Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

MOTORJESUS - Wheels Of Purgatory [2010]
Wydawca: Drakkar Entertainment / Sony Music

  1. Ignition
  2. Motor Discipline
  3. Fist Of The Dragon
  4. King Of The Dead End Road
  5. Fuel The Warmachine
  6. Hammer Of The Lord
  7. West Of Hell
  8. Down To Zero
  9. Wheels Of Purgatory
  10. The Church (Of Booze And Kerosene)
  11. The Shadowman
  12. Fire 99
  13. Electric Rise [bonus track]
  14. Old Man [bonus track]
Wheels Of Purgatory

Skład: Chris "Howling" Birx - śpiew; Andy "Social" Peters - gitary; "Rock 'n" Roman Jasiczak - gitara basowa; Guido Reuss - gitary; Oliver Beck - perkusja

Produkcja: Achim Kaiser

To jest kolejna, któraś tam już płyta, którą miałem ominąć. Bo patrząc na okładkę, to czegóż można się spodziewać? Ktoś powie, że zapewne niezbyt wysokich lotów, aczkolwiek sprawnie zagranego hard rocka. I bez bicia przyznaję się, że i ja byłem podobnego zdania. Bo i nazwa zespołu jest raczej nieciekawa, a może i nawet ktoś powie, że prostacka, lecz nie ma nic wspólnego z tematyką nakreśloną i zaproponowaną przez zespół w tytułach poszczególnych utworów. O nich będzie troszkę później.

Słów kilka na temat zespołu. Motorjesus to formacja z Niemcowni, mająca już na koncie trochę dokonań. Ktoś otagował ich twórczość jako Hard Rock. Czy tak jest? Chyba jednak nie do końca. Ja się nie znam, ale moim skromnym zdaniem to raczej taki ognisty miks kilku stylów. Już wszystko tłumaczę. Hard Rock? Niby tak, ale nie do końca. Heavy Metal? Chyba za mocno powiedziane. Stoner? Też do końca nie. "Czyli co?", zapytacie. Po namyśle zaryzykuję stwierdzenie, że jest to nic innego jak całkiem solidna i fajna mieszanka hard rocka, stonera, heavy metalu i południowego rocka ze Stanów, zaprawiona solidną dawką ognistych, rockowych riffów. Granie bardzo solidne, odważne i bez zbędnego oglądania się za siebie i na innych. Tak więc jest to niewątpliwie album zdecydowanie godzien dogłębnego i szczegółowego obadania oraz szerszej recenzji. Ja powiem, że jest to płyta w sam raz na mocne grzanie środkiem autostrady z opuszczonymi szybami. Troszeczkę przypomina to sławną już formację Shagraha, Chrome Division. Tyle, że panowie z Motorjesus nie zawarli w swojej muzyce zbyt wiele Motörhead. Jest w tym także coś z Mustasch i może coś z Black Stone Cherry, ale brzmi to zupełnie inaczej i jak na mój gust całkiem świeżo. Już rozpoczynający CD, instrumentalny, rockowy Ignition zapowiada fajną i przede wszystkim mocarną jazdę z gazem wciśniętym do przysłowiowej "dechy". Intro płynnie przechodzi w jeden z najlepszych wałków na tym krążku, utwor zatytułowany Motor Discipline. Trudno oprzeć się skojarzeniom ze wspomnianą formacją krzykacza Dimmu Borgir. Posłuchajcie tego refrenu! Ręka do góry, komu nie chce się tego zanucić razem z wokalistą? Nie ma takowych? No właśnie. Bardzo fajnie, iście w stylu Mistrza Bruce Lee rozpoczyna się Fist Of The Dragon. Po prostu musicie tego posłuchać. No i gdzieś ktoś położył już podobne gitarki. Skojarzenie mam na końcu języka, ale za nic na świecie nie jestem w stanie sobie teraz przypomnieć, gdzie to było wcześniej. King Of The Dead End Road to takie mocne, rockowe, autostradowe grzanie. Proste, choć w żadnym razie prostackie grzanie, pozbawione zbędnych fajerwerków. I ta solówka! Musi się podobać także niezwykle nośny i przebojowy refren. Pora na wielki hit. Na tego typu płytach czasem zespoły zamieszczają utwory-perełki. Trudno jednak o takie wydawnictwa, na których znajdują się utwory jak Fuel The Warmachine. Ten utwór po prostu niszczy obiekty. Jeśli ktoś szuka przepisu, jak zrobić wielki hit, to właśnie go dostał. Idealny miks hard rockowej melodyki, tego trudno uchwytnego "piasku" stonera i gorącego, południowego słońca ze Stanów. Do tego dołożyć trzeba bardzo dobre riffy i świetny refren. Z kolei Hammer Of The Lord to już wręcz modelowy przykład, jak grać należy Southern Rocka. I przy okazji taka mała uwaga. Zespół pochodzi z Niemiec, prawda? Czy to słychać? No właśnie, nie słychać. I chwała im za to. Podoba mi się puszczenie oczka w stronę braci Young i użycie pewnego dobrze znanego riffu w West Of Hell. Do tego solidne, rockowe gitary i jak zwykle mocne grzanie do przodu w tumanie kurzu. I to mi się podoba. Down To Zero to kolejny, bardzo dobry utwór, który zaliczyć należy do tych najlepszych na płycie. Troszeczkę wolniej, trochę mniej kurzu, ale ten refren po prostu musi się podobać. Złego słowa nie powiem także o zwrotkach. No, po prostu bardzo podoba mi się ten utworek. Jak cholera. Posłuchajcie sobie, jak obaj gitarzyści świetnie ze sobą współpracują. Troszeczkę słabiej Motorjesus wypada w tytułowym Wheels Of Purgatory, gdzie jednak udało się im zatrzymać mnie na dłużej, bo pomimo dość nieciekawej zwrotki refren może się podobać. Wspominałem coś o braku wpływów ekipy Lemmy'ego. No, nie do końca chyba tak jest, bo jednak w The Church (Of Booze And Kerosene) co nieco z Motörhead wyłapać można, mimo tego stricte rockowego refrenu. W mojej ocenie kompozycja raczej średnia. The Shadowman już nieco lepszy, choć końcówka płyty jest już znacznie wolniejsza niż jej początek. Więcej rocka ze Stanów, więcej piachu i kombinowania z rytmem. Fire 99 mimo wszystko zaczyna już drażnić, a całość zwyczajnie płynie. Szkoda, bo takie nagrania psują obraz całości. Na koniec krążka zespół serwuje dwa bonusy. Pierwszy z nich to Electric Rise. Zwykły, prosty numer, który w zasadzie niczym na dłużej nie przyciąga i można było się bez niego na pewno obyć. Natomiast akustyczny Old Man (de facto cover z repertuaru Neila Younga) to jest klasa. Tak grać i komponować niestety trzeba umieć. Nie pisze się takich piosenek na kolanie. Świetna rzecz na udane zakończenie płyty, mimo tego dość przeciętnego i wkurzającego miejscami finiszu wydawnictwa. Posłuchajcie, jak zespół rozwiązał kwestię refrenu. Podobnie komponowali wychowankowie Chadda Kroegera z formacji Theory Of A Deadman. Wspominałem już, że faktu pochodzenia zespołu z Niemiec w zawartości LP zupełnie nie słychać. Zero napinki, zero siłowego grania, no może troszkę... Zamiast tego mocne, autostradowe grzanie. Ten akustyczny kawałek świetnie zamyka ten w zasadzie bardzo dobry i udany krążek. Z czystym sumieniem zaliczam go do najlepszych utworów roku 2010.

Dla kogo ta płyta? Na pewno dla rockerów, którzy lubią mocniej wcisnąć pedał gazu, a także dla tych, którzy szukają odskoczni od słodkiego, hard rockowego grania. Ktoś stwierdził, że ta płyta jest taka, jak jej okładka. I coś w tym jest. Naprawdę mocna rzecz, mimo tych kilku niedociągnięć, czy jak kto woli - wpadek. Mi się podoba. Polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.motorjesus.net
Oficjalny profil na MySpace: www.myspace.com/motorjesus

Vincent
listopad 2010