|
Skład: Markus Allen Christopher - śpiew, gitara; Brandi Lee - gitara basowa, chórki; Eric Bouche - gitara, chórki; Chris Jordan - perkusja, chórki
Produkcja: Ronnie Borchert
Czasami aż przyjemnie posłuchać, ile energii mają w sobie młode zespoły. Miss Crazy to amerykańska formacja zafascynowana starym dobrym graniem spod znaku sleaze. Jeżeli ktoś oczekuje charyzmatycznego, pełnego pasji grania to trafił pod właściwy adres. II to jak sama nazwa wskazuje druga płyta w historii zespołu (Can't Get Enough było tak naprawdę remasterowaną reedycją debiutu) . Do inspiracji kapeli można jednak zaliczyć dość liczne rzesze starych, ale jarych zespołów.
Na pierwszy ogień idzie KISS i to ze względu na podobieństwo imagu scenicznego stosowanego przez Miss Crazy. Duże ilości białego makijażu nadają im trochę nieludzkiego wyglądu. Najlepiej prezentuje się on na zgrabnej basistce ekipy - Brandi Lee. I jest to pierwsza niespodzianka, na którą natrafiamy przy okazji bliższego zapoznawania się z zespołem - w ich szeregach gra kobieta. Jeżeli chodzi o warstwę muzyczną to zespół gra ostro, chwilami dość znacznie. Nie jest to typowy, wygładzony hair metal, lecz sleaze pełną gębą. Płyta zaczyna się intrem, które od razu poznają fani zespołu. W podobny sposób zaczynał się debiut ekipy i nie zdziwiłbym się bardzo, gdyby i trzecia płyta zespołu rozpoczynała się podobnie. Wspomniana sleazowa agresja pojawia się wraz z Mow. Gitary porządnie trzeszczą i zdawać się może, że nastrój utworu z każda chwilą się nakręca. Drapieżność instrumentów zostaje pogłębiona poprzez wokal Markusa Allena Christophera. Jego barwa pasuje idealnie do takich mocnych kompozycji, a gość charyzmy ma w sobie naprawdę sporo. Serio, nie wyobrażam sobie, kto lepiej mógłby sprawdzić się w takim repertuarze. Wracając do Mow to jest to właśnie rock&roll dla tych, którzy nie uznają spokojniejszego grania i wolą bawić się przy mocniejszych uderzeniach. Kolejny utwór The River prezentuje wolniejsze tempo, numer sunie mozolnie do przodu, jest jednak dość ciężki. Jego ozdobą są niezłe, zadziorne riffy oraz ponownie świetny wokal. Przesłuchawszy ten kawałek można poczuć się trochę przytłoczonym. Living Without You spodoba się tej samej grupie osób, której do gustu przypadło Mow. Od wcześniejszego numeru odróżnia go przede wszystkim riff, który w pierwszej chwili może kojarzyć się z trochę cyrkowym graniem. Wciąż jednak jest ostro, chwilami na myśl przychodzi granie w stylu War Babies. Miss Crazy rozpiera energia, aż chce się żyć i łapać każdą chwilę. Don't Walk Away jest pierwszą spotykaną na płycie balladą. Wyciskacze łez tego zespołu nieodparcie kojarzą mi się z Cinderellą, chociaż w tym kawałku można również wyczuć chórki typu Lillian Axe. Skoro już wspomniałem o Kopciuszku, to wypadałoby się z dokładniej wytłumaczyć z tego porównania. Właściwie wystarczyłoby, gdybym przywołał w tym momencie drugą (dodam, że bardzo udaną) balladę z płyty Left Me Here To Die. Numer ten jest tak bardzo przesiąknięty Cinderellą, że fani Kopciuszka mogliby się popłakac ze wzruszenia ;). Czy wspominałem już o tym, że wokalista śpiewa niczym nowonarodzony Tom Keifer? Oba wspomniane wyciskacze dobrze się prezentują. Kolejne kawałki są utrzymane w mocniejszych klimatach. Zwróciłbym uwagę na When It's Over wyróżniające się inną dynamiką oraz mniej typową dla kapeli pracą perkusji. Make You Mine określiłbym jako powtórkę z rozrywki. Zespół ponownie gra mocno, wokalista wydziera się tak jak lubię, a sam kawałek nieznacznie przytłacza słuchacza. Na tle dość podobnych do siebie numerów wyróżnia się jeszcze I Know What I Know, które określiłbym jako skrzyżowanie dokkenowych riffów z graniem a'la Cinderella. Od tego momentu na płycie zespół zaczyna grać trochę inaczej, materiał jest bardziej różnorodny i w pewnym momencie pojawiają się nawet rattowe refreny. Dodam, że mowa tu o In The Mood, które niestety nie zakwalifikowało się do grona moich ulubionych kawałków z II. Płytę kończy spokojne My Shining Star będące najbardziej oryginalną kompozycją, jaką mieliśmy tutaj na razie okazję usłyszeć. Gdyby nie przesadnie falsetowy wokal, powiedziałbym, że była ona inspirowana Love/Hate. Tak czy inaczej, numer brzmi bardzo ciekawie i w intrygujący sposób kończy krążek. Podobają mi się w nim szczególnie ładne partie gitary.
W porównaniu do debiutu II jest ostrzejsza, choć niestety ucierpiała na tym trochę różnorodność materiału. Bez względu na to płyta spodoba się fanom Cinderelli, Kix, War Babies oraz (a może przede wszystkim) niezłego sleazu. Jest to ciekawa pozycja opatrzona datą 2008 i myślę, że warto jest się z nią zapoznać. Dodam również, że album podoba mi się bardziej wraz z każdym kolejnym przesłuchaniem i szkoda tylko, że parę kawałków jest do siebie zbyt podobnych.
Oficjalna strona zespołu: www.misscrazymusic.com
Guciomir czerwiec2008
|