|
Skład: Robin McAuley - śpiew; Michael Schenker - gitary: prowadząca, rytmiczna, akustyczna; Steve Mann - gitara rytmiczna i akustyczna, instrumenty klawiszowe, chórki; Rocky Newton - gitara basowa, chórki; Bodo Schopf - perkusja, chórki
Produkcja: Frank Filipetti
MSG z Robinem McAuleyem w składzie miało zarówno swoich gorących zwolenników, jak i przeciwników. Ci pierwsi twierdzili, że dopiero w takiej formule zespół udowodnił, że naprawdę potrafi pokazać się od strony instrumentalnej i wpisać się w estetykę obowiązującą w latach 80-ych, a przy tym stworzyć worek niezapomnianych przebojów, natomiast ci drudzy zarzucali grupie, że ta w pogoni za komercją utraciła swój styl, wypracowany na początku tamtej dekady i rozwodniła brzmienie. Kto miał rację? Z perspektywy lat widać, że jedni i drudzy po trochu, aczkolwiek bliżsi prawdy byli jednak zwolennicy. Słychać bowiem, że zmiana estetyki w połowie lat 80-ych stanowiła ożywczy powiew w nieco już schematycznych, wcześniejszych poczynaniach tej załogi.
Po przebojowym, i na wskroś komercyjnym, skłaniającym się ku AOR-owi Perfect Timing, wydane w 1989 roku Save Yourself było drugim wynurzeniem kwintetu. Tym razem muzycy zdecydowali się na zaostrzenie brzmienia nie rezygnując z melodyjności, co spowodowało, że ta płyta to niemal czysty hair metal. Niektórzy mieli Schenkerowi i spółce za złe, że owo zaostrzenie, wysunięcie na pierwszy plan zdecydowanych, mocnych gitar odbyło się kosztem uproszczenia struktur utworów, inni podkreślali, że dopiero w takiej stylistyce gitarzysta mógł pokazać pełnię swoich umiejętności, gdyż w ten sposób otworzyła się przestrzeń dla jego popisów. I rzeczywiście, mnóstwo tu rozmaitych smaczków w grze gitary prowadzącej, sporo znakomitych solówek, jak choćby w mocno neoklasycznym shreddingu we wstępie otwierającego wydawnictwo Save Yourself. A po tym intro wybucha bomba w postaci dynamicznego wejścia gitary rytmicznej i szybko nabijanego rytmu przez perkusję. Gęba się śmieje, gdy usłyszy również solo po drugiej zwrotce, tym razem z neoklasycznym staccato. Tempo tego kawałka ciekawie kontrastuje ze spokojnym głosem Robina McAuleya - lekko zachrypniętym, ale również bardzo śpiewnym. Może facet nie dysponuje bardzo mocnym głosem, ale potrafi nim nadać każdemu utworowi własny charakter. Przekonuje o tym party rockowy Bad Boys, bazujący na jankeskich do bólu, kołyszących zagrywkach gitar oraz na wpół skandowanych wokalach. Tempo utworu i linie wokalne przypominają Ratt, natomiast praca gitar może się kojarzyć również z Great White. Fajnym pomysłem było tu wplecenie odgłosów jakiejś imprezy. Pewnie niejedna panna pokręci przy tym bioderkami. No i dochodzimy do Anytime - wisienki na torcie, wzorca z Sevres power ballady, pościelowy doskonałej (nie szczędzę komplementów, bo ona naprawdę na nie zasługuje). Najpierw mamy tu spokojne, jakby wyłaniające się z mgły zagrywki akustyczne, potem zdecydowany riff i cudowną melodię, której poszczególne fragmenty zazębiają się ze sobą i tęsknym solo tak idealnie, że wcale nie odczuwa się, że kompozycja trwa prawie sześć minut. Get Down To Bizness oznacza powrót do rozbujanych, trochę kowbojskich rytmów, w partiach gitar znów narzucających skojarzenia z Great White. Całości dopełnia znów bardzo przebojowa melodyka (podoba mi się tu zwłaszcza przedrefren). Nietypową balladą jest wolno sunące, a jednak oparte na potężnym, marszowym riffie Shadows Of The Night. Na brawa zasługują w niej przede wszystkim partie gitary prowadzącej, tworzące przez całą długość utworu melodię równoległą do tej wyśpiewywanej przez gardłowego, jakby splatającą się z nią w uścisku. Wciąga również melancholijno-mroczna wymowa numeru oraz kolejne solo zabarwione stylem neoklasycznym. W bardzo "scorpionsowym" pod względem struktury What We Need nasi bohaterowie nieco obniżyli loty, tym razem komponując kawałek, któremu bliżej do "metal-by-numbers" niż do czegoś zachwycającego. Ale chociaż jest on dość przeciętny, nie sposób nie zwrócić uwagi na interesujące zagrywki Schenkera (przywodzące na myśl to, co zrobiło Thin Lizzy w Holy War) i na rasowe bębnienie Bodo Schopfa. Marszowo-szarpany I Am Your Radio w znakomity sposób nawiązuje do tradycji takich zespołów, jak Queen (bardzo "queenowy" jest zwłaszcza przedrefren), czy Icon z okresu Night Of The Crime (przez połączenie swoistej drapieżności skandowanego refrenu z przebojowością zwrotki). Po takiej dawce przebojów świetnie uspokaja niespełna dwuminutowy, całkowicie instrumentalny There Has To Be Another Way, leniwy, relaksujący, a jednocześnie wędrujący po różnych tonacjach i dowodzący niepospolitego talentu pana wioślarza (w przestrzennej końcówce przypomina trochę utwory Gary’ego Moore’a). Kilka ostatnich piosenek na krążku świadczy o AOR-owych inklinacjach kapeli, gdyż zagrane są one bardziej spokojnie, rośnie w nich udział klawiszowego tła, partie wokalne jakby łagodnieją. Nie oznacza to jednak, że wartość kawałków spada. Słuchając utrzymanego w średnim tempie This Is My Heart, szybszego, "pompującego" melodyjnego hard rocka w Destiny, czy też połączenia bardzo grzecznego, zbliżającego się niemal do Dire Straits początku Take Me Back z jego hitowym refrenem, odnosi się wrażenie, że wiele innych ekip mogło tylko zazdrościć MSG klasy wykonawczej, perfekcyjnych aranżacji, konsekwentnego dopasowania solówek do wokali i charakteru numerów.
Jak zatem brzmi werdykt groźnego recenzenta w przypadku tego albumu? No cóż, mamy tutaj jedenaście kawałków, z których tylko jeden mogę uznać za wypełniacz. Pozostałe można stawiać za wzór świetnie skomponowanego i zaaranżowanego melodyjnego rocka dla kolejnych pokoleń naśladowców. Rewelacyjna płyta, którą polecam wszystkim.
Oficjalna strona Michaela Schenkera: www.michaelschenkerhimself.com
Hardlover marzec 2010
|