|
Skład: Chandler Mogel - śpiew; Bob Katsionis - gitary, instrumenty klawiszowe; Tony Kash - gitary; Sverd T. Soth - gitara basowa; Mark Cross - perkusja
Produkcja: Bob Katsionis
Uważni fani zapewne pamiętają debiut tej grecko-amerykańskiej ekipy, który ukazał się dwa lata temu, w roku 2009. Warto odnotować fakt, że ich pierwszy album zyskał uznanie krytyki i przez wielu został wybrany "Albumem Roku" w swojej kategorii. Przyznam, że ten LP był także jednym z moich ulubionych krążków. Jak powszechnie wiadomo, w przypadku drugiego wydawnictwa często pojawia się pytanie i obawa o to, czy zespół potwierdzi swoje umiejętności i aspiracje wydając płytę, która wstydu nie przyniesie, czy też może będzie tak, że w opinii wielu zostanie "zespołem jednej płyty".
Historia grupy rozpoczęła się w roku 2004, kiedy to gitarzysta Tony Kash pobierał lekcje i jammował razem z Bobem Katsionisem (tym samym, który udzielał się w greckim Firewind). Ten pierwszy okazał się pilnym uczniem i w 2008 roku, do spółki z wyżej wymienionym, a także z perkusistą Markiem Crossem (Tainted Nation, ex- Firewind, Helloween, Kingdom Come), basistą Jasonem Mercurym i znanym z udzielania się w zespole Talon, śpiewakiem Chandlerem Mogelem założył zespół Outloud. Rok później, w 2009, nakładem speców z Frontiers Records ukazał się ich pierwszy album, zatytułowany po prostu Outloud. Krótko potem doszło do zmiany warty na stanowisku basisty. Nowym członkiem grupy został znany z udzielania się w Bare Infinity, Sverd T. Soth. W tym składzie panowie odbyli trasę koncertową po swoim macierzystym kraju i podpisali stosowne papiery z niemiecką wytwórnią AOR Heaven dotyczące nowej płyty, której nagrywanie rozpoczęło się w roku 2010. Masteringiem zajął się doświadczony i zaprawiony w bojach Tommy Hansen (Helloween, TNT, Pretty Maids), a producentem, podobnie jak poprzednio, jest sam Bob Katsionis. Kompakt ozdabia przyciągająca oko okładka, a słuchając jego zawartości jestem spokojny o przyszłość gatunku muzycznego, zwanego hard rockiem. Po raz drugi zespołowi udało się osiągnąć doskonały rezultat i dać słuchaczom do rąk energetyczny, przebojowy, doskonale zagrany (w końcu w zespole byle kto nie gra), zaśpiewany i wyprodukowany krążek. Już w tytule pierwszego utworu obwieścili, że przybyli skopać pare tyłków. We Came To Rock to radośnie pędzący przed siebie niczym struś pędziwiatr "beep, beep" autostradą numer z mocnymi, nośnymi riffami, łatwo wpadającą w ucho melodią i zapamiętywalnym refrenem. Tak sobie słucham następnego w kolejce Falling Rain i zastanawiam się, czy tylko ja mam tu nachalne skojarzenia z przebojem Cutting Crew Died In Your Arms Tonight. Nie żeby mi to jakoś przeszkadzało, bo to całkiem miłe deja-vu. A ponieważ wspomniany klasyk jest już nie lada przebojem, to spodziewam się, że za lat kilkanaście będzie można powiedzieć to samo o tej ścieżce. Po chwilowym zwolnieniu tempa jazdy na ograniczeniu prędkości, w Live Again znów wciskamy gaz do dechy i gnamy z wiatrem w zawody przez malownicze trasy. Bardzo podoba mi się refren tego numeru, osobiście lubię takie zabiegi, to jak wdech przed skokiem do wody. Waiting For Your Love jakoś tak, z powodu swojego tytułu, skojarzył mi się z Whitesnake. I aż się tego przestraszyłem. Na szczęście utwór, który został wybrany na promocyjnego singla i do którego nakręcono makaron na widelec, czyli wideoklip, z kawałkami ekipy Coverdale'a nic wspólnego nie ma. Co nie przeszkadza my być jedną z najlepszych propozycji na Love Catastrophe. Bardzo dobrą propozycją jest także The Night That Never Ends. W tym miejscu mam przyjemne skojarzenia z całą masą hitów z lat '80 ubiegłego wieku. Są zatem przyjemne, niezbyt dociążone gitarki, nieskomplikowana, łatwa i ładna melodia oraz zapamiętywalny refren. Do tego zawodowa solówka. Czego chcieć więcej? Podoba się i już. Osobiście, na płytach hard rockowych lubię nagłe zmiany akcji, tak jak w przypadku ścieżki Someday. Piękny, bujający, akustyczny numer. Jak ładnie wypada w refrenie udział pani wokalistki... Takie utwory powinno serwować się parom na romantycznych randkach, wieczorach we dwoje i podobnych chwilach. By jednak nie zrobiło się omdlewająco słodko, panowie serwują dynamicznego utworka pt. Underground. Kolejna rzecz, przy której robimy głośno na full, opuszczamy szyby i jedziemy, przyjacielu. Zawodowy, hard rockowy numer. Nic dodać, nic ująć. Tylko gnać. Równie mocną propozycją jak poprzednia jest Isolation Game z wokalami przypominającymi te, które popełniła Cher w jednym ze swoich największych hitów. Trzeba pochwalić zespół za odważną próbę wprowadzenia nowinek. Tychże "elektronicznych", czy jak to nazwać, momentów nie ma wiele, bo występują tylko w zwrotkach, osobiście odbieram to jako pewną ciekawostkę i urozmaicenie. Przedostatni na płycie Clean Hands to taki bardziej rockowy kawałek, osobiście w niektórych momentach przyjemnie kojarzący mi się ze słynnym Don't Loose My Number Phila Collinsa. Tyle i aż tyle. Zamykający album, tytułowy Love Catastrophe to bodaj jedna z najlepszych propozycji na tym krążku. Wolny, syntezatorowy wstęp, a potem znów można jechać i wyprzedzać maruderów. Bardzo podobają mi się "przerwy" między kolejnymi zwrotkami i całkiem nieźle pomykający w tle basista. Tak w ogóle to jego należy tu wyróżnić. Jest równorzędnym muzykiem, nie dał się zepchnąć w tło, często da się go słyszeć robiącego różne ciekawe rzeczy ze swoim instrumentem. Pozostali muzycy również nie graja dla samego grania, wszystko ma tu swoje miejsce, nikt się nie wychyla i nikt nie dominuje. Całość jest przestrzenna, wszystko ładnie słychać.
Jednak po wysłuchaniu całości, oprócz kilku wciągających fragmentów nic nie przyciąga ucha na dłużej. Jest to album bardzo grzeczny, wygładzony i oprócz kilku agresywniejszych momentów nie ma tu nic dzikiego i brudnego. Nie ma także "ciosu finałowego", odbiorca ma prawo czuć niedosyt. Jeśli komuś podobał się debiut Outloud, temu spodoba się także ten LP. Jeśli ktoś nie zna debiutu, ten nie wie, co stracił. Ja z kolei, tak czy owak, z powodów powyższych spokojnie postawię notkę 8/10. Fanom hard rocka na dobrym poziomie zdecydowanie tę płytę polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.outloud-rock.com
Vincent sierpień 2011
|