesiło białą flagę... Kiedyś Galley wspominał, że chciałby mieć głos DiMeo na płycie Phenomena. Owo życzenie zostało spełnione. I jeszcze taka rzecz: zauważcie, że tak ponurego utworu na płytach tego projektu jeszcze nie było. Tom Moratti w Blind Faith to drugi cios miedzy oczy. Kiedy DiMeo oznajmił, że nieba już nie ma, Tomek natychmiast stwierdził, że to nic innego jak wina losu, który jak wiadomo, na ślepo wyrokuje. Wokalnie zniszczył, podoba mi się ten riff, przypominający nieco skądinąd znane Children Of The Grave, potem fajnie brzmiące dudy, a na koniec demolujący wokalista. Duże brawa. Natomiast miałem smaka patrząc na słuszny tytuł wałka Fighting, który wokalnie jest przypisany do Scheepersa. Pierwsze rozczarowanie. Sinner z Ralfem próbowali zrobić z tego numer Primal Fear. Niestety Mata chyba dawno nikt nie kopnął w dupę, jak mi się wydaje. Wpierdala się do wszystkiego, gdzie tylko się da. Skutek jest różny. Tu jest opłakany. Zabrakło trzonu dawnego Strachu Pierwotnego. Kto zna moje obecne zdanie na temat tego zespołu, wie, co mam na myśli. Nie to brzmienie, nie ta aranżacja, nie ten klimat i absolutny brak mocy. A przecież, kurde, Ralf umie śpiewać takie numery. Na krążku Solna doskonale dał radę.... Ech. Nie chodzi o to, że się czepiam. To jest znakomity numer, totalnie położony przez nie tylko Ralfa, ale i Sinnera właśnie. Odczuwam tu brak pary Tom Naumann / Stefan Leibing. Ci dwaj wioślarze potrafili pociągnąć numer we właściwą stronę. Co się stało z PF, gdy ich zabrakło? No właśnie... Ale zaraz potem mamy Liar w wykonaniu Tomka Martina. Niebo upadło. Zrządzenie ślepego losu? A może po prostu ktoś tu kłamie? I tu się na chwil kilka zatrzymamy. Są głosy, że to nie wyszło jak należy. Czytając niektóre komentarze krztusiłem się kawą. Bo kto tak sądzi? Zatwardziali metalheads? Ci mogą spokojnie iść do domu, ta płyta nie jest dla nich. Nic tu dla nich nie ma. Black Sabbath? Oczywiście! Wyszło jak należy, na pewno lepiej niż podjazdy pewnej włoskiej ekipy. Martin w swoim żywiole, udowadniający, że nadal potrafi śpiewać. Zabrakło tylko Iommiego, reszta spokojnie mogłaby zostać bez zmian. Wstęp niczym z płyt Headless Cross czy też Tyr. Jeśli chodzi o gitary, to tu mamy coś w stylu współczesnego heavy power. Czyli nieco bardziej to doładowane jest i rozpędzone, choć za sprawą doskonale grającej sekcji, która brzmi jak para Powell (Rondinelli)/Murray (Butler) i śpiewającego Martina ciągle w duchu mojego ulubionego okresu BS... Do tego fajne akustyczne zwolnienie i Martin niczym "live" każący śpiewać chórkom... Świetny, koncertowy killer. I jeszcze jedno. Nie spodziewajcie się idealnej kopii Black Sabbath ery Martina. Nie ma grzmotu, bo nie ma TEGO klimatu i brzmienia Iommiego. Nie ma tej mrocznej, okultystyczno-satanicznej otoczki z Headless Cross i mitologicznych opowieści z Tyr. Co nie zmienia faktu, że Martin wielkim wokalistą jest i basta. Na solowym wypieku Tomka (Scream), którym sie tak zachwycałem, onegdaj też tego nie było. Czy tam była ta otoczka? Nie! A czy to skreślało tę płytę? Też nie. W tym konkretnym przypadku "Kłamcy" miał wyjść hit - i wyszedł. Dziękuję Martinowi za wspięcie się na sabbathowe wyżyny, za kolejnego killera, w którym nie dał plamy i po prostu zrobił to, czego od niego oczekiwano. A że przy okazji zniszczył? W formie zawsze demoluje. To aksjomat. Na koniec zastanawiam się, czy nie jest to utwór z nie wydanej, kolejnej solowej płyty tego wokalisty, której premiera miała być w roku 2009, zatytułowanej Book Of Shadows. Dlaczego tak to drążę? Bo producentem krążka był właśnie Galley... Dalej mamy zaskoczenie, bo śpiewa Robin Beck. Ale kto zna pozostałe krążki Phenomena, ten wie, że Tom Galley zawsze serwował niespodzianki na swoich płytach. Tak jest i tym razem. I Was Gonna Tell You Tonight to jest coś w stylu lat '80. Takich utworów w tamtej epoce było pełno. Czy ta odświeżona formuła kłuje tu w oczy? Moim zdaniem absolutnie nie. Bo najprostsze rzeczy są najbardziej efektowne. Do tej pory jest jeszcze radośnie. Później wchodzi Erlandsson ze swoim Angels Don't Cry. Elegancja, majestat i znów te oznaki smutku. Odszedł ktoś i anioły ukrywają łzy. No zniszczył, zaśpiewał z wielkim zaangażowaniem, ale bez napinki i zupełnie na luzie. Tak jakby zupełnie mu nie zależało... Zauważcie, jak koresponduje z If You Love Her, zaśpiewanym przez Chrisa Ouseya. No ten refren... Klimat, mający ujście w niezwykle emocjonalnym refrenie: "If you love her, love and tell her..." Wokalnie rozegrane po mistrzowsku, nawet mój ulubiony Martin musi, po prostu musi pochylić czoło i ustąpić pola. Kapitalne. Jeden z najlepszych i najpiękniejszych refrenów na tej płycie. Może się wygłupię, ale niewielu jest raczej wokalistów, którzy potrafią z takim uczuciem zaśpiewać tekst o miłości. Mam wrażenie, jakby siedział przede mną i po prostu mówił mi rzeczy oczywiste w taki sposób, którego nie da się nie zrozumieć. Kto myśli inaczej, jest uboższy. Podobać się musi także House Of Love śpiewany przez Roba Morattiego. Niektórzy twierdzą, że ten utwór jest najbardziej kontrowersyjny na tej płycie. Ja pytam: ależ dlaczego? Przecież to taki romantyczny i lekko smutnawy, tęskny, może nawet słitaśny utwór i znów te echa lat '80.... Zaryzykuję stwierdzenie "ballada pościelowa"... Następnie mordercze wejście w Don’t Ever Give Your Heart Away zalicza Steve Overland. Mam tylko taką dygresję: zastanawiam się, co by było, gdyby to zaśpiewał Hughes? Myślę, że byłoby bardziej bująjąco i soulowo, ale bez wątpienia Glenn w formie by tu zniszczył. Ale te jego piski i skrzeki pasowałyby tu bez wątpienia. Terry Brock w kończącym płytę One More Chance buja jak należy. Czy nie mogło być jednak dużo lepiej? Tu mam skojarzenia z Gotthard i z czymś jeszcze. Te riffy brzmią tak bardzo znajomo. W tej chwili nie jestem w stanie sobie skojarzyć nazwy zespołu. Tu nadałby się też inny wokalista. Wydawałoby się, że na koniec szef zamieszania zaskoczy jakimś wzniosłym refrenem z chórami i czymś jeszcze. A tu zonk. No ale nic. Czas na podsumowanie.
Biorąc pod uwagę cały dorobek projektu Phenomena, uparcie twierdzić będę, że to najlepszy wypiek i bodaj najlepsza płyta w rejonach hard rockowo/metalowych, która ukazała się w tym roku. Ba, mało tego: myślę, że to najlepsza płyta Phenomena w ogóle. Piękny jak zawsze soundtrack do nieistniejącego filmu, koncept 10 utworów spięty klamrą czterech z nich: The Sky Is Falling, Liar, If You Love Her oraz Don’t Ever Give Your Heart Away. Oczywiście nie uważam, że pozostałe utwory są gorsze, nic z tych rzeczy, no oprócz tej nieszczęsnej wpadki Scheepersa i jego żony - Sinnera. Z rozbiegu dam 9/10 i to raczej zachowawczo. Kontrowersyjnie powiem tak: Voices of Rock Part III. Zajmie zaszczytne miejsce na regale obok pozostałych płyt tego fenomenalnego projektu. Gorąco polecam. Nikt nie będzie zawiedziony.
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/tomgalleysphenomena
Vincent wrzesień 2010
|