|
Skład: Paul Laine - śpiew, chórki, gitary, dodatkowe instrumenty klawiszowe, pianino; Mickey Curry - perkusja; Pat Steward - perkusja; John Webster - instrumenty klawiszowe; Rene Worst - gitara basowa, gitara basowa bezprogowa; Kenny Kaos - gitary; Scott Brown - gitara basowa, chórki; Paul GoGo - instrumenty klawiszowe, chórki
Gościnnie: Bruce Fairbairn - piekielne pianino w [1]; James Cotton - harmonijka i skat w [7]; Joani Bye - chórki w [5]; Ryan Blood - chórki
Produkcja: Bruce Fairbairn
Niektóre płyty działają na mnie jak bomby z opóźnionym zapłonem. Po pierwszym przesłuchaniu myślę sobie "No coś ty, przecież to totalnie wygładzona, komercyjna do niemożliwości sklejka dokonań innych artystów" i odkładam na później. Potem nachodzi mnie dziwna chęć, żeby sięgnąć po owo wynurzenie jeszcze raz. I wtedy zaczyna mnie uzależniać, coraz bardziej i bardziej. W ostatnim etapie nie mogę sobie wyobrazić muzyki bez tej pozycji. Tak właśnie się stało z wydanym w 1990 roku debiutanckim albumem Paula Laine’a, Kanadyjczyka znanego głównie z późniejszych występów w Danger Danger, ale wówczas stosunkowo mało rozpoznawalnego. Pomimo tego udało mu się zgromadzić wokół siebie grupę także niezbyt znanych, ale fachowych instrumentalistów i podpisać kontrakt płytowy.
Jego rezultat oczarowuje i pewnie nawet dzisiaj wywołuje szybsze bicie serc niektórych przedstawicielek płci pięknej. Dlaczego? Przede wszystkim jest to jakby skrojony na miarę zbiór doskonale skomponowanych kawałków, wycelowanych z premedytacją w gusta fanek/fanów komercyjnego hair metalu/AOR-u. Pokazuje również niebagatelne możliwości głosowe kanadyjskiego gardłowego, jeśli chodzi o skalę, artykulację i intonację (chociaż złośliwi twierdzą, że za mocno wczuwa się on w rolę Jona Bon Jovi). A że to wszystko, mimo swojej potencjalnej przebojowości, jest mało oryginalne? Cóż, nie każdy musi odkrywać Amerykę... Delektujmy się zatem porywającymi melodiami, rozbuchanymi aranżacjami podbitymi klawiszami, pianinem, akustykami, tudzież harmonijką ustną, oraz pozytywną energią bijącą z tego krążka. Do życia pobudzi nas charakterystyczny, perkusyjno-klawiszowy wstęp One Step Over The Line, zastąpiony dalej przez "vanhalenowe" riffy (niektórzy dostrzegają w nich podobieństwo do Everybody Wants Some) i zdecydowany, typowo hair metalowy śpiew gościa za mikrofonem. Potężny, chóralny refren to coś, czego możemy spodziewać się w obfitości w kolejnych numerach. A następca - We Are The Young - atakuje słuchacza melodyjną słodkością, zaklętą w średni, niemal popowy rytm, bombastyczną, gitarowo-klawiszową aranżację. Tutaj zwrotka, przywodząca na myśl trochę Whitesnake, trochę Bon Jovi, przepoczwarza się w refren iście stadionowy, który należałoby wykonywać na tysiące gardeł. Końcówka zwraca uwagę swoją rasową solówką i nieco większym natężeniem czadu. Dalej Paul Laine i koledzy nie spuszczają z tonu, a nawet nakręcają się jeszcze bardziej. Dorianna została niegdyś zilustrowana teledyskiem i nic dziwnego. Posłuchajmy tych bezczelnie komercyjnych klawiszy a’la Journey, przestrzennych gitar, pompującego rytmu, chwytliwych linii melodycznych, a zapytamy sami siebie: jakim cudem ten kawałek nie stał się superhitem? Spokojniutki, niemal balladowy wstęp Is It Love przepoczwarza się w riffy, które mimo swojej prostoty potrafią kopnąć w cztery litery. Prosty pomysł z powtórzeniem w refrenie partii wokalnych ze zwrotki zaśpiewanych o oktawę wyżej okazał się tu strzałem w dziesiątkę. Wysoki poziom utrzymuje niesamowicie przebojowy Heart Of America, kojarzący się trochę z cukierkami z pierwszego Danger Danger, a trochę ze wspomnianym Bon Jovi. Można go opisać trzema określeniami na "b": bombastyczny, brawurowy, bezkompromisowy w swojej otwartej komercyjności. Śpiewak szarżuje w refrenie, w którym wchodzi w bardzo wysokie rejestry i pasuje to jak ulał do charakteru piosenki. Żeby to wszystko nie było zbyt łagodne i cukierkowe, w dwóch kolejnych utworach robi się nieco ostrzej. W Main Attraction do życia pobudza bardzo fajny riff przewodni, doskonale spleciony z klawiszami, a nasz bohater z łatwością wyśpiewuje tym razem typowo hairmetalowe frazy. Oparty na bluesowych zagrywkach gitar i takiż wokalizach Doin’ Time zaskakuje swoją większą drapieżnością (jak na standardy tego wydawnictwa, oczywiście), zbliżającą zespół do tego, co zwykła prezentować Cinderella. Podobają mi się tu stylowe, staroświeckie motywy wyodrębniających poszczególne dźwięki gitar i harmonijki ustnej. Bazująca na dominującej roli klawiszy ballada I’ll Be There nie każdemu przypadnie do gustu, a to ze względu na swoje niezbyt skomplikowane, rozwlekłe linie wokalne (chociaż z drugiej strony sprzyjające popisowi wokalisty). Zwracano uwagę na inspirację, jaką dla tej kompozycji był utwór Kyrie poprockowego Mr Mister, chociaż mi ona przypomina także te najbardziej przestrzenne wynurzenia U2. Z kolei walący melodyjnością prosto w twarz Break Down The Barricades świadczy o tym, że ekipa Laine’a czerpała również pełnymi garściami z dokonań Bruce’a Springsteena (melodia w zwrotce ma tu wiele wspólnego i z Born To Run i z No Surrender tego ostatniego...). Żeby nie było nam smutno z powodu nieoczekiwanego końca płyty, do reedycji z 1995 roku dodano jeszcze cztery bonusy. My Hometown trzyma niezły poziom, chociaż swoimi riffami bardzo mocno nawiązuje do "jedynki" Danger Danger. Nieco słabiej wypada utrzymany w podobnej stylistyce Only Your Heart, któremu brakuje jakiegoś przekonującego rozwinięcia w refrenie, przez co kawałek szybko zaczyna nudzić. Powrót do formy następuje wraz z Keep On Running, wyróżniającym się wolnym tempem, pełną akustyków, "południową" aranżacją (pełną odniesień do pierwszego, solowego albumu Jona Bon Jovi) i mocnym, epickim śpiewem niezmordowanego Kanadyjczyka. Łzawa pościelówa After The Rain jakoś nie robi na mnie specjalnego wrażenia, choć oczywiście wykonano ją bardzo poprawnie, brzmi to świetnie, a poszczególne instrumenty w bogatej aranżacji w ogóle się ze sobą nie gryzą.
Stick It In Your Ear ma w sobie ten urok zapomnianej perły, której smaczki warto odkrywać na własną rękę. Pomimo, iż nie grzeszy nadmiarem oryginalności, potrafi zawojować duszę swoją chwytliwością i melodyjnością. Szkoda, że obecnie nie nagrywa się takich płyt…
Brak oficjalnej strony artysty
Hardlover kwiecień 2010
|