|
Skład: Kane Roberts - śpiew, gitara prowadząca; John McCurry - gitara; Victor Ruzzo - perkusja; Steve Steele - gitara basowa
Paul Stanley - śpiew, chórki, gitara rytmiczna, gitara akustyczna, E-Bow, wszystkie gitary w [7]; Bob Kulick - gitara prowadząca, gitara akustyczna; Steve Buslowe - gitara basowa w [1, 2, 3, 4, 5]; Richie Fontana - perkusja w [1, 2, 3, 4]; Eric Nelson - gitara basowa w [6, 7, 8, 9]; Craig Krampf - perkusja w [6, 7, 8, 9]; Carmine Appice - perkusja w [5]; Peppy Castro - chórki w [3, 7]; Diana Grasselli - chórki w [2]; Doug (Gling) Katsaros - pianino w [7], Omni string ensemble w [7], chórki w [7]; Steve Lacey - gitara elektyrczna w [8]; Miriam Naomi Valle - chórki w [2]; Maria Vidal - chórki w [2]
Produkcja: Paul Stanley i Jeff Glixman
Schyłek lat 70. - rock 1977, 1978 - był dla KISS wyjątkowo łaskawy; wyprzedane hale i stadiony, czwarta w ciągu czterech lat platyna wraz z wydaniem Alive II, wciąż rosnąca popularność... Nie było jeszcze mowy o flirtach z disco i potknięciach pokroju popowego Unmasked czy niezbyt trafionego Music From The Elder, które na początku następnej dekady miały znacząco podkopać pozycję grupy na rynku muzycznym. Jednocześnie zaczęto mówić o narastającym napięciu w obozie KISSów, o kłótniach za kulisami. Czy może być lepszy moment na ukłon w stronę świetnie przemyślanego i komercyjnego chwytu, jakim byłoby wydanie przez któregoś z członków zespołu solowego albumu? Z jednej strony - widomy znak "odcinania się" od kolegów z grupy, z drugiej - krok mogący być odczytanym jako próba załagodzenia konfliktów i uratowania przyszłości składu. A jednak w 1978 roku KISS znów zaskoczyło wszystkich, udowadniając, że muzyczna megalomania i rozmach to ich podstawowe założenia. Album solowy?
18 września 1978 na rynku amerykańskim ukazują się naraz cztery płyty sygnowane wspólnym szyldem KISS, będące jednak w istocie odrębnymi dziełami solowymi każdego z KISSów; łączyły je dedykacja z tyłu okładki i ujednolicona szata graficzna, dzieliła muzyczna zawartość i charakter każdego z wydawnictw. Peter Criss nagrywa więc album balladowy, utrzymany w klimacie R&B; Gene Simmons - zróżnicowany muzycznie, pełen niespodzianek (jak choćby cover When You Wish Upon A Star z filmu "Pinokio"), Ace Frehley trzyma się zaś klasycznego, typowego hard rockowego brzmienia. Najbliższy stylowi KISS jest natomiast oryginalny, nie zawierający żadnych przeróbek materiał zgromadzony i nagrany przez Paula Stanleya. Pierwszy solowy album Starchilda z 1978 r. to kwintesencja tego, co w owym czasie rozumiało się przez muzykę KISS, a zarazem porcja naprawdę znakomitego hard rocka. W odróżnieniu od Simmonsa, Paul nie stawia na przyprawiającą o zawrót głowy ilość słynnych nazwisk, ujętych na "liście płac" - podczas gdy u Gene'a udzielają się m. in. Rick Nielsen, Joe Perry, Cher czy Donna Summer, tu mamy tylko Carmine'a Appice'a bębniącego w Take Me Away (Together As One) i nieformalnego "piątego KISSa", czyli Boba Kulicka (którego bratem jest oczywiście zasilający później skład grupy Bruce). Co ważne, Paul brał udział w tworzeniu całości materiału, a większość jego napisał samodzielnie. Zestaw dziewięciu zgromadzonych na płycie piosenek otwiera Tonight You Belong To Me - delikatny śpiew Stanleya oraz praca akustycznych gitar we wstępie (kojarząca się z - jakżeby inaczej! - utworami pokroju Hard Luck Woman) sugeruje z początku, iż utwór ten to typowa pościelowa ballada. Świetna praca basu i prosty, aczkolwiek znakomicie brzmiący riff przekształcają jednak Tonight You Belong To Me w rasowego rockera, który spokojnie mógłby zająć miejsce na którejkolwiek z wcześniejszych płyt KISS lub wydanej rok później Dynasty (gdzieś w tle pobrzmiewa już zresztą fascynacja disco). Move On trzyma tempo przez cały czas trwania; na wyróżnienie zasługuje tu rytmiczność i dynamizm kawałka oraz świetne riffy go zamykające. Ciekawy jest też patent na dialog głównego wokalu z chórkami - ale czy nie słyszeliśmy już tego wcześniej, chociażby przy okazji takiego Tommorow And Tonight? Trzecia pozycja wydawnictwa to Ain't Quite Right - tu tempo nieco zwalnia, poza pracą gitary utwór jednak nie wyróżnia się niczym szczególnym. Stanowi za to świetny wypełniacz między zadziornym Move On a Wouldn't You Like To Know Me - jednym z tych utworów, których melodia swoją bezpretensjonalną chwytliwością wwierca się słuchaczowi w mózg, jednym z tych, które w radiu są murowanymi hitami. Jest to zasadniczo jeden z najlepszych numerów na wydawnictwie - proste zagrywki, ultraprzebojowa melodia, tekst będący typowym wierszykiem z gatunku 'tongue-in-cheek'. Ot, typowe KISS - chciałoby się powiedzieć... Nieustanna celebracja życia daje się jednak zdławić w kolejnym utworze z płyty - najwybitniejszy i najbardziej ambitny pod względem tak tekstowym, jak i muzycznym, Take Me Away (Together As One), tchnie nostalgią i bólem. Jest w tej piosence coś, co odróżnia ją od zwykłych "pościelówek" czy dotychczasowych ballad KISS pokroju Beth czy Hard Luck Woman; zapowiada raczej przyszłe lata - podobny dramatyzm i mroczny klimat, słyszalny zwłaszcza w warstwie wokalnej, znajdziemy w późniejszych I Still Love You czy Dreamin". Klimat ów na solowej płycie Paula nie trwa jednak za długo - kolejny numer, It's Alright, to znów typowa "stanleyówka", brzmiąca niemalże bliźniaczo względem Wouldn't You Like To Know Me. Znów przebojowy chórek w refrenie, znów idealnie wyważone są dynamizm, tempo i melodia. Drugą stronę oryginalnego, winylowego wydania płyty otwiera numer siódmy w kolejności - już sam tytuł wskazuje nieomylnie, że Hold Me, Touch Me (Think Of Me When We're Apart) będzie balladą. Nie jest to jednak twór, któremu dziesięć lat później przydawać się będzie w recenzjach określnik "power" - głos Stanleya brzmi tu wyjątkowo delikatnie i subtelnie, a praca akustycznych gitar, będąca zresztą jego dziełem - znakomicie oddaje kojący, romantyczny charakter piosenki. Takie ścieżki KISS jako zespół eksplorować będzie później, po zrzuceniu masek - "Take Me Away..." to godny poprzednik Forever czy Everytime I Look At You. Dalej mamy jeszcze zadziorne Love In Chains, stanowiące zgrabny, jakkolwiek nie wyróżniający się specjalnie wypełniacz i Goodbye - udany finisz płyty. Słowa refrenu "...So goodbye, it's only for now, 'cause I'm comin' back - I swear it somehow..." pasują tu idealnie. Szczęśliwie dla wszystkich fanów hard rocka - przez następne lata zmian koniunkturalnych na muzycznym rynku oraz zmian personalnych i stylistycznych w obrębie zespołu - ta "obietnica", złożona w ostatnim numerze solowego wydawnictwa Paula Stanleya, w ustach jego i KISS nie została rzucona na wiatr...
Solowy album Paula Stanleya z 1978 r. to płyta ze wszech miar doskonała, znakomity pomost pomiędzy Love Gun z 1977 r., a następczynią w postaci Dynasty z 1979 r. Znajduje się tu wszystko, co tak naprawdę stanowi o sile i fenomenie KISS - energia, dynamizm, balansowanie między prostotą zagrywek a komercyjnym szlifem, a ponadto - rasowe hard rockowe brzmienie i świetne linie wokalne. Nie jest trudno znaleźć tu oczywiste odwołania do stylistyki KISS, schematy, które zespół wykorzystywał wcześniej i które w kolejnych dekadach będą stanowić oś Lick It Up, Crazy Nights czy Psycho Circus. W obliczu porcji przebojowego hard rocka, którą stanowi ta płyta, brak oryginalności nie jest jednak wadą - wręcz odwrotnie. Spośród wszystkich solowych nagrań członków KISS wydanych we wrześniu 1978 r. to właśnie Starchild nagrał materiał najbardziej udany - bez eksperymentów, niepotrzebnego udziwniania, szokujących inspiracji. I chociaż można mu zarzucać brak "powiewu świeżości" czy odwagi w podążaniu nowymi ścieżkami - solowy album Paula jak żaden inny z wydanej czwórki przypomina fanom hard rocka od ponad trzydziestu lat, za co tak naprawdę kochają KISS.
Oficjalna strona artysty: www.paulstanley.com
Twisted październik 2009
|