Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

MOTÖRHEAD - March Ör Die [1992]
Wydawca: Epic Records / SBME Special Markets / WTG / Sony Music Entertainment

  1. Stand
  2. Cat Scratch Fever
  3. Bad Religion
  4. Jack The Ripper
  5. I Ain't No Nice Guy
  6. Hellraiser
  7. Asylum Chior
  8. Too Good To Be True
  9. You Better Run
  10. Name In Vain
  11. March Ör Die
March Or Die

Skład: Ian "Lemmy" Kilmister - śpiew, gitara basowa, aranżacje wiolonczeli; Phil "Zööm" Campbell - gitary; Würzel - gitary; Mikkey Dee - perkusja w [6]
Gościnnie: Phil "Philthy Animal" Taylor - perkusja w [5]; Tommy Aldridge - perkusja w większości utworów; Ozzy Osbourne - dodatkowy śpiew w [5]; Slash - gitara prowadzaca w [5], dodatkowe partie gitar w [9]; Peter Solley - instrumenty klawiszowe, aranżacje wiolonczeli

Produkcja: Peter Solley i Billy Sherwood

Na początku lat '90 Motörhead było bardzo aktywnym zespołem. Po czteroletniej przerwie wydawniczej wrócili w 1991 roku albumem 1916, a nieco ponad rok później otrzymaliśmy nowy zestaw kawałków w postaci krążka March Ör Die. Podczas nagrywania albumu nie obyło się bez drobnych zgrzytów, gdyż perkusistę Phila Taylora trzeba było zastąpić Tommym Aldridgem, gdyż Philthy nie nauczył się swoich partii (zagrał tylko w utworze I Ain't No Nice Guy). Aldridge nie czuł się jednak częścią Motörhead i po skonczonej sesji opuścił zespół. Ostatecznie posadę pałkera zyskał Mikkey Dee, najbardziej znany z występów w grupie Kinga Diamonda (na March Ör Die zagrał tylko w jednym kawałku - Hellraiser).

Na początek Stand, prosty do bólu, dynamiczny rocker. Ekipa łoi tu właściwie cały czas to samo bez zmiany tempa i brakuje refrenów, choć wszystko zostało tak skonstruowane, iż ma się wrażenie, że refren to po prostu mocniej wykrzyczane "Stand" w pewnych momentach. Prawdziwy dynamit jak na Motorów przystało. Cat Scratch Fever to przeróbka utworu Teda Nugenta. Tekst został zmieniony, bowiem Ted się nie patyczkował i pojechał po bandzie, Lemmy postawił na mniej seksistowskie frazy, ale muzycznie niewiele się zmieniło, no chyba tylko tyle, że całość brzmi ciężej (w końcu musi dawać po kościach). Dalej motoryczny Bad Religion swoją bezczelnością mógłby podpalić piekło. Jeśli ktoś kocha metalowe Motörhead, to właśnie takie kawałki powinny mu przypaść do gustu najbardziej. Szybszy Jack The Ripper ma już w sobie coś z typowego rock and rolla, chociaż kakofoniczna solówka wprowadza trochę zamierzonego chaosu, po czym utwór na chwilę zwalnia (być może, żeby nie było zbyt monotonnie). W dalszej części solo rozwija się już w klasycznie metalowy sposób. I Ain't No Nice Guy to jedyna ballada na płycie, nagrana wespół z Ozzym Osbournem oraz Slashem (solówka) i niestety uważam, że kawałek jest zbyt przesłodzony, choć Slash wykonał tutaj niezłą robotę. Do utworu zrobiono videoclip w nadziei, że będzie on dobrą dźwignią promocyjną albumu, niestety ponieważ wytwórnia nie zadbała o odpowiednią dystrybucję, tak się nie stało i krąż po prostu przepadł w otchłani innych rockowych wydawnictw z tamtego okresu. Hellraiser to numer napisany przez Lema, Ozzy'ego oraz Zakka Wylde'a i przeznaczony na płytę No More Tears Osbourne'a. Ponieważ jednak obaj wykonawcy mieli kontrakty z tą samą wytwórnią, Lemmy postanowił, że Hellraiser znajdzie się także na krążku Motörhead. Jest to absolutny hicior i Kilmister okazałby się frajerem, gdyby zrezygnował z tego utworu na płycie. Ten refren będzie długo za Wami chodził, bo jeśli nie, to oznacza, że musicie czym prędzej zaopatrzyć się w płyty z muzyką do klubu Myszki Mickey. Asylum Choir to również genialne nagranie, może najlepsze na płycie, z jakże odjechanym refrenem i solówką (Würzel się popisał). Tempo jest tu raczej szybkie, ale buja rock and rollowo, co sprawia, że krew szybciej krąży. Zespół nie spuszcza z tonu i serwuje kolejny materiał na przebój. Too Good To Be True to był mój ulubiony numer po pierwszym przesłuchaniu krążka. Właściwie rytmika jest tu podobna jak w poprzednim kawałku, refren ma w sobie sporo z poetyki albumu 1916, co być może sprawiło, że tak bardzo go polubiłem. Jeśli lubicie No Voices In The Sky, to "Too Good..." także polubicie, bo to podobne do siebie ścieżki. W You Better Run ponownie udzielił się Slash, a utwór zrobiony jest w stylu bluesowym. Może się podobać, ale jak dla mnie to zwykłe męczenie buły, w dodatku przez 5 minut, co nie pomaga w słuchaniu. Name In Vain to dla odmiany szybka, metalowa kompozycja, jakiej nie powstydziłoby się Saxon. Fajne, szpanerskie zagrywki gitary dają pojęcie, dlaczego Motörhead grając tak proste numery nie brzmią punkowo. Po prostu jest to lepsze technicznie i nie ogranicza się do dwustrunowych riffów. Na sam koniec March Ör Die, kawałek nietypowy dla zestawu i w ogóle dla Motörhead. Coś podobnego było na poprzedniej płycie w utworze Nightmare / The Dreamtime. Co prawda tutaj nie jest to aż tak ciekawe, gdyż oskalpowano melodykę na rzecz raczej minimalistycznych rozwiązań (brak perkusji i basu). Słychać gromko marszowe kroki i pijacki wokal Lemmy'ego nadaje iście diabelskiej stylistyki. I tak kończy się dziesiąty studyjny album Motörhead, chyba ostatnie tak spójne i dobre dzieło zespółu.

Płyty nie wypada nie znać, nawet tym którzy zarzekają się że "Żelazna Pięść" to szczyt możliwości Kilmistera. Oprócz tego że mamy tutaj do czynienia z rasowym stylem Motorów (Lemmy inaczej zaśpiewać nie potrafi), mamy też sporo melodyki charakterystycznej dla końca dekady lat '80. Po prostu hard rockowa płyta nagrana przez weteranów, a w dodatku nieźle wyprodukowana, co przecież nie musiało być taką oczywistością (pamiętacie album Rock And Roll?). W dniu kiedy piszę tę recenzję, dotarła do mnie wiadomość, że Michael Burston (znany bardziej jako Würzel) opuścił ziemskie doczesności, co bardzo zasmuca, bo przecież tak wspaniale zagrał, choćby w Asylum Choir, ale także w innych utworach Motörhead podczas swojej ponad 10 letniej przygody zespołem. Jak dla mnie to najlepszy gitarzysta, z jakim pracował Lemmy. Rest in peace Würzel. A płytę oczywiście polecam.

Oficjalna strona zespołu: www.imotorhead.com

LSDisease
lipiec 2011