Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

OZZY OSBOURNE - Diary Of A Madman [1981]
Wydawca: Jet / Epic Records

  1. Over The Mountain
  2. Flying High Again
  3. You Can't Kill Rock And Roll
  4. Believer
  5. Little Dolls
  6. Tonight
  7. S.A.T.O
  8. Diary Of A Madman
  9. Don't Know (bonus)
Diary Of A Madman

Skład: Ozzy Osbourne - śpiew, chórki; Randy Rhoads - gitary; Bob Daisley - gitara basowa, gong, chórki; Lee Kerslake - perkusja, dzwonki, tympanony; Johnny Cook - instrumenty klawiszowe

Produkcja: Max Norman, Ozzy Osbourne i Randy Rhoads

W tym roku przypada 25 rocznica śmierci Randy'ego Rhoadsa, z tej okazji chciałem przypomnieć ostani album z jego udziałem. Legendarna już płyta samozwańczego Księcia Ciemności, czy może bardziej pasujące określenie - SZALEŃCA. Tak właśnie, Pamiętnik Szaleńca ukazuje Ozza od tej najbardziej wiarygodnej strony. Liczne odwyki z uzależnień, próby samobójcze, maratony seksualne. Ozzy Osbourne. Diary Of A Madman to jednak coś więcej. Przede wszystkim dlatego, że udziela się tutaj fantastyczny gitarzysta (kto wie czy nie najlepszy, jakim dysponował ówczesny rockowy światek) no i dlatego że produkcja tego albumu jest mocna, cięższa niż porzedniego dzieła Osbourne'a (Blizzard Of Ozz).

Czasami mam wrażenie, że przeszłość z Black Sabbath zaważyła o ostatecznej formie krążka (a niedługo później ukaże się przecież Spark Of The Devil z coverami Sabbathów). Pierwszy numer dosłownie powala. Over The Mountain zyskało zresztą najwięjsze uznanie, jeśli o Pamiętnik chodzi. Bardzo dorbry riff przewodni nieco kojarzący się z NWOBHM, z tym że o wiele bardziej techniczny od tego, co prezentowali wówczas np. Judas Priest. Referen to już typowy melodyjny hard rock, wszystko szatańsko prezyzyjne i mega przebojowe. Flying High Again trzyma poziom. Zwraca uwagę coraz bardziej zakręcona gra Randy'ego. Ten jakże zdolny gitarzysta proponuje już u progu lat '80 struktury, jakie pojawiły się w hard rocku dopiero parę lat później. Swoisty fenomen. You Can't Kill Rock And Roll - od razu powiem, mój absolutny faworyt nie tylko z tej płyty, ale w ogóle z całej dyskografii Ozzy'ego. Zaczyna się partią gitary akustycznej, która przywodzi mi na myśl Black Horsemen King Diamond (nagrane swoją drogą 6 lat później). Dalej utwór rozwija się w taki sam sposób, aż do refrenu, gdzie bardziej agresywnie atakuje gitara i bas. Ścieżki basu są tutaj po prostu doskonałe, rytmicznie wyodrębniają ten charakterystyczny motyw (jakby rozwinięcie pomysłu z Crazy Train, przeboju z poprzednej płyty Świrusa ;)). Mimo że utwór trwa prawie 7 minut, nie czuje się upływającego czasu. Ja mogę tego słuchać non stop. Po takiej dawce heavy rocka czekam na filler, który po prostu się nie pojawia aż do końca albumu. Mroczny Believer w poetyce Mr. Crowley (ahh ten debiut :)) przywodzi znowu na myśl granie nieco nowsze. Bardzo łatwo wpadająca w ucho zagrywka będzie prześladowała Was jeszcze długo po tym, jak krążek przestanie się obracać w odtwarzaczu. Dalej po raz kolejny, trochę zabawy w rock and roll. Little Dolls to numer w najbardziej charakterystycznym dla Ozza stylu. Takie "Crazy Train 2". Dla mnie bomba, tym bardziej że o jakimś znudzeniu nie mam mowy. Tonight to ballada. Na szczęście wtedy Ozzy jeszcze dbał o jakość "pościelówek". To udany kawałek w nieco podniosłym ale i monumentalnym nastroju. Nie brak w tym nerwa i melodyjnych zagrywek Randy'ego. W S.A.T.O wracamy do metalu. To szybki dość agresywny numer z rewelacyjną partią gitary, przywodzącą na myśl późniejsze wyczyny panów z Fifth Angel. Oficjalną część albumu zamyka utwór tytułowy. Mroczny, spokojny (w większości) numer jest po prostu rewelacyjny. Oscyluje to w granicach starego Black Sabbath, ale otoczka wyraźnie w stylu hard rocka lat '80. Monumentalizm wzbogacony o smyczki (z syntezatora)... cóż u Ozza to zawsze brzmi świetnie. Jako bonus do wydania zremasterowanego płyty załączono jeden z hiciorów Blizzard Of Ozz. Tyle że tutaj mamy do czynienia z wersją koncertową. Randy wymiata ostro, a poza tym brzmienie znacznie lepsze niż na debiucie.

Cóż dodać. Album miał dwa remastery i tutaj uwaga dla miłośników oryginalnych brzmień. W wersji z 2002 oryginalne partie basu i perkusji zastąpiono, i tak zamiast Daisleya i Kerslake'a słyszymy Mike'a Bordina (ex - Faith No More) oraz Roberta Trujillo (ex - Suicidal Tendencies, teraz Metallica). Przyznam, że to zabieg niezbyt fair wobec starych fanów, stąd polecam re-issue tego krążka z połowy lat '90 (bardzo ładne wydanie).

Oficjalna strona zespołu: www.ozzy.com

LSDisease
marzec 2007