Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

PANGEA - The First [1995]
Wydawca: JVC Victor / Frontiers Records

  1. Daddy's Steamgun
  2. Rhythm Of Love
  3. Time Out
  4. Enough Is Enough
  5. The One To Last
  6. Two Down And Two To Go
  7. I Will Be There
  8. All Worked Up
  9. On And On
  10. Good And Ready
  11. Maybe Tomorrow
The First

Skład: Tony Olsen - perkusja; Garsten Neumann - gitara basowa; Torben Lysholm - gitara, śpiew

Produkcja: Richard Jensen

Informacje, jakie można znaleźć na temat dwóch wydawnictw Pangea, są momentami sprzeczne. Pierwszym stworzonym przez muzyków krążkiem było opisywane poniżej The First, a nie Manchild jak gdzieniegdzie można przeczytać. Pomyłka wynika najprawdopodobniej z tego, że The First zostało wydane dwukrotnie, a gdzieś pomiędzy tymi wydarzeniami uplasował się drugi album formacji. Grupa powstała w 1992 roku na zgliszczach heavy metalowego Lizard, a muzycy porzucili swoje korzenie na korzyść bardziej melodyjnego, lżejszego grania.

Płyta wydaje mi się ciekawa, sporo na niej dobrych kawałków, a całość, jak to się w recenzyjnym slangu mówi, raczej łatwo wchodzi. Zespół nie prezentuje może ponadprzeciętnej wirtuozerii (chociaż jak dobrze się wsłuchać, to można jej trochę znaleźć), ale chłopaki mają pomysły na zgrabne kompozycje. Daddy's Steamgun kojarzyć się może z kawałkami z pierwszego albumu Mr. Big, ale nie jest to koniecznie to, co lubię najbardziej. Chwilę później mamy Rhytm Of Love i tym razem spotykamy się z w miarę spokojnym, hair metalowym rockerem. Numer nie jest zły, ale przydałoby mu się więcej energii, więcej zdecydowania. Trójeczka bije na głowę dwa wczesniejsze kawałki i jest pierwszym killerem, który można znaleźć na płycie. Time Out zachwyca przede wszystkim ciekawym riffem oraz dobrą, umiejętnie prowadzoną AOR-ową melodią. Ciekawe jest to, że numer utrzymany jest w innym klimacie i innym stylu niż dwie poprzedzające go kompozycje. Jest to kawałek od którego warto rozpoczynać pierwszy kontakt z płytą i zakwalifikowałbym go jako dość typowego skandynawskiego rockera. Ostatnimi czasy kilka podobnych ścieżek odnalazłoby się w dyskografiach włoskich ekip. Czwóreczka jest właściwie jeszcze lepsza. Zespół stawia na odrobinę większy ciężar, odchodząc od AOR-owych patentow i grając w stylu jaki kilka lat później zaprezentuje, o ile pamięć mnie nie myli, Grand Illusion. Mówiąc w skrócie, ścieżka brzmi potężnie, po prostu wbija w fotel. The One To Last należy do nielubianego przeze mnie gatunku akustycznych ballad. Czasami jednak jestem w stanie przezwyciężyć swoje uprzedzenia i polubić takie kompozycje. Rzadko się to zdarza, więc w The One To Last kryje się chyba coś więcej, coś na kształt sławnego bujańca Extreme. Two Down And Two To Go proponuje powrót do klimatu z pierwszych dwóch numerów, nagranie raczej mi nie przeszkadza, ale po kilku wcześniejszych kompozycjach robi raczej blade wrażenie. Ciężko utrzymywać tak wysoki poziom. Bluesujace i dość banalnie nazwane I Will Be There spełnia sie dobrze w swojej roli, odrywa słuchacza od wcześniejszych numerów, proponując mu odrobinę odmiennosci. Mam słabość do numerów tego pokroju. Pangea podąża w All Worked Up w kierunku podobnych klimatów, dodając jednak więcej dynamizmu i więcej radości. Trzeba przyznać, że The First zostało sprytnie poskładane. Zadziwiająco ścieżka numer osiem przenosi nas ponownie w rejony dotknięte w rejonach numerów trzeciego i czwartego. All Worked Up jest jednak o tyle dziwne, że w chórkach i w refrenach mam wrażenie, że słyszę patenty typowe dla Joe Lynn Turnera i na myśl przychodzi mi kawałek Heaven Tonight pochodzący z z Odyssey Malmsteena. Good And Ready zbliża nas do końca płyty wielkimi krokami, początek brzmi dość tajemniczo, później pojawiają się ciekawe partie gitary i patrząc na utwór pod instrumentalnym kątem, można się uśmiechnąć. Ostatnie na krążku Maybe Tommorow ponownie atakuje od strony melodyjnego AOR-u i mam wrażenie, ze zespół stał się w przyszłości inspiracją dla takich ekip jak Hungryheart albo Khymera. Maybe Tommorow to świetny numer korzystający w 100% z melodyjności i przebojowości minionych lat '80, a kojarzy mi się z takimi gigantami jak Trixter.

The First jest interesującym wydawnictwem, a do tego różnorodnym. Kilka ścieżek jest zakorzenionych w muzyce AOR-owej, kilka z kolei kieruje się bardziej w stronę bluesującego hard rocka. Myślę, że łatwo jest tu znaleźć coś dla siebie, jak dla mnie parę utworów jest ponadprzeciętnych. Płyta nie stawia zespołu w gronie pierwszoligowców, ale jak na drugą połowę lat '90 wydany przez Pangea krążek jest całkiem dobry i godny polecenia.

Brak oficjalnej strony zespołu

Guciomir
wrzesień 2009