|
Relacja z koncertu Paula Gilberta, Warszawa, klub Progresja, 7.10.2008
Właściwie swoją przygodę z nim, Paulem Gilbertem jako gitarowym wymiataczem zaczęłam parę lat temu odkrywając zespół Racer X. Najpierw była fascynacja kilkoma kawałkami, między innymi Into The Night, Street Lethal, Endless, potem stałam się zagorzałą fanką. Wcześniej znałam owego artystę jedynie z jego występów w grupie Mr. Big. Owszem, wspaniałe granie, ale to jakby inna bajka, której nie będę dziś opowiadać. Jakoś potem, po Racerze, nadszedł czas na odkrycie przeze mnie jego solowych dokonań i różnych projektów. Twórczość tego kolesia zaczynała wciągać mnie coraz bardziej i zarazem coraz mocniej do mnie przemawiać.
Gdy niedawno usłyszałam, że mój idol ma zamiar zawitać do stolicy w dniu 7.10.08, wiedziałam od razu: muszę tam być! Z Łodzi rzut beretem - jadę! Do wyprawy na koncert zmobilizowała mnie dodatkowo najnowsza, rewelacyjna płyta wydana w tym roku, Silence Followed By A Deafening Roar, w której ostatnimi czasy zasłuchiwałam się na okrągło. Zawsze ceniłam sobie gości, którzy w swojej twórczości dokonywali pewnych ewolucji, świadczących o rozwoju ich warsztatu, poszukujących wciąż czegoś świeżego i zarazem dobrego. Nie zrozumcie mnie jednak źle, nie chodzi mi o usilne kombinowanie w celu znalezienia własnego stylu, jak robi to wiele niedoświadczonych kapel. Paul, który osiągnął już pewien poziom, może pozwolić sobie na takie muzyczne szaleństwa. Doskonale czuć to na jego najnowszym krążku. Wciąż inspiruje i zaciekawia.
Nie przesadzę, jeśli napiszę, że był to jeden z lepszych koncertów na których byłam. Wiadomo, mógłby być dłuższy, trwał zaledwie niecałe dwie godziny, co jak na całokształt twórczości Paula jest niewiele, mógłby grać i grać i grać... Ale od początku. Zatem na imprezkę prawie się spóźniłam, gdyż supernowoczesny pociąg jadący do stolicy rozkraczył się gdzieś w szczerym polu. Wyobraźcie sobie: wasz idol pucuje już wiosło do występu, a wy jesteście uwięzieni w pociągu kilka kilometrów od celu. Na szczęście w końcu po naprawdę długim czekaniu ruszył i jakoś na miejsce występu dotarłam. Koncert planowo miał się rozpocząć o 19, ale gwiazda to gwiazda, musi się trochę spóźnić, tak więc pana Gilberta udało nam się ujrzeć dopiero ok. 21(!), wcześniej wystąpił niespodziewany "gammarayowaty" supporcik (Stormental, chłopaki z Brazylii), trochę rozgrzał nieliczną niestety publikę. To smutne, ale nie spodziewałam się tłumów, jednak zauważyłam, że pojawili się ludzie zorientowani w temacie. Stormental rzucił DVD w napalonych (dwóch, najbardziej wydzierających się) fanów i zniknął. Udało mi się cyknąć sobie fotkę z ich wokalistą złapanym potem przypadkowo gdzieś w klubie. Później na scenie pokazała się ekipa od sprzętu (fajny był koleś w koszulce Britney Spears, który czyścił Paulowi wiosła podczas koncertu i coś tam mieszał w kablach). Panowie od świateł też długo majsterkowali, co wzmagało niecierpliwość fanów. No ale w końcu, oh yeah - wyszedł Paul z zespołem, przywitał się ładnie i od razu bez zbędnych wstępów dał czadu!
Ciężko opisać, jak wspaniałe było to uczucie. Trzeba byłoby zobaczyć to na żywo, a raczej usłyszeć te kaskady dźwięków. Koncert był głównie instrumentalny. Ku uciesze większości przybyłych poleciało parę starych dobrych Racer X-ów, i, tak jak się wszyscy spodziewali, sporo było też kawałków z Silence Followed By A Deafening Roar, miedzy innymi Norwegian Cowbell (pohasaliśmy radośnie przy tych chwytliwych riffach), I Cannot Tell A Lie (kliiiimat!), The Gargoyle (mój ulubiony), Bronx 1971. Miałam już nadzieje, że w pewnym momencie wyskoczy na scenę różowy nosorożec z okładki 'Ciszy Przerwanej Ogłuszającym Rykiem', ale niestety, takich zoologicznych bajerów nie było. Nie zabrakło hiciorów takich jak Down To Mexico, Technical Difficulties, Burning Organ. Świetnie było usłyszeć utwory, które 'katowało się' non stop przez ostatnie pół roku (tutaj mam głównie na myśli te najnowsze). Czysty orgazm i jazda. Uprzedzam pytanie o Mr. Big - nie, nie było To Be With You i tym podobnych. Może i niektórzy byli zawiedzeni, ale zupełnie nie pasowałoby to do atmosfery koncertu. Toteż jak wspomniałam wcześniej, to inna historia, zupełnie nie ten rozdział gilbertowskiej opowieści.
Trzeba przyznać, Paul pokazał klasę. Bawił się swoim graniem, był pełen energii, pożartował. Szalenie pozytywny człowiek. Reszta jego muzycznej kompaniji również nie zawiodła: efektowne solo na perce, klawisze Emi... Stałam tam pod samą sceną jak zaczarowana (nietrudno było dopchać się do barierki). Gdy już skończyli grać, polecieliśmy z kolegami zapolować na autografy. Udało się, i mamy na biletach podpisy. To chyba tyle. Jeśli za jakiś czas Gilbert wpadnie do Polski, to na pewno zjawię się ponownie z czystej ciekawości, co tym razem wymyśli mistrzu.
Sklad zespolu koncertowego: Paul Gilbert - gitara i śpiew; Craig Martini - gitara basowa i śpiew; Jeff Bowders - perkusja; Emi Gilbert - instrumenty klawiszowe i śpiew
Oficjalna srona artysty: www.paulgilbert.com
AC
23.10.2008
|