Menu
:: Strona główna
:: Recenzje CD
:: Recenzje (inne)
:: Biografie
:: Dyskografie
:: Wywiady
:: Artykuły
:: Teksty piosenek
:: Archiwum
Dodatki
:: FORUM dyskusyjne
:: Księga gości
:: Koncerty
:: Linki
:: Downloads
:: Reklamy i ogłoszenia
O nas
:: Redakcja i kontakt
:: Informacje o stronie
:: FAQ
:: Muzeum HRS
:: Strona startowa
 
*** Recenzje ***

MONTROSE - Montrose [1973]
Wydawca: Warner Bros / WEA / Audio Fidelity

  1. Rock The Nations
  2. Bad Motor Scooter
  3. Space Station No. 5
  4. I Don’t Want It
  5. Good Rockin’ Tonight
  6. Rock Candy
  7. One Thing On My Mind
  8. Make It Last
Montrose

Skład: Sammy Hagar - śpiew, Ronnie Montrose - gitary; Bill Church - gitara basowa; Denny Carmassi - perkusja

Produkcja: Ted Templeman

W historii muzyki rozrywkowej niewiele jest albumów, co do których nikt nie ma wątpliwości, że są absolutną klasyką. I nikt nawet nie kwestionuje faktu, że oto mamy do czynienia z dziełem przełomowym dla całego gatunku. Taką sławą cieszy się wydana w 1973 roku, zatytułowana eponimicznie płyta amerykańskiej formacji Montrose, utworzonej z inicjatywy gitarzysty Ronniego Montrose (byłego wioślarza Van Morrisona i Edgar Winter Band), do którego dołączyli basista Bill Church (później m. in. w MSG), perkusista Danny Carmassi (późniejszy bębniarz m. in. Heart) i wówczas mało znany, obiecujący wokalista Sammy Hagar (tego pana przedstawiać chyba nie trzeba). Taki dobór grupy silnych (jak się potem okazało) osobowości stworzył muzyczną piorunującą mieszankę, która wywarła znaczny wpływ na rozwój całego hard rocka.

Co czyni debiutanckie wydawnictwo Jankesów tak wyjątkowym? Przede wszystkim swego rodzaju powrót do korzeni rocka, do czteroosobowego, klasycznego składu, który grał szorstką muzykę, opartą na wiodącej roli głośnych gitar. To, co proponowali, jest odarte z wszechobecnego wtedy progresu, niemal całkowicie pozbawione śladów modnej w tamtych latach psychodelii. Co prawda na albumie słychać echa zagrywek bluesowych, ale w dawkach umiarkowanych. Tutaj w większości utworów każda nuta, każde uderzenie perkusji, dowodzą, że mamy do czynienia z odwzorowaniem encyklopedycznej definicji pojęcia "hard rock". Po drugie, nowatorski był sam sposób rejestrowania dźwięku (nagrywanie wielu ścieżek tej samej gitary, różnorakie efekty stereo), który potem kopiowały dziesiątki innych ekip. Po trzecie, same kompozycje, skoncentrowane na wpadających w ucho riffach i liniach wokalnych - takie podejście inspirowało potem całą masę innych wykonawców, żeby wymienić tylko Aerosmith, Bad Company, Teda Nugenta, czy nawet Van Halen. Już od pierwszych bitów otwieracza, kawałka o sugestywnym tytule Rock The Nations wiemy, o jakie podejście chodzi. Od razy atakuje nas chwytliwy riff i rytm szybko nabijany przez perkusję. Sposób śpiewania Hagara, gitarowe podkłady i prosta solówka Montrose’a mogą się kojarzyć z grą The Doobie Brothers, to ten sam rodzaj energii. Prawdziwym hitem jest jednak dopiero utwór numer dwa, nieśmiertelny Bad Motor Scooter, rozpoczynający się zagrywkami glissando i podciąganiem strun, imitującymi dźwięk silnika motocykla, przechodzącymi potem w przybrudzone, szorstkie riffy, uzupełniane umiejętnymi zagrywkami gitary prowadzącej i znakomitą współpracą sekcji rytmicznej. Hagar swoim frazowaniem naśladuje tutaj Roberta Planta (śpiewa jakże inaczej niż w Van Halen!), ale cały show kradnie gitarzysta, budując klimat amerykańskiej szosy, po której mknie tytułowy motocykl. Ten kawałek na pewno był inspiracją dla Motorhead, mimo że nie jest aż tak ostry. Futurystycznie brzmiące dźwięki fuzzującej gitary na początku Space Station No. 5. zapowiadają jedyną na krążku wycieczkę w kierunku psychodelii. Riffy i linie wokalne mają tu jednak więcej wspólnego z dokonaniami Led Zeppelin, spotkałem się nawet z opinią, że ten utwór był amerykańską odpowiedzią na Communication Breakdown, chociaż prawdę mówiąc, zwolnienia tempa w jego środku i cała melodia nie są aż tak proste. Początek I Don’t Want It i cała struktura rytmiczna tego kawałka wyraźnie nawiązują do bluesa, chociaż w nieco mocniejszym refrenie mamy czysto hardrockową melodię. Po raz kolejny plusem jest nienaganna współpraca gitar oraz znakomite bity perkusisty. Przeróbka piosenki Elvisa Presleya - Good Rockin’ Tonight - mogłaby aspirować do miana coveru wszechczasów, tyle Montrose dodało tu młodzieńczej energii, wykopu. Aranżacja została zmieniona w stosunku do oryginału na tyle, że przypomina ona raczej te obecne w późniejszych numerach Teda Nugenta (należy dodać, że Ronnie Montrose w tym momencie dowiódł, że potrafi całkiem szybko przebierać palcami po gryfie). Rock Candy z charakterystycznym rytmem świetnie pracującej perkusji i nieco "rozwleczonymi" riffami jest kolejnym wynikiem fascynacji formacji dokonaniami Led Zeppelin, nie sposób nie zauważyć nawiązań do np. When The Levee Breaks - słychać to również w rasowo hardrockowej melodii. Urywane, zniekształcone brzmienie riffów w bluesującym One Thing On My Mind, rozwiązania rytmiczne i same linie melodyczne w tym utworze z całą pewnością zainspirowały Aerosmith przy pisaniu Pandora’s Box, chociaż akurat ta ścieżka wydaje mi się mocno średnia. Album kończy oparty na prostym, hipnotyzującym riffie, mający wolne tempo Make It Last, znakomicie zaśpiewany czystym, choć nie pozbawionym nerwu głosu, z ubarwiającymi podkłady zmyślnymi zagrywkami slide i świetnym przejściem ze zwrotki do refrenu. Wsłuchując się w brzmienie tej kompozycji, nie ma się wątpliwości, że wywarła ona znaczny wpływ na wczesny Van Halen...

Krążek krótki, ale pozbawiony ewidentnie słabych punktów. Co więcej, wywarł nieoceniony wpływ na późniejszy kierunek rozwoju muzyki rockowej. I jakimś dziwnym trafem nawet po 36 latach od jego wydania nie zalatuje taką myszką, jak dokonania innych dinozaurów rocka. To wystarczy, by uznać go za klasykę.

Brak oficjalnej strony zespołu

Hardlover
lipiec 2009