Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

PANTERA - Power Metal [1988]
Wydawca: Metal Magic Records

  1. Rock The World
  2. Power Metal
  3. We'll Meet Again
  4. Over And Out
  5. Proud To Be Loud
  6. Down Below
  7. Death Trap
  8. Hard Ride
  9. Burnnn!
  10. P.S.T. 88
Power Metal

Skład: Phil Anselmo - śpiew; Diamond Darrell - gitary, śpiew w [10]; Rexx Rocker - gitara basowa, rurkowate dzwony w [3]; Vinnie Paul - perkusja
Gościnnie: Marc Ferrari - chórki, gitara rytmiczna w [5], druga gitarowa solówka w [3]

Produkcja: Jerry Abbott

Niejeden już fan Pantery bardzo się zdziwił, gdy usłyszał, że jego ulubiona grupa zanim zaczęła grać rytmiczny thrash metal, miała wcześniej swą hair metalową odsłonę. Ekipa Anselmo i Dimebaga nagrała kilka płyt przed legendarną pozycją Cowboys From Hell, do których nie przyznaje się nawet na swojej oficjalnej stronie internetowej. Jedną z nich jest Power Metal, całkiem udany album utrzymany w dość specyficznej stylistyce, moim zdaniem naprawdę nie ma się czego wstydzić. Z reguły wielu "metali" go wyśmiewa, bo w sumie fakt, że chłopaki na nieco kiczowatej okładce prezentują się w hair metalowych fryzurach, z drugiej strony fani hard rocka też niezbyt chętnie po ten krążek sięgają.

Tak więc wydawnictwo jako czwarte w kolejności ujrzało światło dzienne w 1988 r. i słychać, że zespół nie jest do końca zdecydowany, co chce grać. Mamy tu wpływy hard rocka, czy też amerykańskiego heavy metalu, sporo szybkich zakrętów ku speed metalowi, elementy thrashu i chyba zalążek tego, co usłyszeć można będzie na kolejnym albumie Pantery. Kto jeszcze tej płyty nie słyszał, niech spróbuje sobie wyobrazić mieszankę takich oto kapel w jednym: Cacophony, Nitro, W.A.S.P., Annihilator, Megadeth... W grupie po raz pierwszy pojawia się za mikrofonem Phil Anselmo i trzeba przyznać, że odwala dobrą, choć mało oryginalną robotę, bowiem śpiewa jak wielu innych gardłowych z owego okresu. Już na podstawie pierwszego kawałka, Rock The World, można wyłowić pewne podobieństwa do takich grup jak Accept, Malice czy Cacophony, do tych dwóch ostatnich grup najbliżej jest wokaliście, bo Anselmo śpiewa w sposób bardzo zbliżony i dysponuje nawet podobną barwą głosu. Zdarza mu się też wchodzić w wyższe rejestry w manierze pana Gillette. W sumie to on w tym numerze blyszczy najbardziej, bo instrumentaliści raczej niczym szczególnym się tu nie popisują, pod względem rytmicznym jest to kompozycja dość monotonna i dlatego uważam, że nie jest ona zbyt fortunna na otwarcie dzieła. Tytułowy Power Metal może swą nazwą wzbudzać skojarzenia z pewnym gatunkiem muzycznym powiązanym z księżniczkami, smokami i czarniksiężnikami, ale w istocie nia ma z nim nic wspólnego. Teraz chłopaki zmiksowali Manowar z riffami a'la wczesne Megadeth i jedynką Annihilatora, do tego dochodzi jeszcze solówka zagrana w stylu debiutu Metalliki (porównajcie ją sobie np. z Hit The Lights). Jest to jeden z moich ulubionych kawałków z krążka. We'll Meet Again to też swego rodzaju perełka na wydawnictwie i znowu mamy do czynienia z pewną interesującą mieszanką. Brzmieniowo riffy przywodzą na myśl tę Panterę, jaką znamy z kolejnego albumu, melodycznie jest to w zasadzie nadal hard rock, gdzieś tam w tle pobrzmiewają smutnawe nutki, a Phil niczym kameleon raz jeszcze zmienia swój głos naśladując tym razem Pattona z Faith No More. Solidna robota, dobrze się tego słucha, głównie dlatego, że sam numer mimo wszystko jest dość oryginalny i bliźnicze zagrywki trudno jest odnaleźć gdzie indziej. Zupełnie inaczej rzecz się ma z Over And Out, tu już cała typowa mieszanina stylowa kilku innych kapel. Po szybkim wstępie z centralkami gnającymi do przodu utwór zamienia się w typowo thrashowy kawałek, gdzie doszukać się można daleko idących zapożyczeń od takich kapel jak Anthrax, Flotsam And Jetsam, czy Testament (podobna maniera śpiewania), w ogóle piosenka z aspiracjami do konkurowania z zespołami z Bay Area, a pod koniec nawet jakby cytacik z szybszych kawałków wczesnego Slayera. Proud To Be Loud ma własną historię powstania, którą warto przytoczyć. Utwór skomponowany został przez Marca Ferrari, gitarzystę Keela i miał pojawić się na eponimicznym albumie tej grupy w 1987 roku, lecz ostatecznie nie został tam zamieszczony. Marc zresztą gra tu partie gitary rytmicznej i robi za chórzystę. Co się tyczy zawartości samej muzyki, to rytmika przypomina mi o kilka lat późniejszą ścieżkę z pierwszego solowego krążka Vince'a Neila - You're Invited (But Your Firend Can't Come. Teraz wiadomo, skąd Vince zapożyczył sobie pewne patenty, hehe. Down Below to taki thrash'n'roll, szybki i ostry numer, gdzie Anselmo nie może się zdecydować, czy piać pod Blitza z Overkill, czy klonować Axla z Guns N' Roses. Solówka wczesno-metallikowa, gitarowo coś jakby szybciej zagrany Anthrax, ale właśnie z rock'n'rollowym zacięciem. Z ciekawostek można dodać, że przy powstaniu tej piosenki znaczny udział miał poprzedni wokalista grupy, Terry Glaze. Bardzo lubię kolejny Death Trap, bo przypomina mi on debiutancką płytę Annihilatora, która zawsze robiła na mnie spore wrażenie, tak więc i ta pozycja przyciąga mnie ze względów sentymentalnych. Podobny typ budowania zakręconych riffów, w sumie i wokalnie też sporo podobieństw by się znalazło. Przed gitarowym solo pojawia się zagrywka w stylu ekipy Mustaine'a, ale z krążka, który ukazał się dwa lata poźniej po wydawnictwie wielkiego kociaka. Hard Ride rozpoczyna się bardzo balladowo, lecz jest to raczej taki wolny hard rockowy numer, przywodzący mi na myśl dokonania Sleeze Beez, choć zapewne obie grupy w owym okresie mogły się wzajemnie nie znać, prawdopodobnie więc miały po prostu podobne inspiracje. Tak czy inaczej, jest to pozycja, która powinna trafić w gusta hair metalowej publiczności. Seria skrzypów otwiera Burnnn! zamieniający się szybko w pracy żwawo do przodu speed metalowy kawałek. Ponownie robi się annihilatorowo (gitary i perkusja), megadethowo (podobna melodyka, choć wszystko zagrane szybciej), z domieszką Cacophony (Anselmo raz jeszcze powraca do tej maniery śpiewania, ale pasuje to akurat do potrzeb tej kompozycji). Niby nie jest to nic oryginalnego, nic szczególnego, czy wymyślnego, ale uwielbiam ten numer i zawsze słucham go przynajmniej kilka razy z rzędu, jest on nawet dla mnie pewną wizytówką tej płyty. Zestaw zamyka P.S.T. 88, rytmiczna thrashowa kompozycja, w której mikrofon przejmuje Darrell i wypada to bardzo dobrze, po prostu pasuje. Melodycznie i rytmicznie, a nawet liniami wokalnymi jasno wynika, że panowie musieli być obeznani z muzyką z Bay Area. Kto lubi dobry thrash metal, z tym utworem musi zapoznać się koniecznie, fani np. Testament będą całkowiecie usatysfakcjonowani, zwłaszcza że i solowka prezentuje sobą odpowiedni poziom.

Zastanawiam się, dlaczego tak tą płytą się powszechnie pogardza. To cholernie dobry krążek zawierający mieszaninę tego, co w wielu gatunkach muzyki okołometalowej najlepsze i zespół naprawdę nie powinien się go wstydzić. Pantera z pewnością dobrze zrobiła zmieniając styl grania na kolejnym albumie, bo dzięki temu stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych kapel pierwszej połowy lat '90 i w pewnych kręgach utrzymuje status kultowej aż po dziś dzień. Mimo wszystko nie jest dobrze, że grupa się od swojej przeszłości odcina. Kto nie ma uprzedzeń i chce posłuchać porządnego materiału, po ten krążek również powinien sięgnąć. Płyta otrzymuje moją rekomendację.

Oficjalna strona zespołu: www.pantera.com

Guitarrizer
wrzesień 2008