Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Nazareth - This flight tonight z legendą rocka ***

Nazareth Relacja z koncertu Nazareth w Polsce - 25.08.2009 r. godz. 20.00, Warszawa, Klub Progresja

Gdy mówimy o Nazareth, przeciętnemu zjadaczowi chleba nasunie się na myśl Love Hurts. Ten, który wie już trochę więcej, słyszał nawet, iż Love Hurts to cover, utwór napisany w oryginale przez The Everly Brothers. Jednak większość skojarzy Nazareth z jakimiś smętkami dla starych dziadków - nic bardziej błędnego!

Zadziwiająca siła, zaangażowanie i miłość do muzyki trzyma zespół w kupie od 41 lat. Mimo pewnych zmian w nazarethowej drużynie, najdłużej pozostali w nim wokalista z basistą. Skład obecnie stanowią: Dan McCafferty (wokal), Pete Agnew (gitara basowa), Jimmy Murrison (gitara) i Lee Agnew (perkusja).

Koncert zaplanowany na 20:00, bez żadnych supportów, rozpoczął się może, bagatela pięć po. Panowie nie zwlekali, tylko profesjonalnie przystąpili do rzeczy. Dyscyplina być musi, zwłaszcza, że gra się tyle koncertów - trasa w Polsce obejmuje dwanaście występów w różnych miastach, prawie dzień po dniu.

Nazareth na żywo, Warszawa 2009 Najpierw zgasły światła i dała się słyszeć szkocka melodyjka. O swoich korzeniach Nazareth nie zapominają, okazjonalnie wcielając podobne melodie do swoich utworów. W końcu na scenie pojawiła się sympatyczna szkocka czwórka muzyków i zaczęli z przysłowiowej grubej rury. Rozpoczęto od kawałka Telegram, jak na mój gust jednej z bardziej charakterystycznych i zróżnicowanych piosenek z ich dyskografii. Od razu pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, była świetna kondycja wokalna Dana. Gardło, mimo że przez lata katowane śpiewaniem, papierosami i alkoholem, wciąż dawało radę. Boska chrypka dodawała smaczku, zaś mimika twarzy i gesty zdradzały pełne zaangażowanie artysty i doskonałe wczucie się w repertuar. Wdzięcznie, zdecydowanie i przede wszystkim naturalnie - czyli to, czego oczekiwała publiczność. Następnie poleciał Turn On Your Receiver, kolejna konkretna pozycja, która wypadła może trochę bardziej blado, lecz zaraz “straty” nadrobione zostały przez wyjątkowo mocny szlagier: Miss Misery. Tutaj już i publiczność zaczęła trochę wtórować Danowi, który robił swoje z takim przejęciem, że ciarki przebiegały mi po plecach! Pewnie zresztą nie tylko mnie, bo jak później słyszałam różne opinie, wyszło na to, że Miss Misery spełniła rolę piosenki wieczoru.

Nazareth na żywo, Warszawa 2009 Zaraz potem nadeszła pora na coś lżejszego, co nie znaczy, gorszego. Już przy pierwszych wersach Dream On publiczność rozśpiewała się, współtworząc z zespołem wspaniałą atmosferę, która przepełniła całą Progresję. Rozkołysany tłum był zachwycony i nawet mimo wieku niektórych fanów, bawili się dosłownie wszyscy. Znakomicie ułożony set sugerowałby teraz coś żywszego. I tak w istocie było, usłyszeliśmy Bad, Bad Boy, który rock’n’rollowo rozkołysał nasze dusze i ciała. Później, po krótkim zapytaniu Dana, czy byliśmy kiedyś zakochani, mogliśmy spodziewać się, a jakże, piosenki Love Leads To Madness, lecz zaraz po niej wesoło rozbrzmiewał My White Bicycle. Dan świetnie bawił się śpiewając ten numer i namawiał publiczność, by razem z nim wykonywała refren. Następnie zespół wykonał Heart’s Grown Cold i w końcu nastąpił kolejny "hicior" (ha, od tego momentu były już same szlagiery) Shanghai'd In Shanghai rozpoznawalny już od pierwszego charakterystycznego uderzenia we wiosło. Rytmiczny riff, rock’n’roll i w tym wszystkim niezmordowani bohaterowie wieczoru, Dan i ekipa - pokazali co najlepsze. Później zaś Hair Of The Dog z udziałem kobzy, na której grał wokalista. Od razu posypały się gromkie brawa, gdy tylko Dan przytknął usta do instrumentu. Kawałek i solówka wykonane z klasą spełniły oczekiwania, lecz niestety zaraz potem kolejna kompozycja wypadła mniej różowo... No cóż, doczekaliśmy się kolejnej ballady i to nie byle jakiej. Znane wszem i wobec Love Hurts, które to, jak wspominałam, pewnie nawet najbardziej uparty przeciwnik rocka kojarzy z radia. Słysząc pierwsze dźwięki tego długo oczekiwanego przeze mnie utworu zaczęłam od razu przygotowywać się na pozytywną „masakrę”. Niestety... coś tu się popsuło, coś było nie tak. Dan zinterpretował wokalnie kawałek trochę inaczej, niż do tego przywykliśmy i już czar zaczął pryskać. Tak to niestety jest z tymi hitami, szczególnie zaś z balladami - zagranie takiej piosenki na żywo, by brzmiała tak samo jak na nagraniu - to chyba niewykonalne…

I na tym... koniec? Muzycy pożegnali się, zeszli ze sceny. Eeee... gdzie tam koniec! Wszak jeszcze bisy!

Na początku reakcja publiczności była mizerna. Czyżby zmęczenie? Pora jeszcze była młoda. Na szczęście zaraz potem zaczęto chóralnie wzywać zespół z powrotem na scenę.

Nazareth na żywo, Warszawa 2009 Dziwną sprawą byłoby, gdyby z nowego repertuaru, mam tu oczywiście na myśli ostatnią płytę z 2008 - The Newz, nie pojawiło się nic. W końcu otrzymaliśmy okazję by usłyszeć See Me i porównać sobie brzmienie starych piosenek z nowymi. Utwór ten na pewno różni się kompozycyjnie od wielu staroci, jest nad wyraz lekki i melodyjny, ale spokojnie możemy powiedzieć, że duch Nazareth został zachowany.

No dobra, a teraz pytanie: czego najbardziej Wam zabrakło?

Jestem pewna, że ponad połowa czytelników, którzy nie byli na koncercie, odpowie: RAZAMANAZ! No to reszta pewnie uzna, że: THIS FLIGHT TONIGHT! Tak, moi drodzy Szkoci nie dali nam wyjść z sali z brakiem satysfakcji. Zagrano obydwie wymienione piosenki, z których pierwsza wypadła świetnie, druga trochę gorzej, jednak pozostało przecież ogólne wrażenie po koncercie - rewelacja bez dwóch zdań! No i wniosek, że takiego Nazareth wcześniej nie znałam! Nachodzi mnie zatem refleksja, że kto nie był na Nazareth, ten po prostu nie słyszał Nazareth. Że aby docenić naprawdę ten zespół, same płyty nie wystarczą.

Koncert w warszawskim klubie Progresja udowodnił mi, że ta czwórka Szkotów to jednak coś więcej niż przeciętna kapela grająca rocka w stylu lat siedemdziesiątych. To przede wszystkim niesamowita moc wypływająca z wokalu tego starego wyjadacza, McCafferty’ego. Dopełnieniem reszty są riffy, na żywo brzmiące tak soczyście i wyraźnie, iż wydaje się, że zespół gra o wiele ostrzej niż przyzwyczailiśmy się dzięki płytom.

Żałujecie, że Was nie było? Spieszcie się, Nazareth gra jeszcze w paru polskich miastach i zabawi tutaj do pierwszych dni września! Może gdzieś jeszcze zdołacie ich dopaść!

Strona promocyjna trasy koncertowej: Nazareth 2009 - promo

AC
27 sierpień 2009