|
Skład: Vince Neil - śpiew; Mick Mars - gitary; Nikki Sixx - gitara basowa; Tommy Lee - perkusja
Gościnnie: Marti Frederiksen - chórki; Melissa Harding - chórki; Jacoby Shaddix - śpiew w [5]; Josh Todd - śpiew w [5]; Chris Brown - śpiew w [5]; Marion Raven - śpiew w [5]; James Michael - śpiew w [5]
Produkcja: James Michael, Nikki Sixx i DJ Ashba
Kiedy blisko 4 lata temu (jak ten czas leci) oryginalna ekipa postanowiła wskrzesić Mötley Crüe i ruszyć na tzw. pożegnalną trasę koncertową, niewielu tak naprawdę wierzyło w ich powrót na dłużej. Wydana z tej okazji kolejna "the bestka" z trzema nowymi numerami i cyrkowy image miały jednak pomóc w powrocie na wielką scenę rocka. Jak się później okazało, wszystko stało się dużym sukcesem. Red White And Crue osiągnęło status platyny, a trasa była jedną z 5 najbardziej dochodowych w roku 2005. Tak więc Crue poszli za ciosem, po pierwszej trasie przyszła kolej na następną, która także sprzedała się bardzo dobrze i wszyscy wówczas czekali na nowy album, wydawało się, że to idealny moment, że zespół jest znów na swoim szczycie a do pełni szczęścia brakuje jedynie nowego, wspólnego dzieła.
Zamiast albumu Mötley Crüe zrobili sobie jednak przerwę zakłóconą jedynie kolejną letnią trasą. I tak naprawdę mało kto wierzył, że jeszcze uda się im zebrać w studiu i nagrać nowy krążek. A jednak stało się, można by rzec - lepiej późno niż wcale, na wypalony już prawie grunt Mötley Crüe postanowiło zasiać kolejne ziarno, swoją pierwszą od czasu Generation Swine w pełni studyjną płytę w oryginalnym składzie, nazwany Saints Of Los Angeles. Bazą do powstania tego wydawnictwa okazała się ich bestsellerowa biografia "The Dirt" (tak też początkowo miał się nazywać ich album). Powrót do tamtych czasów, wspomnienia wspólnych marzeń i ich spełnianie okazały się tak mocne, że Crue nagrało jeden ze swoich najlepszych albumów w histori, bezkompromisowy i energetyczny, zupełnie inny niż wszyscy się spodziewali, bo poza numerem tytułowym trudno tu o jakiś hit radiowy. Ten krążek jest mocny od początku do końca, to powrót do czasów sleazu, jednak to sleaze A.D. 2008. Już sam początek, gdzie L.A.M.F jako intro wprowadza nas do Los Angeles, w którym króluje brudny hard rock, właśnie taki jak Face Down In The Dirt, prosty, bezkompromisowy, zabarwiony punkiem. To jeden z najlepszych numerów na płycie. Podobny klimat otrzymujemy w Down At The Whiskey, ten utwór szczególnie powinien przypaść do gustu wszystkim tym, którzy najbardziej cenią sobie Crue z połowy lat osmiedziesiątych. Nieskomplikowany tekst wspominający przeżycia zespołu sprzed 25 lat poparty jest odpowiednią, wpadającą w ucho melodią. Numer tytułowy oprócz wspomnianych walorów posiada dodatkowo przebojowość. Bardzo chwytliwy refren, do zaśpiewania którego zostali zaproszeni także wokaliści takich zespołów jak Buckcherry, Papa Roach, Trapt i Sixx.A.M., szybko znalazł swoje miejsce w rozgłośniach radiowych i okazał się dobrą promocją całego albumu. Kontynuując wątek wspomnianego sleazu A.D. 2008 trzeba wspomnieć także o ścieżce Just Another Psycho, który moim zdaniem posiada wszystkie cechy, by stać się rozpoznawalnym przez szerszą grupę odbiorców, wyróżnia się melodią i płynnością. W Chicks = Trouble słychać już więcej rock 'n' rolla, to takie przejście do pamiętnych czasów albumów "GGG" i Dr. Feelgood. We wspomnianą stylistykę można także wpisać numer Animal In Me. To rodzaj power ballady, która ma tę pożądaną zdolność zapadania w pamięć, no i trzeba też zwrócić uwagę na rewelacyjną grę Tommy'ego Lee. Dodatkowo struktura tego kawałka w pewien sposób przypomina kompozycje zawarte na wydawnictwie nagranym w 1994, przez jednych znienawidzonym (w związku z odejściem Vince'a), przez innych uwielbianym. Ja należę do tej drugiej grupy i dlatego też najbardziej cenię Crue w stylistyce takiej właśnie jak wspomniane Animal In Me. Ten rodzaj brzmienia, ale zdecydowanie mocniejszy jest w Welcome To The Machine, opisującym negatywny sposób działania wytwórni płytowych oraz Going Out Swingin', utworze o którym Sixx powiedział, że jest kierunkiem, w którym zespół chce iść. Bardzo mnie to cieszy, że Crue ma wciąż zamiar kroczyć, a jeszcze bardziej, że właśnie w tę stronę, która jest najlepsza z możliwych. Going Out Swingin' kopie w to miejsce, w które ma kopać hard rock i brzmi tak, jak brzmieć powinien. Utworem jakby z zupełnie innej bajki jest White Trash Circus, innej nie znaczy gorszej. Takiego Crue jeszcze nie było, ten numer potrzebował czasu, by mnie przekonać, ale udało się, jestem pod jego wrażeniem, szczególnie słuchając go w dobrej jakości stereo, bo dopiero wówczas słychać ogrom pracy Micka Marsa i kolegów. Trzeba w tym momencie wspomnieć o jakości produkcji. Nie jest to album do słuchania na głośniczkach w komputerze, potęgę brzmienia słychać dopiero w dobrych odtwarzaczach CD. W czasie oczekiwania na dostarczenie mi oryginalnej płyty, posiłkowałem się kilka tygodni wersją ściągniętą z Internetu (japońską wersją z uszkodzonym nr 8 ;) ) i różnica jest naprawdę ogromna. Nie wspomniałem do tej pory o dwóch utworach, które są wg mnie tzw. wypełniaczami - What's It Gonna Take i This Ain't A Love Song. Nie są to złe numery, w swojej karierze Crue popełniło wiele gorszych, ale są zdecydowanie słabsze od reszty zamieszczonej na Saint Of Los Angeles.
Mötley Crüe po udanym powrocie na trasy koncertowe wraca także w bardzo dobrym stylu ze swoim nowym albumem. Mam nadzieję, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa, ale jeśli tak się stanie, to zostawią po sobie bardzo dobre wrażenie, choć wciąż stać ich na więcej.
Oficjalna strona zespołu: www.motley.com
Cruehead sierpień 2008
|