|
Skład: Benny Petak - perkusja i instrumenty perkusyjne; Tom Truyers - pianino, syntezatory, organy Hammonda; Bart Schram - śpiew, gitara akustyczna 6 i 12-strunowa, vocoder; Rudy Vander Veken - gitara rytmiczna, prowadząca i akustyczna 6-strunowa, dobro; Maximilian von Wüllerstorff - gitara basowa, basowe pedały
Produkcja: Frank Van Bogaert
Mindgames pochodzą z Belgii i przed MMX wydali już dwa krążki (International Daylight z roku 2003 oraz Actors In A Play z 2006). Zespół wykonuje muzykę zwaną rockiem neo-progresywnym i śmiało można ich porównać z Pendragonem, IQ, a także wczesnym Shadowland oraz grupą Jadis. No więc właśnie. Bez metalowego brzmienia, bez gitarowych tricków w stylu Dream Theater. Więc jeśli ktoś oczekuje takiego grania, MMX nie jest płytą dla niego. Z drugiej zaś strony nawet maniacy tzw. prog metalu mogą posłuchać, co leżało u podstaw ich ulubionej muzy.
Album rozpoczyna The Source, najkrótszy utwór w zestawie. Rozpoczyna w stylu charakterystycznym dla całego krążka. Łagodne dźwięki klawiszy budują odpowiednio nastrojowy klimat, natomiast gitarzysta oprócz starannie wyselekcjonowanych riffów serwuje także solówki, których nie powstydziłby się Nick Barrett z Pendragon, czy nawet Steve Rothery z Marillion. Muzyka nie jest jakaś usypiająca, raczej trzyma w napięciu, co ma niebagatelne znaczenie w tego rodzaju graniu. Wszystko to brzmi staroświecko i po prostu fantastycznie. Na pozycji numer 2 Glory Of Night - to już dłuższa forma muzyczna, więc jest też bardziej zróżnicowana. W pewnym momencie koda na klawiszach wydaje się zrzynką z Pendragona, jednak kiedy wchodzi gitara, mamy do czynienia z graniem zadziorniejszym (choć naturalnie dalej nie ma tu mowy o metalu). Ten kawałek to swego rodzaju perełka. Wiele zmian tempa jak u Rush i dokładnie takie samo podejście w konstruowaniu riffów. Wokalnie Mindgames to przede wszystkim styl Nicka Barretta, ale także Petera Nichollsa z IQ. Czyli dosyć wysoko, ale bez przemęczania głosu. Pasuje to do takiego grania idealnie, a Glory Of Night to mój faworyt w zestawie. Tyle emocji nie są w stanie przekazać prog metalowe utwory. Za dużo w nich cieżkości, za mało dynamiki innej niż tylko nawalanka na dwie stopy. In My Humble Opinion... to spokojny kawałek, potraktowany głównie na gitarę akustyczną. Nie brak tutaj i wspaniałego sola w stylu Marillion i można śmiało stwierdzić, że to najbardziej przebojowy utwór na MMX. Nie zastanawiam się nawet, czy gdzieś wcześniej tego nie słyszałem, by nie psuć sobie wrażeń. A po tym relaksacyjnym kawałku pora na 11 minutowy epos Travels. Rozpoczyna się łagodnie, by w dalszej części przejść w dynamicznie pobrzmiewające nagranie. Partie gitary i klawiszy świetnie się nawzajem uzupełniają nadając kolorytu tej podróży. Czasami mam wrażenie, że na klawiszach udziela się tu sam Clive Nolan. Muzyka to zróżnicowana, chociaż nie jest jakaś bardzo zakręcona. Po prostu zespół umiejętnie buduje nastrój w oparciu o stare sprawdzone wzorce, a wychodzi mu to wyśmienicie. Outside The Gloom to kolejna długa ścieżka (prawie 9 minut). Wokalna ekspresja Barta Schrama oscyluje wokół tego, co w latach swojej świetności prezentował Peter Hammill z Van Der Graaf Generator (podobnie akcentowane sylaby), chociaż barwa głosu oczywiście bliższa Barrettowej. Kawałek zbudowany jest jakby z dwóch części. Pierwsza w oparciu tajemniczy klimat niczym u Hammilla właśnie, druga żwawa, skoczna przeradzająca się w monumentalne granie charakterystyczne dla grupy Yes. Destination Sky mogłoby stanowić część płyty IQ zatytuowanej Ever, czy choćby debiutu grupy Magellan. Myślę, że to dobre porównanie, chociaż solo na klawiszach skłania się wyraźnie w stronę wczesnej twórczości Marillion. No po prostu wszystko co najlepsze w neoprogresie. Na finał 15 minutowe The Pendulum. Rozpoczyna je monolog na tle klawiszowego podkładu. Jak łatwo się domyślić utwór długo się będzie rozkręcał, więc w międzyczasie możemy iść sobie zrobić herbatę ;). Nie, no oczywisćie żartuję, w to się trzeba wczuć. Nie jest to bowiem hamburger muzyczny. Przeciągłe gitarowe frazy i delikatne klawisze przywodzą na myśl Pink Floyd z okresu The Division Bell. W pewnym momencie możemy wysłuchać osobliwego dialogu, w którym pada m.in. pytanie, jaka jest różnica między dawnymi czasami a obecnymi. Dialog przerywa kaskada gitarowych dźwięków jak u Iron Maiden, po czym w dynamicznym fragmencie mamy oczywiste nawiązania
do Pendragona. Końcówka tego eposu spokojna. Cóż, ogólnie mogło być lepiej, kawałek ciut za długi jak na tak obrane proporcje. Poza tym brak jakiegoś zapamiętywalnego motywu. Trochę mi to psuje całość.
Mimo tego drobnego zgrzytu album się broni i jest nawiązaniem do chlubnej tradycji progresywnego grania. Jeśli ktoś lubi Pendragon, IQ, czy pierwszy krążek Shadowland może sięgnąć po MMX. To muzyka dokładnie w tych klimatach. Nie ma tutaj żadnych przegięć i przerostu formy nad treścią (może za wyjątkiem ostatniej kompozycji), a słucha się tego lekko, bez zgrzytania zębami i potu na czole. W sam raz na wiosenne roztopy. A co, stać nas.
Oficjalna strona zespołu: www.mindgames.be
LSDisease marzec 2010
|