|
Skład: Per "PerilOz" Karlsson - śpiew, gitary akustyczne; Janne Stark - gitara prowadząca, gitara rytmiczna, gitara basowa; Kjell Jacobsson - gitara prowadząca, gitara rytmiczna; Kenth Ericsson - gitara basowa; Kenta Svensson - perkusja
Produkcja: Janne Stark
W pracy recenzenta bywają czasami takie chwile, gdy człowiek najpierw nie ma czasu i chęci by przesłuchać i zrecenzować materiał, a gdy już chce to zrobić, to kompletnie nie wie, co napisać… Zmuszony wreszcie poczuciem obowiązku usiadłem w końcu do komputera celem skrobnięcia kilku słów o płytce, którą powinienem przedstawić Wam już dawno. Materiał, który trzymam w rękach, to najnowsze dzieło szwedzkiej grupy Overdrive. No, może już taki wcale nie nowy, bo z 21 stycznia 2011 roku.
Zacznę od tego, że tej recenzji miało nie być. Jednak powstała. Pierwszy powód to taki, że ten zespół nie jest tylko jednym z wielu. Szwedzki Overdrive, który uformował się w roku 1980, był jedną z tych grup, które charakteryzowały ówczesną scenę kraju Ikei. Niestety tym panom nie wiodło się najlepiej i w 1985, a więc w zasadzie niedługo po rozpoczęciu działalności, a także po wydaniu dwóch płyt, zespół zszedł ze sceny. Jak zwykle w takich przypadkach bywa, przez długie lata wokół nich panowało głuche milczenie. Co prawda w 1993 roku ukazało się Demo Overdrive, ale nie wzbudziło ono niczyjego zainteresowania i band ponownie poszedł w odstawkę. Koncertowali jeszcze jakiś czas potem, ale dopiero w 2008 roku wydali mało interesujący, przynajmniej dla mnie, krążek dumnie zatytułowany Let The Metal Do The Talking. Niestety silenie się na nowocześnie zagrany heavy/power metal nie odniosło zbyt dobrego skutku. Recenzowany dziś Angelmaker to coś już zupełnie innego. Zespół postanowił zrezygnować z silenia się na bycie nowoczesnym i postawił na sprawdzone patenty z lat '80, oferując słuchaczowi solidny, bardzo fajny, energetyczny i dynamiczny metal. Do tego dodajmy istotne wsparcie dzisiejszej techniki i mamy album jak się patrzy. Mało brakowało, by ten LP w ogóle się nie ukazał. Materiał był gotowy już rok temu, ale z powodu problemów ze znalezieniem wydawcy całość ukazała się w styczniu bieżącego roku. Koperta CD jest estetyczna i przyjemna dla oka. Zachęca do otwarcia pudełka i umieszczenia srebrnego krążka na tacy odtwarzacza. Siadamy wygodnie w fotelu i wciskamy "Play". Wita nas potężny otwieracz Signs All Over. Gitary demolują brzmieniem, sekcja pędzi na łeb na szyję, a wokalista robi doskonały użytek ze swojego gardła. Warto dodać, że pan Per Karlsson udziela się równolegle w szwedzkim Portrait, który ma już na koncie debiutancki album. Jak zwykle w przypadku takich kawałków mamy tu schemat w postaci dynamicznej, heavy metalowej zwrotki i bardziej stonowanego i raczej hard rockowego refrenu. Po takim ciosie między oczy przydałaby się poprawka. No i takowa tu jest, może nie aż tak mocna i agresywna, ale ten przebojowy In Gut We Trust naprawdę może się podobać. Trzeba przyznać, że zespół mimo swojego stażu ma pomysły na atrakcyjne melodie i nie boi się ich zaproponować. Tytułowy Angelmaker to już coś innego. Trzeba powiedzieć, że tu jest już nieco bardziej tradycyjnie, bardzo heavy metalowo, mocno i cholernie surowo. Mam na myśli to, że jest to numer w stylu tych wszystkich starych utworów z lat '80 ubiegłego stulecia. Szkoda, że wokalista nie wyciągnął do końca tej wokalnej górki, gdy nadarzyła się okazja. Bo naprawdę ma do tego warunki, co spokojnie udowadnia pod koniec utworu. Pop na metalowo? Czemu nie. Tu mamy kower Fridy (tak, TEJ Fridy, słynnej brunetki z zespołu ABBA) I Know There's Something Going On. Wcześniej odświeżali go techno maniacy z Bomfunk Mc's przy udziale pani Jessiki Folcker. Teraz przyszło na wykonanie panów z Overdrive. Zagrane nieco wolniej, ale ciężej i z pazurem naprawdę może się podobać. Zdziwiłem się przy takim Under The Influence. Przez chwilę pomyślałem, że to RAM. W tym utworze podobają mi się także echa NWOBHM, które tu i ówdzie słychać. Może i wstęp do On With The Action jest oklepany i niemodny, ale tu pasuje doskonale. Utrzymany w średnim tempie kawałek, znów z charakterystycznymi echami fali z wysp brytyjskich nie przynosi im wstydu i może się podobać. W każdym razie noga sama wystukuje rytm. Przyłapuję się na tym, że zamiast pisać to za bardzo wczuwam się w ten numer. No i znów na wielkie brawa dla wokalisty. To co on robi ze swoim gardłem, naprawdę zasługuje na uznanie. Zaciekawiać może udana zmiana klimatu i tempa utworu. Wybaczcie, ale ten See The Light kojarzy mi się z pewnym bardzo znanym utworem Scorpionsów. No, ten wstęp i zwrotka tu i ówdzie mocno mi się z nimi kojarzą. To nie jest zarzut, wręcz przeciwnie, mi to bardzo odpowiada. Bezwzględnym hitem będzie To Grow. Pędzący na złamanie karku, morderczy i niszczący wszystko i wszystkich. Do tego doskonałe, heavy metalowe w swym klimacie zwolnienie i kapitalna solówka. Posłuchajcie tych ładnie zmiksowanych z utworem okrzyków publiki. Dawno czegoś takiego nie było, a mi bardzo się to podoba. Baaaaardzo ciekawy wstęp wita nas w Mother Earth. Szkoda, że potem reszta jest niezbyt fajna i przypomina raczej niezbyt wysokich lotów dokonania tych wszystkich drugoligowych zespołów metalowych, niemieckich w szczególności. It’s A Thriller to znów doskonałe, tradycyjne i bardzo heavy metalowe granie na wysokim poziomie. No i ten niesamowity wokalista, który doskonale czuje klimat. Nie napina się, nie wychodzi przed szereg, ale po prostu robi swoje. Posłuchajcie, jak on wyciąga te swoje wokalne górki. Niewielu wokalistów umie tak śpiewać. Cold Blood Chaser zaciekawia hard rockowymi solówkami. Oczywiście jest to kolejny utwór utrzymany w tradycyjnej, metalowej konwencji. Ale przecież o to chodzi, prawda? No i koniec. Na Wielki Finał zespół zostawił najdłuższy na płycie, bo dziesięciominutowy The Wavebreaker. No, proszę Państwa. To co tu się dzieje, musi powalać słuchacza na kolana. Na początek łagodny, akustyczny, niemal dramatyczny jak w Evergrey, wstęp. A potem grupa przechodzi do natarcia. Rusza husaria gitar. I to jest piękne. Tak grały te wszystkie zespoły na całym metalowym świecie. Jest podniośle, patetycznie, epicko, dostojnie, rycersko i królewsko. Po prostu nierdzewna, prawdziwa stal szlachetna. I to wszystko zespół zmieścił w tym jednym utworze. Mi brakuje słów. W swojej kategorii może pretendować do miana "kawałka roku". Po prostu kawał smakowitego, prawdziwie Metalowego grania. I ta końcówka...
Bardzo fajna płyta ze Szwecji i równie udany powrót. Jak wiemy, z takimi powrotami bywa różnie. Ten jest znakomity, po prostu taki jaki być powinien. Demolujące gitary, doskonale ustawiona sekcja i wspaniały, metalowy wokalista. Nie tam żaden krzykacz. On śpiewa całym sobą. Takich krążków nie należy lekceważyć. Nie popełnijcie tego błędu, ja zachęcam do zapoznania się z całością. Dawno nie było takiego grania. Polecam, ode mnie 8,5/10.
Oficjalna strona zespołu: www.overdrive.se
Vincent maj 2011
|