Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

MÖTLEY CRÜE - Too Fast For Love [1981]
Wydawca: Leathür Records / Beyond Records / Elektra / Hip-O Records / Universal / Polydor

  1. Live Wire
  2. Come On And Dance
  3. Public Enemy #1
  4. Merry-Go-Round
  5. Take Me To The Top
  6. Piece Of Your Action
  7. Starry Eyes
  8. Too Fast For Love
  9. On With The Show
  10. Toast Of The Town
  11. Tonight
  12. Too Fast For Love [Alternate Intro]
  13. Stick To Your Guns
  14. Merry-Go-Round [Live In San Antonio] [Bonus Track]
  15. Live Wire [Video] [Bonus Track]
Too Fast For Love

Skład: Vince Neil - śpiew; Mick Mars - gitary, chórki; Nikki Sixx - gitara basowa; Tommy Lee - perkusja i instrumenty perkusyjne, chórki

Produkcja: Mötley Crüe

Pierwszą płytę skandaliści z Mötley Crüe wydali własnym nakładem (Leathür Records) w listopadzie 1981 r., ale ponieważ ta edycja sprzedawała się dobrze i szybko, na grupę zwróciła uwagę wytwórnia Elektra Records i tym sposobem równie szybko doszło do jej wznowienia. Stylistycznie materiał niegrzecznych chłopców z Kalifornii jest na Too Fast For Love jeszcze rozrzucony, jakby nie wiedzieli, do czego zmierzają, ale o tym za chwilę.

Spójrzmy tylko na owe czasy, co wtedy było popularne. Wciąż modne było granie glam rocka z lat '70, nadal mocno trzymał się punk rock i w tym samym okresie w silnym natarciu był heavy metal - zarówno fala brytyjska, jak i dopiero co formujące się w USA zespoły pokroju W.A.S.P.. Ekipa Sixxa postanowiła zaryzykować i połączyła wszystkie te gatunki w jeden, będąc jednocześnie jednym z prekursorów stylu umownie zwanego glam metalem. Od samego początku muzycy podeszli do sprawy "z jajem", czego wyrazem może być już sama okładka krążka, graficzna przeróbka pomysłu The Rolling Stones z ich albumu Sticky Fingers. Sam materiał jest trochę nierówny, obok naprawdę świetnych numerów znalazło się i kilka zupełnie przeciętnych lub mało wartościowych. W pierwszym w zestawie kawałku Live Wire formacja prezentuje się w swej najostrzejszej odsłonie. Może to i przypadek, ale słychać tu heavy metalową manierę na miarę charakterystycznego stylu gry Megadeth, czy nawet wczesnej Metalliki - najprawdopodobniej po prostu te wszystkie kapele miały podobne inspiracje typu Motörhead i Diamond Head. Tak czy inaczej, kopozycja bardzo szybko zagrana, energetyczna i pokazująca pazur, daleka od tego, co zespół będzie prezentował na kolejnych krążkach. Come On And Dance to jeden z moich faworytów z tego wydawnictwa. Niemała w tym zasługa faktu, że przypomina mi ona dokonania wczesnego Ratt (nawet sposób śpiewania Vince'a jakoś kojarzy mi się z Pearcym), no i jest jakby bardziej typowa dla tej jakże radosnej epoki. Grupa miała niezłe wyczucie, bo takie nagrania będą napędzały sprzedaż płyt w grube miliony przez kolejną dekadę. Następny punkt setu, Public Enemy #1, to chyba jeden z prekursorów glam metalu jako nowego gatunku. Z jednej strony mamy tu coś z punkowego The Ramones, co nieco z Hanoi Rocks, z drugiej silne wpływy glam rocka lat '70, ale już słychać, że na takich ścieżkach bedą wzorowały się później zespoły pokroju Pretty Boy Floyd. Strukturalnie nic skomplikowanego i wyszukanego, jednak głos Neila sprawia, że piosenki miło się słucha. Mimo bardzo obiecującego początku niemal balldowe Merry-Go-Round to nagranie bardzo przeciętne. Niemniej jednak słychać w nim zaczątki jakże charakterystycznych dla zespołu ballad, jakie będzie nagrywał w późniejszym etapie swojej kariery. Za to Take Me To The Top dołącza do grona moich ulubienców. Fakt faktem, że bardziej podobają mi się tu zwrotki niż refreny, ale to wystarczy. Mick Mars również przemycił kilka gitarowych smaczków tu i ówdzie i dla mnie to też plus. Zresztą tego gitarzystę muszę i pochwalić za znakomitą solówkę. Z kolei skoro już o pochwałach mowa, to przy okazji Piece Of Your Action zasłuży na nią pan Sixx za pulsujący miło bas. Sam kawałek jest przyzwoity, uzbrojony w niezły riff napędowy, który ilekroć się powtarza, to cieszy ucho. Przyczepiłbym się tylko do niezbyt ciekawych zwrotek - tutaj jednak sporo zależało od wokalisty, który akurat tym razem się zbytnio nie popisał. Większa część Starry Eyes to niestety gniot, ale wybroni go ostatecznie gitarowa zagrywka ze środka, może niekoniecznie bliźniacza do osbourne'owego Crazy Train, lecz w sumie grana na podobną nutę. Mając tę świadomość, że warto na nią czekać, to i na sam kawałek można spojrzeć przychylniejszym okiem. Tytułowe Too Fast For Love to rock'n'roll pełną parą. Vince śpiewa tu trochę "dziwnym" głosem, szkoda, bo gdyby zrobił to jak na następnych płytach, numer byłby jeszcze bardziej killerski. Nie za ciekawie wypadają natomiast mało udane chórki - bez nich też byłoby lepiej. Dalej mamy On With The Show, ścieżkę co najmniej dobrą i kierowaną do typowych fanów Mötley Crüe. Ten utwór jest jak najbardziej typowy dla stylistyki gry zespołu, z tym że Neil śpiewa trochę nieśmiało (a może po prostu za słabo go nagłośniono). Tak czy inaczej, świetnie się tego słucha. Kilka uderzeń w pałki i startuje niemal heavy metalowe Toast Of The Town (wcześniej niewydane, a teraz dorzucone do płyty jako bonus). Gdyby nie te glamowe zaśpiewy w ogóle mógłby to być heavy metal, choć są tu i elementy glam/sleazowe, które wiele lat później odnajdziemy np. u Britny Fox. Numer ujdzie, choć odnoszę wrażenie, że jest trochę niedopracowany. Innym bonusem jest Tonight. Cóż, same podkłady całkiem przyzwoite, zbrakło natomiast jakichś żywiołowych, przebojowych linii wokalnych i przez to ścieżka sporo traci. No, ale darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby... Wśród dodatków w reedycji znajdziemy też Too Fast For Love zaopatrzone w inny wstęp, a chyba i też zmiksowane z nieco innym brzmieniem (wokale brzmią tutaj w sposob bardziej podobny do późniejszych płyt formacji), tak poza tym większych różnic już nie ma. Ostatnim uzupełnieniem zestawu jest Stick To Your Guns, jeszcze jeden wcześniej niepublikowany kawałek. Tutaj grupa udowadnia, że dobrze czuje się w glamowej stylistyce - zresztą numer mógłby spokojnie znaleźć się na którymś z pierwszych albumów takiego Poison.

Do dnia dzisiejszego wydawnictwo pokryło się platyną, ale i w momencie ukazania się radziło sobie całkiem przyzwoicie docierając do do 77 pozycji na liście Billboardu. Patrząc na krążek z perspektywy czasu trzeba przyznać, że zespołowi wstydu on nie przynosi - nawet po latach niektórych kawałków z niego przyjemnie się słucha. Jak by nie było, jest to swego rodzaju klasyka glam metalu. Fani i tak już tę płytę znają, zatem polecam ją słuchaczom, którzy chcą nadrobić zaległości.

Oficjalna strona zespołu: www.motley.com

Guitarrizer
lipiec 2010