Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

MR. BIG - What If... [2011]
Wydawca: Frontiers Records / Caroline / Ais

  1. Undertow
  2. American Beauty
  3. Stranger In My Life
  4. Nobody Takes The Blame
  5. Still Ain't Enough For Me
  6. Once Upon A Time
  7. As Far As I Can See
  8. All The Way Up
  9. I Won't Get In My Way
  10. Around The World
  11. I Get The Feeling
  12. Unforgiven [bonus track]
What If...

Skład: Eric Martin - śpiew; Paul Gilbert - gitara, chórki; Billy Sheehan - gitara basowa, chórki; Pat Torpey - perkusja, chórki

Produkcja: Kevin Shirley

Po tym jak bilety na japońską trasę koncertową zostały całkowicie wyprzedane, nie trudno było się domyślić, że Mr. Big w oryginalnym składzie (z Paulem Gilbertem na pokładzie) powróci, by wydać jeszcze jeden studyjny krążek. Wierni skośnoocy fani dostali płytę już w 2010 r., europejska publiczność musiała zaczekać do stycznia.

Samej grupy chyba szerzej przedstawiać nie trzeba. Muzycy zdobyli największy rozgłos na początku lat '90, później nawet pomimo niezbyt przychylnych czasów zespół cieszył się niesłabnącą sławą w Kraju Kwitnącej Wiśni. Dwóch członków formacji, Gilbert i Sheehan, znanych jest też czytelnikom pism gitarowych, gdzie kilka razy z rzędu wygrywali różne konkursy na najbardziej utalentowanych gitarzystów i basistów. Gilbert ponadto wydał całą serię udanych płyt solowych pokazujących go w nadzwyczaj dobrej formie, a i Martin był ostatnio dość aktywny wydawniczo. Do pracy nad What If... zespół zaprosił jako producenta Kevina Shirleya, znanego z wcześniejszej współpracy z Aerosmith, Rush i Iron Maiden. Efektem jest całkiem udany krążek, chociaż akurat brzmienie z mojego punktu widzenia nieco kuleje (jest trochę zbyt mętne, mało czytelne) i jako jedyne ciągnie wydawnictwo w dół. Płyta startuje łatwo strawną i zgrabną zarazem kompozycją o tytule Undertow. Fajnie chodzą gitary rytmiczne, piosenka ma wpadający w ucho refren, no i muszę pochwalić od razu śpiew Martina, bo najwyraźniej wyrobił się facet przez lata. Kiedyś jego barwa głosu mnie drażniła, a teraz jest całkiem do przełknięcia. Doskonała robota Paula w solówce, ale w sumie było to do przewidzenia dla tego, kto słyszał jego ostatni solowy album. American Beauty zaskoczyło mnie silnymi nawiązaniami do wczesnego Van Halena, lecz to zaskoczenie jak najbardziej pozytywne. No, ja tu słyszę sporo zapożyczeń np. z Hot For Teacher. Rytmika gitar, riffy, sposób grania solówki, a kto wie, czy i nie linie wokalne bliźniacze, nawet mimo odmiennej barwy głosu gardłowego. Powiem szczerze, że to robi mi smaka na kolejny krążek ekipy Eddiego z Lee Rothem za mikrofonem. Co do balladowego Stranger In My Life miałem początkowo pewne obiekcje, jednak z czasem piosenka zaczęła coraz bardziej mi się podobać. Wspomniane obiekcje tyczyły się nieco zbyt modern rockowego podejścia do komponowania pościelowki. Utwór jest mimo wszystko dość melodyjny i ma również coś z grania a'la lata '80. Kolejny w secie Nobody Takes The Blame ma w sobie coś amerykańskiego, na wskroś kowbojskiego, ale i dosłyszeć można się nieco brytyjskiego rocka z końcówki lat '60 i początku '70. No i nie sposób nie wspomnieć o licznych, bluesowych klimatach - słychać to w sposobie śpiewania Erica oraz we frazowaniu Paula w solówce. Przejście do skoczniejszej stylistyki zwiastuje Still Ain't Enough For Me, które może spodobać się tym fanom, którzy oczekuja od ekipy grania podobnego do pierwszych płyt Mr. Biga. Tutaj Gilbert poszalał nawet w riffach, bo że solówka będzie dzika i wściekła, to już przecież normalne. Taki szybki rock'n'roll. Miłośników cięższego Black Sabbath powinien usatysfakcjonować kawałek o tytule Once Upon A Time. Inna sprawa, że podobnie grało i Lionsheart pod koniec lat '90. Zresztą podobieństwa do Lwiego Serca to też i zasługa samego Martina, który śpiewa tu trochę na manierę Grimmetta, tyle że w niższych rejestrach. Jedna z najlepszych pozycji na płycie, notabene. As Far As I Can See przyzwoite, chociaż z racji nieco większego połamania w zwrotkach już nie tak łatwo strawne. Refren tego rockera też mógłby być lepszy, ale co tam. Komu mało ballad, temu All The Way Up. Dość udane nagranie, nie powiem, lecz nie w moim typie. Ja zdecydowanie wolę Mr. Biga w pościelówkach w stylu pamiętnego To Be With You i nic na to nie poradzę. Mała ciekawostka - momentami Eric zbliża się tu barwą głosu do Joeya Tempesta z Europe (porównajcie to sobie z płytą Prisoners In Paradise znanych Szwedów). I Won't Get In My Way uzbrojone zostało w sprytny wstęp, szkoda tylko, że zwrotki nie dorównały początkowi ścieżki i przede wszystkim mamy tu mało ciekawe refreny. Jakby były one zrobione na siłę, bez pomysłu. Mogli się panowie bardziej postarać, zamiast generować wypełniacze. Sytuację ratuje bardziej żywiołowe i energetyczne Around The World. Świetnie spisuje się ze swoimi nieco hendriksowskimi riffami Gilbert, aczkolwiek gra je ze specyficznym dla siebie zacięciem. Numer dobry na koncerty, refren szybko wpada w ucho i można go wyśpiewywać razem z zespołem. Słodziutkim kawałkiem jest I Get The Feeling. Słodkość wyczuwa się w wesołych partiach gitar i w radosnym śpiewie wokalisty (Pana Wokalisty, jeśli ktoś potrafi wyczuć aluzję). Melodie wokalne z refrenów już gdzieś słyszałem, choć w tym momencie nie wskażę akurat żadnego konkretnego utworu (chyba któraś z AOR-owych legend miała coś takiego w swoim zestawie hitów, albo Joe Cocker). Jakże miłą niespodzianką jest dołączone jako bonus Unforgiven. Nie wyobrażam sobie płyty bez tego nagrania, tym bardziej że to jedno z najlepszych z całego zestawu. Wspaniale grające gitary i genialne, pasujące do tego wszystkiego rozwiązania w liniach gitary basowej, ponadto nic a nic nie przeszkadzający tutaj Martin. Pozycja dla tych, którzy lubią poczuć w muzyce groove.

A jednak świnie mogą latać, podobnie jak zespół może powrócić po latach i nagrać świetny krążek... Kto nie wierzy, niech koniecznie sam sprawdzi What If... Mr. Biga. Z początku płyta wydawała mi się taka sobie, lecz wystarczyło kilka przesłuchań, by diametralnie zmienić zdanie. Fani grupy niech kupują w ciemno, sympatycy dobrego hard rocka też mogą.

Oficjalna strona zespołu: www.mrbigsite.com

Guitarrizer
styczeń 2011