Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

PAINMUSEUM - Metal For Life [2005]
Wydawca: Demolition Records / Mystic Production / C.M.M. Entertainment / Rock Machine

  1. The Divine Birth Of Tragedy (Intro)
  2. Speak The Name
  3. Hosanna Hosanna
  4. Words Kill Everything
  5. American Metalhead
  6. Dogs In A Cage
  7. Live And Die
  8. Burn Flesh Burn
  9. PainmuseuM (Metal For Life)
  10. Bloody Wings
  11. I Am Your Keeper
  12. Scars In Black [japoński bonus track]
Metal For Life

Skład: Tim Clayborne - śpiew; Mike Chlaściak - gitary; Steve DiGiorgio - gitara basowa; Bobby Jarzombek - perkusja
Gościnnie: Joe Comeau - śpiew w [7]

Produkcja: Metal Mike Chlaściak

Painmuseum, czyli projekt "Metal Mike'a" pojawił się w roku 2005 i został zatytułowany Metal For Life. Mike Chlaściak jest z pewnością znakomicie znany fanom Roba Halforda. Jak widać, współtworzenie jednego z najlepszych heavymetalowych albumów ostatnich lat (Resurrection) oraz jego następcy nie wystarczyło temu panu, skoro zabrał się za tworzenie materiału na własny album.

Do współpracy zaprosił kumpli: basistę Steve'a DiGiorgio oraz perkusistę Bobby'ego Jarzombka. Do pełnego składu brakowało rasowego krzykacza. Mike znalazł takowego - facet nazywa się Tim Clayborne. Szerzej nieznany (o zgrozo) wokalista. Jakby tego mało, w tworzeniu krążka maczali paluchy Roy Z (odpowiedzialny za miks) oraz James Murphy (mastering). Gościnnie na wydawnictwie zaśpiewał także sam Joe Comeau, wokalista znany chociażby z Annihilator. Jego popis można usłyszeć w utworze Live And Die. Machina do mielenia mięsa. Albo stutonowy walec, lub też sala tortur - tak mogę określić to, co się wyprawia na tym krążku. Zaznaczam jednak, że nie mamy na nim do czynienia z heavy metalem tak jak na płytach Halforda. O nie! Na Metal For Life mamy do czynienia z dużo mocniejszym graniem. Czai się tu thrash zmieszany z elementami death metalu i odrobiną heavy. Doskonała praca sekcji i i zabójczy wokal Tima. To, co on wyprawia, to jest mistrzostwo świata. Wrzaski i growling, niemal-blackowe skrzeki i furia, mordercza agresja i piekielna siła. Coś w stylu wkurwionego do nieprzytomności Petrozzy. Zachęceni? Od razu ostrzegam wszystkich chętnych: nie jest to granie, jakie wielu z Was odpowiada w gatunku heavy power. Co więc tu mamy? Tak naprawdę to trudno jednoznacznie to stwierdzić. Ja rozpatruję ten album w kategoriach thrashu z dodatkiem heavy metalu i niewielkimi akcentami death metalu. Power metalu można tutaj szukać i szukać, a i tak się nie znajdzie. Najwyraźniej Metalowy Mike miał dość heavy metalu, jaki gra w barwach Halforda i postanowił zrobić coś nieco innego. Podkreślić należy, że jest on mistrzem w swoim fachu i tutaj to bezsprzecznie udowadnia - praktycznie w każdym kawałku znajduje się próbka jego nieprzeciętnych umiejętności. Nie wiem, co wolę u niego bardziej - riffy czy solówki? A może i jedno i drugie? Tak, chyba właśnie tak. Wracając jednak do płyty. Na pewno jest ona w pewien sposób zjawiskowa. Być może to wszystko już było. Ale na tym krążku Chlaściak ujawnia swoje ciągoty w stronę dużo mocniejszego grzmocenia niż u Halforda. Widać i przede wszystkim rzecz jasna słychać to w doborze krzykacza. Do tej pory Mike współpracował raczej z wokalistami innego pokroju. Okazuje się jednak, że ma on bardzo dobrego "nosa" do ich doboru, czego dowodem jest omawiany LP. O utworach słów kilka. Z pewnością podobać będą się Dogs In Cage, tytułowy Metal For Life i singlowy Speak The Name, do którego nakręcono także makaron na widelec, czyli wideoklip (Bobby Jarzombek na bosaka, hahaha). Zespołowi nie tylko furia w głowach, nie myślcie sobie. Ballad tu nie ma, ale są utwory nieco łagodniejsze, takie jak Live And Die i Bloody Wings. Proszę zwrócić uwagę na melodyjność obu refrenów i to, w jaki sposób śpiewa tu Tim Clayborne. Ten wokalista udowadnia, że wie, o co chodzi w tego rodzaju graniu i radzi sobie z tym po mistrzowsku. Szef musiał zadbać także o autoreklamę, więc mamy tu również numer instrumentalny. I Am Your Keeper, bo o nim mowa, to popis przede wszystkim wioślarza i perkusisty, to co oni robią w tym kawałku, musi budzić szacunek i poważanie. Na koniec zostawiłem sobie mój ulubiony utwór, jakim jest American Metalhead. Utwór jak to się mówi, "flagowy", który jest takim metalowym "hymnem" na tej płycie. Dobitnie świadczy o tym sam riff, na pewno ten kawałek znajdzie swoich amatorów.

A na koniec powiem Wam, że nie ma tu słabych numerów. Jednak ten album na pewno łatwo w ucho nie wpada i trzeba się do jego odsłuchu przygotować. To nie jest heavy metal spod znaku Halforda. To jest coś zupełnie innego i odmiennego. Rob na pewno by się nie odnalazł w tym materiale. I taka uwaga jeszcze na koniec. Gdzieniegdzie można spotkać tytuł: Metal Mike's Painmuseum. Brzmi ładniej i bardziej fachowo. Tak czy inaczej - polecam. Nota w granicach 9,5/10.

Oficjalna strona zespołu: www.planetshred.com

Vincent
wrzesień 2010