|
Skład: Jack Blades - gitara basowa, śpiew; Joel Hoekstra - gitary, chórki; Brad Gillis - gitary, chórki; Eric Levy - instrumenty klawiszowe, chórki; Kelly Keagy - perkusja, chórki
Produkcja: Night Ranger
Istniejąca już od ponad 30 lat amerykańska ekipa Night Ranger prezentuje słuchaczom swój dziesiąty album studyjny. Somewhere Ii California nie przynosi ze sobą żadnej większej rewolucji w stylu czy brzmieniu kapeli, także tekstowo nie należy nastawiać się na niespodzianki. Panowie robią swoje według sprawdzonej recepty i robotę tę kierują do konkretnego słuchacza.
Jak pamiętamy, w 2003 r. oryginalnego klawiszowca Alana Fitzgeralda zastąpił w szeregach grupy Michael Lardie (Great White), ale większy skandal wywołało usunięcie z Night Ranger jej wieloletniego gitarzysty Jeffa Watsona (bardzo zresztą nieładny gest ze strony panów Bladesa i Gillisa, zwłaszcza że trwały wówczas prace nad krążkiem Hole In The Sun). Watsona podczas trasy koncertowej zastąpił najpierw na krótko Reb Beach, później zaś Joel Hoekstra (znany też z późniejszych występów w Trans Siberian Orchestra). W międzyczasie odszedł również Lardie; na jego miejsce przyjęto najpierw Christiana Matthew Cullena, a od marca 2011 r. klawiszowcem zespołu został Eric Levy. Co do samej muzyki Night Ranger, to jakoś nigdy nie podbiła ona mego serca, za to od zawsze czułem dziwny respekt przed talentem jej wioślarza Brada Gillisa. Np. jego solówkę wykonaną w utworze Stars (zagranym i zaśpiewanym przez elitę muzyków lat '80 skupionych wokół projektu Hear N' Aid) uważam za jedną z najbardziej pomysłowych solówek, jakie kiedykolwiek nagrano. Somewhere In California też raczej nie sprawi, że zespół dołączy do grona moich ulubionych wykonawców, ale uważam ją za całkiem przyzwoitą płytę. Mamy tu tradycyjną mieszankę AOR-u i melodynego hard rocka, w różnych proporcjach, zależnie od konkretnej kompozycji. Album rozpoczyna się od singlowego Growin' Up In California. No, jakoś numer ten nie rzucił mnie na kolana, nawet po kilku przesłuchaniach. Mimo iż jest dość energetyczny, to i tak prezentuje sobą dość przeciętny AOR. Fakt że przez tę energetyczność wydaje się dość ostry. Fakt, że wymiatana solówka też cieszy ucho, ale na tym koniec. Hard rockowe Lay It On Me szczęśliwie przynosi rehabilitację. Solidny, gitarowy riff leży u podstaw tego kawałka, a i sekcja rytmiczna sprawuje się wyśmienicie. Do tego melodyjne chórki sprawiają, że chce się je wyśpiewywać razem z grupą. Czyż nie można było ta grać od razu? Powrót w rejony AOR-owe następuje wraz z kolejną pozycją, Bye Bye Baby (Not Tonight). Refreny mogłyby być lepsze, ale za to zupełnie nie można narzekać na zwrotki, no i solóweczka też jest niczego sobie. Follow Your Heart rozpoczyna się na sposób eksperymentalno-progresywny, dalej zresztą też będzie podobnie. Riff ze zwrotek jakoś nieodparcie przypomina mi słynne dokonania Savatage z kapitalnego skądinąd utworu Jesus Saves. Niemal autmatycznie ze względu na owo podobieństwo ścieżka ląduje na mojej liście ulubieńców z tego krążka. Pora na coś spokojniejszego, czyli Time Of Our Lives. Oczywiście jest to ballada, bardzo zgrabnie zaaranżowana, z dominującą rolą łagodnie brzmiących klawiszy. Niezwykle przyjazna radiu rzecz i trzeba tylko znaleźć stacje, które bedą chciały ją na swej antenie wyemitować. Dodatowy plus za bluesującą solówkę. W No Time To Lose Ya zespół sprytnie łączy ze sobą style rock'n'rolla i amerykańskiego country (w zależności od konkretnego momentu). No, ewidentnie numer celuje w amerykańską publikę, która takie piosenki "łyka jak młody pelikan". Balladowy klimat ma kolejne w secie Live For Today. Bardzo podoba mi się bluesowa zagrywa z początku ścieżki, dalej też nie jest źle, aczkolwiek pewne podobieństwa do "nowoczesnego" Bon Jovi są tu moim zdaniem zbyteczne. Ogólnie kompozycja jest miła dla ucha, więc powinna spodobać się, nawet jeśli nie od razu, to przynajmniej po kilku odsłuchach. Wstępne mroki It's Not Over rozjaśniają wkrótce radosne partie gitar, no i robi się weselej. Całkiem przyjemna pioseneczka, ozdobiona dodatkowo gustowną solówką. End Of The Day jest jeszcze jedną nadzwyczaj udaną balladą na Somewhere In California. Gdyby wyszła na singlu pod koniec lat '80, zapewne byłaby murowanym hitem. W mój gust trafiła za pierwszym strzałem. Trafiony-zatopiony. Tytuł Rock n' Roll Tonight mówi sam za siebie. Dość typowy rock'n'rollowy riff i do tego niestety niezbyt porywające linie wokalne. Pewnie znajdą się tacy, którzy będą tym numerem zauroczeni, jak dla mnie jest to jednak zbędny zapychacz. W normalnej sytuacji obraziłbym się też za nadmiar pościelówek w zestawie, lecz Say It With Love nie jest całkowicie balladą. Spora część ścieżki jest szybsza i ostrzejsza. Ale to nie jest aż tak istotne, najważniejsze, że nie zapomniano o tzw. smaczkach. Takim smaczkiem jest tu dla mnie np. początek nagrania, gdzie mamy we wstępie (pod koniec kawałka motyw jeszcze powtórzono) klawisze aranżowane jak w jakimś "Jeziorze Łabędzim". Riff przed solówką i cała aranżacja chórków też brzmią apetycznie. Na koniec oficjalnego wydania płyty mamy prawdziwą perełkę - całkowicie instrumentalne L.A. No Name. Akustyczny popis dwóch wioślarzy, gdzie mamy choćby motywy jak w hiszpańskim flamenco, plus fragmenty bluesowe. Urzeka czystość wykonywania flażoletów i niesamowita precyzja techniczna muzyków. Prawdziwa bomba, mocno podnosząca wartość krążka. "Cyfrowcy" zaopatrujący się w mp3 w klepach typu Amazon czy iTunes dostają więcej, niż fani tradycyjnego CD. Jako iż dwóch bonusów nie ma na moim wydaniu albumu, postanowiłem zaposiłkować się Internetem. Znalazłem jakieś koncertowe wykonanie Dirty Deeds Done Dirt Cheap, będące przeróbką znanego utworu AC/DC. Trzeba przyznać, że całkiem nieźle to wyszło w interpretacji Night Ranger. Inny bonus to Coming Of Age, również cover, tym razem supergrupy Damn Yankees. Muzyków wsparł Ted Nugent i przyznaję bez bicia, że nowa, wydłużona do niemal ośmiu minut wersja nagrania podoba mi się bardziej od oryginału (moje czysto subiektywne odczucie). Zmieniono tu całkowicie solówkę i wpleciono zamiast niej obszerny fragment nugentowego numeru Strangehold. Fajne zagranie, aczkolwiek lepiej byłoby chyba zamieścić je jako osobną ścieżkę.
Większość materiału zawartego na Somewhere In California jest wysokich lotów. W sumie tylko ze 2-3 kompozycje psują odbiór całości (w tym pierwsza, singlowa), ale z pewnością jest to pozycja godna uwagi. Masa fajnych solówek, tu i ówdzie ciekawe smaczki, co pozytywnie podnosi walory płyty. Fani Night Ranger mogą krążek zakupić w ciemno (i dozbroić go obowiązkowo w cyfrowe bonusy), miłośnikom AOR-u i melodyjnego hard rocka też wydawnictwo polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.nightranger.com
Guitarrizer lipiec 2011
|