|
Skład: Rainer Wiechmann - gitary, śpiew; Cindy Wiechmann - śpiew; Darcy Maudsley - gitara basowa, chórki; Dale Penney - perkusja, chórki
Produkcja: Rainer Wiechmann
Zaprawdę powiadam Wam - to mogła być płyta roku ubiegłego! No dobra, może i przesadziłem, ale ten nikomu nieznany, w zasadzie podziemny, kanadyjski zespół zdołał nagrać krążek, który niszczy obiekty. Wyobraźcie sobie, że po pierwszym kawałku musiałem zatrzymać płytę. Tak bardzo wstrząsnął mną otwieracz. Przenigdy nie spodziewałbym się, że można nagrać tak mocarny album będący wypadkową czegoś na kształt najlepszych nagrań z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, zmiksowanego z wpływami wizjonerów z Rush, magików z Tool, dzisiejszych speców od nowoczesnego metalu w stylu groove, a wszystko pachnące z daleka sosem przyrządzanym zwykle przez Tomka Iommiego i spółkę. A jeśli Wam mało, to dodajcie nieco stonerowego piachu i doom metalowej melancholii.
A wiecie, kto wysmażył takowe dzieło? Ex-członkowie skądinąd znanego Helix. Fajnie, co? Zespół Nail został założony w roku 2007 przez Rainera aka Rhino i Cindy Wiechmann. Zdążyli nagrać album zatytułowany po prostu Nail, a prezentowany dziś przeze mnie krążek Power And Glory jest ich drugim dzieckiem. Ukazał się on 10 maja 2010 roku. Jaka szkoda, że dopiero teraz mam okazję go posłuchać i recenzować, bo gdyby wpadł mi w ręce wcześniej, to miałby spore szanse znaleźć się w rocznym podsumowaniu roku ubiegłego. Wzrok mój przyciągnęła dość nietypowa jak na tego rodzaju wydawnictwa okładka. Potem spojrzałem na kraj pochodzenia i wiedziałem, że w ten album koniecznie muszę się zaopatrzyć. Nie tylko dlatego, że kanadyjskie zespoły słyną ze swojej solidności (niektóre mają skłonność do jedno płytowych wyskoków, po czym znikają na zawsze). Przede wszystkim kraj ten jest swoistym "metalowym skrzyżowaniem". Muzycy pochodzący z tego kraju nie tylko nie boją się mieszać ze sobą różnych stylów muzycznych, ale robią to bardzo umiejętnie i przede wszystkim ciekawie. Oczywiście nie bez znaczenia jest, że w składzie jest dwójka ex-muzyków znanego i lubianego Helix. Proszę się jednak nie obawiać. To co znajduje się na LP Nail, nie jest kalką dokonań wspomnianej drużyny. Oczywiście pewne elementy styczne są, bo trudno byłoby ich uniknąć, całość jest jednak bardzo dobra, przebojowa, chwytliwa, ale i cholernie ciężka. Jakże fajnie wypadają na tle tych wszystkich cech znakomite, melodyjne zwolnienia, w których radośnie macha do nas pan Waters z Annihilator. Czuć w tych fragmentach szkołę tego jegomościa. I bardzo dobrze. Ktoś może popatrzeć na skład i powiedzieć: "Phi! Kobieta na wokalu!". Wolno tak stwierdzić, czemu nie. Tyle, że popełnia się grzech ciężki, bo pani Cindy Wiechmann sprawdza się tu wyśmienicie, zarówno w nagraniach z refrenami wypisz-wymaluj w stylu Tomka Martina, jak i w kawałkach przypominających ostatnie dokonania Cathedral. Zaskoczeni? Mnie też zamurowało. Odpalając ten krążek proszę przygotować się na solidne wejście King Of Fools. Znakomity riff, miażdżący niczym słonica bas i dudniące gary, a na dokładkę Rhino i Cindy śpiewający w duecie. Zwróćcie uwagę na sabbathowy refren w stylu Martina. Nie można zapomnieć o znakomitej solówce, a co się dzieje w jej tle, to jest mistrzostwo świata. Naprawdę rzadko słyszy się tak mielącego basistę. Ba, nawet death metalowi bassmani nie zawsze tak grają. Jest więc za co chwalić, a jakby tego było mało, to gdzieś tam w tle czai się duch mistrza Butlera. Kapitalny numer! Po tym wszystkim nastąpiło wciśnięcie przycisku "stop", usiadłem wygodniej w fotelu, wziąłem głęboki wdech niczym przed skokiem do wody i ponownie włączyłem album. Saving Face to już nieco łagodniejszy, ale wciąż ciężki kawałek. Gdzieś tam w tle coś dzwoni, na pewno słyszałem już coś podobnego, ale to mija, gdy zespół zapędza się w rejony zarezerwowane dla zespołów prog metalowych. Niemniej posłuchajcie tych pomysłowych riffów i bardzo ciekawego refrenu. Rzadko która ekipa tak dziś gra. Mielenie na basie otwiera następny w kolejce Superhuman. Zapewne tak zabrzmieliby twórcy słynnego Spirit Of Radio, gdyby dołożyć im nieco ciężaru, dodać co nieco ekwilibrystyki panów z Tool i zaprawić to ledwo uchwytnymi wpływami groove. I taki nieco radiowy refren, ale niech tam! Ależ mięcho jest w kolejnym History. Rzadko słyszy się tak znakomity i co tu dużo gadać - zwalający z nóg riff. I jakże fajnie wypadają tu łagodniejsze momenty. I po raz kolejny Rhino nie tylko znakomicie wiosłuje, ale udziela się wokalnie. Podoba mi się to, że Cindy nie stara się za wszelką cenę wspinać się na swoje wokalne wyżyny. Piąty w kolejności na płycie Bottom Feeder to wyhamowanie i duszne klimaty rodem z Tool czy sławnego Cathedral. Zaskoczeni? Posłuchajcie tego znakomitego i przebojowego refrenu! Znów pojawia się ze skromnym udziałem Rhino. No moi drodzy, takich melodii nie pisze się na kolanie. Pierwsze skrzypce gra tu basista i robi to bez najmniejszego zająknięcia się. Wielkie brawa! Do tego troszeczkę progowych klimatów i solówka nieco w stylu Iommiego. Nie wiem, czy nie jest to najlepszy kawałek na płycie. Nadal pozostajemy w tempach nieco wolniejszych, a utwór Last Days możemy chyba potraktować jako balladę. Choć gdy wchodzi ten miażdżący, sabbathowy riff, przestaje być słodko i łagodnie. Na pewno Iommi, a za nim Lee Dorian nie powstydziliby się takiej gry. A potem przepiękny, łagodny fragment. Nie mam słów, po prostu kapitalne, wspaniałe. Ten Rhino to jednak ma łeb. The Devil You Know. Yyyyyy... znacie tego czorta? Się wie, że znamy, bo ten kawałek to wypisz wymaluj Cathedral z początków wieku XXI, mniej więcej około płyty Endtyme i później. Brzmi identyko. Zrobiło się bardziej doomowo, zespół zdaje się zauważył to, bo serwuje heavy metalowy utwór Skin. To już końcówka krążka i zrobiło się nieco lżej. Do tego te "cathedralowe" brzmienie ciągle jest obecne. No cóż, troszeczkę mnie to drażni. Jednak kunszt wykonania nadal wysoki. No i wciąż świetnie śpiewająca Cindy. Tytułowy Power And Greed to powrót do miażdżącego początku. Nie ma zmiłuj się. Bezlitosne, nieco sabbathowe łojenie, szkoda, że ten refren za wyjątkiem końcówki jakiś nie ten teges. To jedyny zgrzyt w tym nagraniu. Warto jednak czekać na zawodową solówkę i mielącego basistę. Posłuchajcie tego fragmentu, gdy bawią się tu przez chwilę swoimi instrumentami. To się musi podobać. Ten bardzo udany album kończy Less Than Zero, utwór z wyraźnymi nawiązaniami do wspominanego wyżej Toola. Ładnie to wymieszano z nutami stricte sabbathowymi. Doskonałym zabiegiem okazała się zmiana tempa, a po nim solówka przypominająca te, jakie grają dzisiejsi nowomodni, metalowi wioślarze.
10 utworów przy których nie sposób się nudzić. Płyta będąca mieszanką wszystkiego co najlepsze. Tak więc jeśli lubicie melodyjne granie z dodatkiem progresji i cholernie ciężkiego mielenia instrumentami na niebotycznie wysokim poziomie, to zdecydowanie powinniście rozejrzeć się za tym wydawnictwem. Ostrzegam - zawartość nie spodoba się wszystkim, ale warto stanąć z tym LP w szranki i przynajmniej spróbować. Moim skromnym zdaniem jest to jedna z najciekawszych płyt roku ubiegłego i bardzo żałuję, że dociera ona do mnie prawie rok po premierze. Kanada, kraj będący metalowym skrzyżowaniem dróg, wypluwa kolejną, znakomita płytę. Ode mnie ocena maksymalna. Polecam.
Oficjalna strona zespołu: www.nailband.com
Vincent marzec 2011
|