|
Skład: Ozzy Osbourne - śpiew; Zakk Wylde - gitary; Randy Castillo - perkusja; Bob Daisley - gitara basowa
Gościnnie: John Sinclair - instrumenty klawiszowe
Produkcja: Keith Olsen, Roy Thomas Baker i Ozzy Osbourne
W 1987 r. gitarzysta Jake E. Lee opuszcza szeregi zespołu Ozzy'ego. Oficjalnym powodem rozstania muzyków są podobno różnice zdań co do kierunku, w jakim miała iść muzyka grupy. Tak czy inaczej po licznych przesłuchaniach, w których udział biorą m. in. tacy wymiatacze jak Chris Impellitteri czy Vinnie Moore, Ozzy decyduje się zatrudnić Zakka Wylde'a. Wybór chyba jednak dobry, stylistycznie owi wioślarze daleko odbiegali od tego, co prezentował "Książę Ciemności". Zakk jest jeszcze dość młody i ma głowę pełną świeżych pomysłów, co pozytywnie wplywa na prace nad płytą No Rest For The Wicked. Jest to de facto ostatnie wydawnictwo Osbourne'a, gdzie dobre kawałki wypełniają większą część płyty. na kolejnych krążkach znajdziemy również wyśmienite kompozycje, ale już nie w takiej ilości jak dotychczas.
Ozz cieszył się już opinią skandalisty, widocznie było mu jednak mało, bo na pierwotnym projekcie okładki do No Rest For The Wicked pojawil sie w koronie cierniowej na tle czaszek i w towarzystwie przestraszonych dziewczynek trzymających krzyże. Projekt okładki oczywiście zmieniono, nas jednak najbardziej interesuje zawartość muzyczna krążka. Otwierające album Miracle Man to dość ostra hard rockowa kompozycja traktująca o tzw. telewizynych kaznodziejach i ich hipokryzji (cytat z jednego z takich amerykańskich ewangelistów: "Walka ze Złem jest koszrowna. Przyślijcie więcej pieniędzy."). Przede wszystkim słychać tu, że Zakk próbuje jak tylko się da naśladować pana Lee. Podobnie akcentuje frazy, w podobnych miejscach wstawia flażolety... i wypada w tym dobrze. Ozzy nadal przykłada dużą uwagę do lini wokalnych, z czego niestety na późniejszych krążkach zaniecha, wierząc zapewne, że sama charakterystyczna barwa glosu wystarczy. Wracając jeszcze do Zakka, warto zwrócić uwagę na znakomitą solówkę, znowu gitarzysta wychodzi obronną ręką. Devil's Daughter zaczyna się od bardzo oryginalne jak na owe czasy zagrywki, dalej także następują dźwięki miłe dla ucha. Jest bardzo rock'n'rollowo, przy tym numer bardzo motocyklowy, aż się chce pomykać Chopperem wzdłuż autostrady. Przyczepić można się tylko do brzmienia, jest trochę za mało wyraziste, dźwięki nie są niestety tak soczyste, jak bym tego sobie życzył, choć amatorzy mięcha będa z pewnością usatysfakcjonowani. W Crazy Babies pojawi się kilka eksperymentów z rytmiką gitar, ostatecznie jednak dostaniemy kawałek dość sztampowy jak na owe lata, mniej mainstreamowy, nawiązujący raczej do kapel drugoligowych. Mimo wszystko słucha się go miło. Przy okazji dodam, że jest to płyta typowo gitarowa, co jest o tyle ciekawe, że druga połowa lat '80 była dość silnie zdominowana przez partie klawiszy. Nadal ostro w Breaking All The Rules, moim faworycie z tego albumu. Gitary chodzą niby prosto, ale interesująco, ciężko, ale i zarazem melodyjnie. Pasuje do tego, co najważniesze, głos Ozza. Można to puścić komuś, kto chciałby się dowiedzieć, jak wyglada hard rock - dostałby jego kwintesencję w pigułce. Mocno kontrastowy tytuł, próba tworzenia klimatu, czyli czas na Bloodbath In Paradise. Pomimo wyśmienitego początku zdecydowanie słabsza pozycja w zestawie, pomysły zaczynają się Zakkowi kończyć, gra jakby wymyślając riffy na poczekaniu, niestety będzie tak robił wielokrotnie w swojej dalszej twórczości. Fire In The Sky to najbardziej "komercyjna" piosenka z całlego krążka, można by pomyśleć, że skomponowana została z myślą o emisji radiowej. Jest wolniej, struktury utworu są prostsze, pojawia się większa ilość ilustracynych klawiszy i neoklasycznych brzmień, nawet solówkę Zakk zagrał z nawiązaniem do neoklasyków. Rewelacji nie ma, ale i tak jest to lepsze od poprzedniczki. Dzikie gitary powracają w Tattooed Dancer, jest szybciej, bardziej rytmicznie i znów ze spora dawką flażoletów. Można rzec, że to stylistyczny klon Miracle Man, ale w tym wypadku to akurat zaleta, po prostu jeden dobry kawałek więcej. Zbyt długo nie może być dobrze i oto poawia się kolejny zapychacz w postaci Demon Alcohol. Będzie to wyznacznik stylu gry Wylde'a, który w pełni wyłoni się w Black Label Society, chociaż tam będzie to wszystko podane w cięższej formie. By zamknięciu krążka nie towarzyszyło poczucie niesmaku z powodu poprzedniego zapychacza, ekipa jeszcze raz zebrała się na wysiłek i zmajstrowała udany numer. Hero wyróżnia się bardziej pomysłowymi gitarami, także Ozzy pokazuje, że wciąż jest w niezłej formie. Niektóre zagrywki brzmią nieco jak Whitesnake rok później (partie rytmiczne), inne zaś jak Rainbow przedtem i potem (w okolicach solówki).
No Rest For The Wicked pokazuje, jak dobrze miał się hard rock pod koniec lat '80, czyli niemal półtorej dekady liczac od czasu, jak powstały pierwsze zespoły grające ten gatunek w jego czystej postaci. Na tle całej twórczości Ozzy'ego niniejszy album wypada bardzo dobrze i zarazem zamyka pewien etap w jego karierze. Po nim pojawialy się pozycje mniej udane, tym bardziej więc warto sie z nim zapoznać. Dla maniakow hard rocka pozycja w sumie obowiązkowa.
Oficjalna strona wykonawcy: www.ozzy.com
Guitarrizer listopad 2007
|